Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
wtorek, 27 kwietnia 2010

Moim ulubionym miejscem internetowych zakupów jest Amazon.com. Kupuję tam już od lat i jedną z najbardziej wartościowych funkcji jest dla mnie opinia innych klientów. Kiedy przymierzam się do zakupu najpierw wyszukuję produkt, a potem czytam i porównuję oceny innych konsumentów. Zaczynam od najlepszych i najgorszych, potem przechodzę do środkowych. Poza opiniami porównuję też cenę i w końcu zniżam lot, zacieśniam krąg jak sokół nad myszą i... No właśnie. Jeśli od razu kupię, to nie ma problemu. Natomiast jeśli produkt tylko "naznaczę" wrzucając go do koszyka "na później" lub do mojej listy życzeń, aby go w najbliższej przyszłości nie stracić z oczu, prawie zawsze za dzień lub dwa cena tego produktu wzrasta. I nie spada. Rozwinęła mi się z tego całkiem niezła paranoja i teraz już nie zachowuję rzeczy na później, tylko albo kupuję od razu, albo tylko oglądam. Oczywiście Amazon doskonale wie co i kiedy oglądam, mimo to wydaje mi się, że jeśli jasno nie określę zamiaru zakupu, to cena nie wzrośnie. Wyobrażam więc sobie, że Amazon siedzi i czyha na moją listę życzeń, po czym złośliwie podbija ceny. Ktoś mnie przebije?

piątek, 23 kwietnia 2010

Centralny Nowy Jork jest regionem bogatym w lasy, rzeki, jeziora i bagna i charakteryzuje się dużą ilością różnorodnego ptactwa. W środę na spacerze wzdłuż Kanału Erie zobaczyłam, poza piżmakiem (ang. Muskrat), kilkoma sarnami, parą kaczek krzyżówek (ang. Mallard) i epoletnikami krasnoskrzydłymi (ang. Red-winged Blackbird), osobnika tak dziwnie ubarwionego, że gdyby się nie ruszał, wzięłabym go za drewnianą kaczkę pomalowaną wg. folklorystycznej fantazji jakiegoś artysty. W dobie internetu i telefonów komórkowych z aparatem, udało się niezwykłą kaczuchę sfotografować i zdemaskować. Była to karolinka (ang. Wood Duck lub Carolina Duck). Prawda, że nieziemskie kolory?

Karolinka

Karolinka

Fot. http://en.wikipedia.org/wiki/Wood_Duck

czwartek, 22 kwietnia 2010

Przerzucając kanały telewizyjne zaczepiłam oko na programie Jamie Oliver's Food Revolution opisanego niedawno przez Agnieszkę w Pizza na śniadanie oraz jak wygląda pomidor. Trafiłam akurat na moment, w którym Jamie pozbywał się mleka czekoladowego i truskawkowego na rzecz mleka bez dodatków. Szczegół ten niespodziewanie przeniósł mnie pamięcią do pierwszych lat podstawówki gdzie zimą, za drobną opłatą, serwowano nam gorące mleko z wiadra. Kubek przynosiło się z domu i najczęściej był to aluminiowy kubek z uszkiem. Dodatkowo niektórzy wg. własnego uznania przynosili sobie do mleka kakao lub cukier. W czasie długiej przerwy wiadro z tłustym, gorącym mlekiem przynoszone było ze stołówki do klasy przez dwóch dyżurnych, gdzie nalewane było chochelką do kubków, również przez dyżurnych. Potem wszyscy siedzieli w ławkach i jedli swoje kanapki zapijając mlekiem. Jak łatwo przewidzieć, rozlane mleko zdobiło zarówno podłogę jak i ławki. Najbardziej pamiętam intensywny zapach i smak, które różniły się od mleka domowego, choć dokładnie nie wiem dlaczego. Kiedy opowiedziałam o tym mężowi, okazało się że on również jest posiadaczem mlecznych wspomnień. W ich amerykańskiej szkole lat 60-tych i 70-tych też podawano codziennie mleko, ale było w indywidualnych kartonach i było zimne.

Równie niespodziewanie jak wspomnienia z mlekiem naszła mnie myśl o kompocie. Kompot ostatni raz piłam... No właśnie, kiedy? Kilka lat temu w Polsce. W Stanach nie spotkałam się z kompotem, a przecież to takie proste i całkiem przywoite rozwiązanie. Pomyślałam, że chociaż nie przepadam za ciepłym kompotem, jak często bywał podawany, schłodzony kompot musi być orzeźwiający. Wrzuciłam więc do gara dwa duże poćwiartkowane jabłka, dwie laski cynamonu i trochę syropu z agawy, zalałam wodą i 20 minut później wywar był gotowy. Przecedzony do dzbanka wylądował w lodówce i okazał się równie orzeźwiający jak sobie wyobraziłam.

wtorek, 20 kwietnia 2010

Wprawdzie zaczynaliśmy się powoli przyzwyczajać do ewentualności posiadania słodkiej dziewczynki o imieniu "Bella," Cooper okazał się być... no, Cooperem właśnie. Wynika z tego li i jedynie, że nie będzie nam znosił jajek w ciemnych przytulnych miejscach i ma większe szanse na mówienie ludzkim głosem.

czwartek, 15 kwietnia 2010

Dwa dni po naszym powrocie z Irlandii wydarzyła się tragedia narodowa, która powstrzymała mnie od pisania. Pisanie o tym nieprawdopodobnym wydarzeniu zostawiłam innym, natomiat pisanie o czym innym wydało mi się nie na miejscu. Sprawa Wawelu otrząsnęła mnie z zadumy, choć nie umniejszyła powagi sytuacji.

***

Wyprawa do Irlandii była bardzo udana pomimo dużo mniej udanej pogody. Pogoda irlandzka jak kobieta - zmienną jest - i zaserwowała nam przemiennie śnieg, deszcz, grad, słońce, wichury, niskie temperatury oraz przepiękną tęczę. Nachodziliśmy się do oporu podziwiając m.in. góry Wicklow oraz zapierający dech w piersiach dubliński port. Mój dziesięciotygodniowy bratanek Wiktor okazał się absolutnie prześlicznym dzieckiem o niebieskich oczętach po rodzicach, długich rzęsach po cioci, miękkiej główce na kształt po dziadku i pradziadku i prędkością rośnięcia po swoim dwumetrowym ojcu. W wieku 11-tu tygodni wyżnął mu się pierwszy ząb i ani chybi za kolejne pół roku maluch zacznie się golić.

***

Nasza ptaszyna Cooper wyrosła niesamowicie i awansowała z akwarium do własnej klatki, gdzie powoli uczy się arkanów balansowania na drążku. Trochę się jeszcze kolebie na swoich wielkich pterodaktylopodobnych łapskach. Wyrosły onemu już wszystkie pióra i podcięto jemu/jej skrzydełka. Pisklę, pomimo dorosłego rozmiaru i wyglądu, nadal jest karmione ze strzykawki i pozostanie pod fachową opieką przez kolejne 4-5 tygodni. W przyszłym tygodniu mają dotrzeć wyniki DNA z laboratorium, z których dowiemy się, czy "ono" jest chłopcem czy dziewczynką. Jeśli to "ona" to raczej nie nazwiemy jej "Cooper" tylko "Bella."

***

W ostatni weekend z opóźnieniem oficjalnie rozpoczęliśmy sezon kajakowy. Wiało jak w kieleckim więc pociecha z pływania była mała. W sierpniu wybieramy się do prowincji Quebec w Kanadzie nad rzekę Św. Wawrzyńca aby kajakować z wielorybami, więc duża ilość praktyki jest konieczna. Niech się więc wreszcie ociepli.

***

W Syracuse pełną gębą zawitała wiosna i miasto nigdy nie wygląda piękniej niż właśnie o tej porze roku. Wszystkie drzewa kwitną, wszędzie widać kolorowe kwiaty, a moje dwa karmniki dla ptaków są oblegane cały boży dzień przez 8 różnych gatunków ptaków oraz wiewióry. Prawie sobie namioty to-to porozbijało pod moim oknem, więc oczy można cieszyć codziennie.

***

Zupełnie przeoczyłam fakt, że 9-tego kwietnia ten blog obchodził swoje drugie urodziny. 

statystyka