Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
środa, 29 kwietnia 2009

Zapisaliśmy się z mężem na zajęcia z kajakowania: pierwszy kurs uczy różnych technik wiosłowania, podstaw bezpieczeństwa i technik ratunkowych, a drugi eskimoski. Wczoraj odbyły się pierwsze zajęcia pierwszego kursu. Zajęcia odbywają się na basenie, gdzie każdy się zjawia ze swoim kajakiem. Ci, którzy nie mają kajaka mogą wypożyczyć.

12 kajaków na 25-cio metrowym basenie to tłum, byliśmy ściśnięci jak sardynki, ale jakoś daliśmy radę. Było naprawdę super. Niby to kurs podstaw, ale każda nowa umiejętność się liczy. Wczoraj, poza podstawami bezpieczeństwa i omówieniu różnego sprzętu, nauczyliśmy się wsiadania do i wysiadania z kajaka z brzegu basenu oraz czterech sposobów wiosłowania: dwóch technik wiosłowania w bok, techniki wiosłowania do przodu, oraz jak się zatrzymać. Chociaż tylko jedna z technik była dla mnie nowa, wszystkie miałam okazję poprawić i udoskonalić. Najbardziej zaskoczyła mnie drastyczna różnica jaką odczułam przy poprawnym wiosłowaniu do przodu. Minimalna poprawka techniczna w moim obecnym stylu zrobiła diametralną różnicę w mojej prędkości wiosłowania! Nuu, zajec! Ja im teraz pokażę! Nie mogę się doczekać aż wypłynę na otwarte wody i popędzę w stronę horyzontu...

Świetnie się oboje z mężem bawiliśmy i poznaliśmy nowych ludzi. Na zajęciach byli reporterzy z lokalnej gazety (już drugi raz w tym tygodniu!) i cykali masę zdjęć. Jedynym mankamentem zajęć była ich późna pora: od 8:15 do 10:15 wieczór, po czym trzeba wrócić do domu i się rozładować. Poszliśmy spać przed północą, a dzisiaj trzeba było wstać do pracy. Ale było warto.

wtorek, 28 kwietnia 2009

Jakby mi ktoś powiedział pół roku temu, że zostanę wegetarianką, to bym tę osobę wyśmiała. Jakoś nigdy mi nie przeszkadzało, że kurczak na moim talerzu musiał być najpierw zarżnięty, a mięso wszelakiego pochodzenia zawsze mi smakowało. Mimo to, stopniowo i niespodziewanie dla siebie dorosłam do wegetarianizmu. Bez planu, bez dogmatów, bez emocji. Po prostu odkryłam bogaty świat roślin i na moim talerzu zabrakło miejsca na mięso.

Moja obsesja na temat zdrowego żywienia narodziła się wraz z moim przybyciem do Stanów prawie 10 lat temu. W tutejszych ogromnych porcjach, tłustym jedzeniu, produktach nafaszerowanych solą i cukrem, przerabianych gotowiznach, oraz niedrogich wypadach do restauracji rozpoznałam wroga nr 1 dla mojego zdrowia, samopoczucia i wagi. Kiedy podjęłam wojnę żeby jeść zdrowiej, nigdy nie sądziłam, że będzie to długa i skomplikowa pielgrzymka w nieznane.

W domu mąż i ja najpierw stopniowo wykluczyliśmy wieprzowinę zastępując ją parówkami, kiełbasami i wędlinami wołowymi lub z indyka. Z czasem zaniechaliśmy jadania jakiegokolwiek przetwarzanego mięsa. Potem przestaliśmy jadać wołowinę. Skończyło się na kurczaku, indyku i rybie. Zaczęliśmy wprowadzać więcej warzyw, gotować je na parze, podsmażać, robić sałatki. Wykluczyliśmy tłuszcze zwierzęce w gotowaniu. Zastąpiliśmy biały chleb – chlebem razowym, biały ryż – ryżem brązowym, biały makaron – makaronem pełnoziarnistym. Napoje gazowane i słodycze są rzadkim gościem w naszym domu. Przestawiliśmy się na beztłuszczowe mleko i niskotłuszczowy ser. Zaczęliśmy jeść soję, soczewicę i różne gatunki fasoli i robić burrito z warzywami i fasolą na pełnoziarnistym placku tortilla. Coraz częściej obiady bywały bezmięsne. Mleko sojowe niesłodzone zawitało w domu z czystej preferencji smaku nad mlekiem krowim. Z czasem zniknął ser i jajka. Tutejsze jajka są bez smaku, a ja nie piekę, więc ich nie potrzebuję. Zaczęliśmy odkrywać różne gatunki tofu. Potem doszły surowe orzechy i nasiona: pekany, orzechy brazylijskie, orzechy włoskie, orzechy piniowe, migdały, orzechy macadamia, siemię lniane, nasiona sezamu, oraz pestki dyni i słonecznika dodawane do potraw lub jedzone między posiłkami. Zaczęliśmy odkrywać kolorowy, różnorodny i absolutnie przepyszny świat warzyw, z których można robić tysiące różnych potraw. Zaczęłam gotować różnorakie zupy na wywarze warzywnym domowej roboty. No i kiełki. Jeszcze ich sama nie hoduję, ale mam w planie. Im więcej warzyw odkrywaliśmy, tym mniej mieliśmy ochotę na mięso. Pewnego dnia przestałam je jeść. Od prawie dwóch miesięcy prowadzimy kuchnię wegetariańską. Śniadania to przeważnie płatki owsiane lub naleśniki z nasionami, obiady to gigantyczne sałatki lub warzywa z ryżem, przyprawami, orzechami, nasionami i soją lub soczewicą, a lunch – co popadnie z obiadu.

W restauracjach zaczęłam uważać na to co zamawiam i na wielkość porcji. Zwykle zamawiam sałatki lub przekąski, bo jak zamówię obiad, prawie na pewno się przejem. Często dzielimy się posiłkiem z mężem. Proszę o sos do sałatek oddzielnie. Stałam się cholernie wybredna. Moje poczucie smaku wyczuliło się na nadmierną sól i cukier, a w restauracjach prawie wszystko przedobrzają. Po przejściu na wegetarianizm po raz pierwszy odkryłam jak mięsożernym narodem są Amerykanie – prawie wszystko w menu zawiera mięso, a jak nie mięso to ser. Chodzenie do restauracji stało się problemem. O ile można coś znaleźć w wersji wegetariańskiej, to w wegańskiej – bez jaj i nabiału – raczej nie. Dlatego poza domem nadal jadam nabiał, a mąż sporadycznie również mięso i ryby.

Odkąd nie jem mięsa nie czuję się ani lepiej, ani gorzej. Mam tyle samo energii, takie same paznokcie i włosy i taką samą wagę (tu akurat miałam nadzieję na zmianę). Nie odkryłam żadnej zmieniającej życie rewelacji, nie czuję się lepsza ani gorsza, nie brakuje mi mięsa – jest mi z tym po prostu dobrze. Dziś. A jak będzie jutro – czas pokaże.

Cdn.

Ceremonia zaprzysiężenia kandydatów na obywateli Stanów Zjednoczonych poprzez proces naturalizacji odbyła się w zeszłym tygodniu w budynku sądu głównego w centrum Syracuse. Sąd mieści się w majestatycznym historycznym budynku i sala sądowa podkreśliła uroczystość chwili.

39 kandydatów z 26 różnych krajów stawiło się o ustalonej godzinie. Pierwsza godzina była sesją informacyjną. Bardzo miły pan z biura imigracyjnego z dużym poczuciem humoru, co przeważnie byłoby oksymoronem, informował o zasadach gry: jak będzie przebiegać ceremonia, czy można kopiować certyfikat, czy można robić zdjęcia z sędzią, jak podpisać certyfikat, dlaczego należy ubiegać się o paszport, itp. Potem zebrano wypełnione formularze, które każdy otrzymał po zdanym teście, oraz zielone karty. Przedstawiciele różnych biur rozdali aplikacje o paszport i formularz rejestracji do głosowania. Rozdano też książeczki z tekstem Konstytucji i książkę z faktami historycznymi. Teraz wypadało czekać, aż zegar wybije kolejną godzinę.

Na salę zaczęły napływać media: lokalna stacja telewizyjna i gazeta. Porozstawiano kamery. Wszedł sędzia. Ceremonia rozpoczęła się od złożenia Pledge of Allegiance, czyli przysięgi do flagi. Kiedy wszyscy usiedli, sędzia zarządził minutę ciszy ku czci ofiar poległych w strzelaninie w ośrodku imigracyjnym w Binghamton. Potem wygłosił krótką mowę dotyczącą przyszłych obywateli podkreślając, że proces naturalizacji jest rezultatem wolnego wyboru i determinacji. Po przemowie sędziego zaczęły się krótkie przemowy reprezentantów naczelników lokalnego rządu, jak pani wojewody hrabstwa, burmistrza miasta i innych. Po skończonych mowach nadszedł czas na uroczystą przysięgę. Przysięga odbyła się na stojąco z podniesioną prawą ręką. Wersy przysięgi powtarzane były za sędzią. Kandydaci przysięgali m. in. że porzucą lojalność wobec innych krajów na rzecz Stanów Zjednoczonych, oraz że gotowi są walczyć o pokój z bronią w ręku jeśli zajdzie taka potrzeba. Sędzia zakończył ceremonię słowami: "witajcie w najlepszym kraju na świecie", po czym zaczęło się rozdawanie certyfikatów naturalizacji. Każdy został wywołany po imieniu, otrzymał certyfikat i miał okazję na zrobienie zdjęcia z sędzią.

Co najbardziej mnie ujęło to niezwykle ciepłe przyjęcie dotychczasowych obcokrajowców do grona nowych obywateli oraz szeroka reprezentacja lokalnego rządu i mediów. W samym środku kryzysu, kiedy trudno o pracę, obecnie przeważa wrogość przeciw nowoprzybyłym. Ogólna atmosfera jest zdecydowanie bardziej anty- niż proimigracyjna. Tymczasem lokalne władze potraktowały nowych obywateli naprawdę ciepło i z dużym uznaniem podkreślając, że ten kraj zbudowany został na imigrantach. Człowiek naprawdę czuł się mile widziany.

poniedziałek, 27 kwietnia 2009
Sprzedawanie czegokolwiek poprzez ogłaszanie w gazecie bądź na internecie okazało się być niebywale czasochłonne. Fakt, ze sprzedaży odzyskuje się część zainwestowanych pieniędzy, ale w zależności od wartości sprzedawanej rzeczy, gra może być niewarta świeczki.

Ludzie najczęściej kontaktują się ze mną za pomocą e-maila. Sama korespondencja jest czasochłonna, gdyż staram się wyczerpująco odpowiadać na zadane pytania i często koresponduję z potencjalnymi kupcami przez parę dni. Etap korespondencji jest często jedynym etapem kontaktu, bo często na tym się kończy. Kiedy jednak dochodzi do spotkania twarzą w twarz, jak do tej pory miałam szczęście, bo w większości przypadków sprzedałam za pierwszą wizytą. Ostatnio jednak próbuję sprzedać jeden z kajaków męża, który oczywiście podlega testowaniu przed sprzedażą. Mówimy tutaj o inwestycji kilku dobrych godzin, bo trzeba spotkać się z potencjalnym kupcem gdzieś nad wodą, rozładować kajak i dać popływać do woli. Jestem po pierwszym takim doświadczeniu i muszę powiedzieć, że sobotę mieliśmy z mężem spapraną. Facet się namyśla i nie wiadomo czy kupi, a my zastanawiamy się ile jeszcze godzin będziemy mieli w plecy zanim pozbędziemy się tego kajaka. Doszłam do wniosku, że o ile przy drogich rzeczach ogłaszanie na Craigslist jest najlepszą metodą sprzedaży, to przy drobnych rybkach najłatwiejsza jest jednak sprzedaż garażowa. Jeden dzień czy popołudnie z głowy, zamiast tygodni odpowiadania na maile i trwonienia czasu na spotkania.

Jak już pozbędę się zbędnego balastu, nieprędko powrócę do sprzedawania z ogłoszeń. Niektórych to rajcuje, ale dla mnie to kompletna strata czasu i niepotrzebne nerwy.

18:07, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (9) »
wtorek, 21 kwietnia 2009
Dziś rano przed śniadaniem mój pies zabił wszystkie trzy króliki. A właściwie dwa i pół, bo trzeciego mąż musiał dobić szpadlem. Wszystko przez to, że zrobiłam im budę z dolnej połowy plastikowej klatki psa i zagrodziłam wejście, bo mieliśmy dość prowadzania psa na smyczy. Chciałam je ochronić jednocześnie umożliwiając psu użycie działki. Pies jednak okazał się sprawniejszy niż myślałam, bo usunął szczapy drewna przy wejściu, wczołgał się i dokonał mordu. Nie mogę powiedzieć, w zabijaniu się wyszkolił, bo poszło mu nadzwyczaj sprawnie. Przy trzecim mu przeszkodziliśmy, stąd go zostawił okaleczonego. Od piątku miał obsesję, myślał tylko o królikach. Nie chciał chodzić na spacery, nie sypiał w nocy, tylko łaził od drzwi na taras do drzwi do piwnicy, tak bardzo chciał wyjść na dwór. Kiedy był na smyczy przy norze, dostawał szału. Z jednej strony jestem zła, że nie udało mi się ochronić królików, a z drugiej czuję ulgę, że ten cały cyrk się w końcu skończył.

Test dostępny jest tylko do jutra, ale zachęcam wszystkich do spróbowania. Mnie niestety zabił brak polskiej klawiatury.

http://www.akademiajezykapolskiego.pl/index.php/narodowy-test-z-jezyka-polskiego

22:09, anetacuse , Język
Link Komentarze (32) »
poniedziałek, 20 kwietnia 2009

...wrze życie. Nie wiadomo dokładnie ile żyć, ale puch na wierzchu norki rusza się często i żwawo. Królicza mama chyba jednak wróciła i to w porę. Pies dostaje szału, bo stracił wolny dostęp do własnej działki, a my nie możemy się doczekać aż królicza młodzież dorośnie i pójdzie w świat, bo chcemy już tę działkę psu zwrócić. Uśmiecham się na myśl, że jednak nasza akcja ratunkowa nie poszła na marne.

sobota, 18 kwietnia 2009

W moim przytulnym domu na peryferiach nie ma spokojnego życia. Co jakiś czas tu czy tam łupnie, to czy tamto sie wydarzy. Dwa lata temu ratowaliśmy głuszca, który w nocy rozbił się o dach naszego domu i siedział pod krzakiem pokaleczony. Tydzień temu ratowaliśmy naszego psa, który znienacka bardzo się rozchorował. Wczoraj w nocy ratowaliśmy rodzinę króliczą. Przed naszym psem.

Około 10-tej wieczór wypuściliśmy psa na siku. Wsiąkł. Normalnie po paru minutach stoi z powrotem przed drzwiami. Poszłam go wołać. Nic. Nagle słyszę bardzo głośne piszczenie o dużej częstotliwości. Brzmiało prawie jak psia zabawka, ale było tak częste, że pies nie zdążyłby tak szybko ruszać szczękami. Wychodzę na taras, spoglądam w dół, a tam stoi pies z piszczącym i wijącym się stworzeniem zwisającym mu z pyska. Stworzenie było troche większe od chomika, więc myślałam, że to mysz. Stworzenie mu wypadło i zaczęło uciekać. On w pogoń. Złapał. Był jak słoń w składzie porcelany. Inne psy czy koty uśmierciłyby je jednym szybkim ruchem szczęk, ale mój pies to żaden profesjonalny kiler. Coś tam mu zostało z instynktu, że ma za takimi gonić, ale jak już je miał, nie wiedział co robić. Bawić się? Gonić? Łapać? Puścić? Brzuszek pełny, potrzeby do zabijania nie ma. Ogarnęła mnie okropna wizja pokaleczonych wijących się z bólu myszy. Myszy, które prawdopodobnie humanitarnie będę musiała dobić. Wizja, że mój pies je jednak zeżre i znów będzie chory. Zleciałam na dół po schodach, ale kiedy zobaczyłam, że w zasadzie stoję pośrodu całego stada myszy rozbiegających się we wszystkich kierunkach, wpadłam w panikę, zwiałam z powrotem na górę i powiedziałam mężowi, że ja się tym zajmować nie będę. Ochłonęłam jednak natychmiast i oboje zaczęliśmy nagonkę na psa. Wkrótce był zamknięty w domu, a ja złapałam dwie lampy kempingowe i udałam się na szacowanie strat. Jeden gryzoń był schowany w liściach. Wyglądał na nieżywego. Wtedy odkryłam, że to nie były myszy, tylko króliki. Uszka i tylne nogi jeszcze nie w pełni rozwinięte. A na pagórku pod tarasem ziała pustką rozkopana przez psa umoszczona królicza nora. Te suche liście, których przez lenistwo od zeszłego roku jeszcze nie zgrabiliśmy uratowały kilka malutkich żyć. Założyłam rękawice ogrodowe i zaczęło się przeszukiwanie okolicy. Ten pierwszy, który wyglądał na nieżywego zdążył w międzyczasie przeczołgać się dalej. Delikatnie go podniosłam i obejrzałam. Nie wyglądał na rannego. Zwróciłam go do króliczej nory, a on czym prędzej zakopał się głębiej. Znaleźliśmy jeszcze dwa nienaruszone małe. Trzy królicze potomki zostały przeze mnie wsadzone do nory i zakryte puchem i sianem, potem liśćmi. Ale czwarty maluch nie przeżył. Pies ścisnął go zbyt mocno za główkę i przez oczodół wycisnął mu część mózgu. Tak go zostawił. Skoro nie piszczy i nie rusza się, nie jest ciekawy. Tego królika zakopaliśmy. Para błyszczących oczu przyglądała nam się z najdalszego rogu naszej działki. Królicza mama?

Kiedy wróciliśmy na górę pies był niebywale poruszony. Błyszczały mu oczy, miał rozwarte nozdrza, energicznie merdał ogonem i patrzył na nas z wyczekiwaniem, jakby myślał, ze po zjedzeniu naszej części przynieśliśmy mu resztę zdobyczy. Potem warował przed drzwiami na taras. Dziś wszystko wskazuje na to, że królicza mama nie wróciła. Mam nadzieję, że się mylę. Jeśli nie wróci, trzy małe króliczki zginą w norze śmiercią głodową.

piątek, 17 kwietnia 2009

Być może zauważyliście, że ostatnio jestem na eksperymentalnej fali warzywno-owocowej. Kupiłam sobie kieszonkowy poradnik „Field Guide to Produce: How to Identify, Select, and Prepare Virtually Every Fruit and Vegetable at the Market” i co tydzień wybieram jakieś warzywo – niespodziankę, o którym nie wiem nic lub wiem mało. Po zatachaniu zdobyczy do domu, otwieram swój poradnik i czytam sobie z czym to się je. Dzięki tej strategii odkrywam coraz więcej pysznych warzyw, które stają się stałymi bywalcami mojej kuchni.

Field Guide to Produce

Fot. www.amazon.com

Karczochy, ang. artichoke, były mi znane, ale tylko w puszce lub słoiku. Jadałam je czasem w sałatkach, ale bez większego entuzjazmu. Ostatnio zdobyłam się na odwagę zakupu małych karczochów (baby artichoke) i po spróbowaniu dosłownie się w nich zakochałam.

Karczochy należy umyć, odkroić łodygę spodnią aby nadawały się do postawienia pionowo, oraz odkroić około 2 cm czubka. Po okrojeniu karczochy mają tenencję do czernienia, więc najlepiej je natychmiast przyrządzić bądź zalać wodą z octem (dla mnie ta metoda nie zadziałała – i tak sczerniały). W karczochach jadalny jest głównie środek, czyli dno kwiatowe (artichoke heart) oraz miąższcz liści. Karczochy gotujemy w wodzie lub na parze. W zależności od preferencji, można je obrać z liści przed gotowaniem i ugotować tylko środek. Można je również gotować z liśćmi i albo liście zjeść, albo oderwać i wyrzucić. Jedzenie liści jest niebywale czasochłonne i mało satysfakcjonujące. Liść bierzemy za koniuszek, maczamy w jakimś sosie i przeciągamy miąższczem w dół pomiędzy zębami ściągając tym samym mięsistą część liścia. Karczoch ma dużo liści, więc jest to dużo roboty, a mało jedzenia. Liście nie są złe, ale osobiście wolę je wyrzucić. Jeśli zaś chodzi o środek karczocha, to jest to po prostu niebo w gębie. Jasnozielony, mięciutki i delikatny środek charakteryzuje się niebywale bogatym, lekko orzechowym smakiem. Można jeść sam po ugotowaniu lub dodać do sałatek. Pycha!

Karczochy

Fot: http://pl.wikipedia.org

 
1 , 2
statystyka