Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
niedziela, 27 marca 2016

Niespodziewanie spędzam Wielkanoc w domu. Miałam dziś wylatywać o 3 rano, ale wszystko się zmieniło. Zmiana w ostatniej chwili, w piątek wieczorem dopiero wróciłam do domu z New Jersey, więc nie było żadnych przygotowań. Czuję się jak po wojnie - niemożebnie zmęczona - ale system stoi w najmniejszej placówce - magazynie dystrybucji.

Powinnam się cieszyć i cieszyłam się kiedy klientka pierwszy raz wcisnęła zmianę statusu na zleceniu, co spowodowało wysłanie zlecenia do SAP. Poszło i poszło prawidłowo. Było za to całe wiadro innych problemów, powoli i stopniowo porozwiązywanych. Będzie więcej. Wyrobiłam sobie filozofię, że jeśli coś działa, to ciesz się, bo za 5 minut coś innego nie będzie działać. Pocieszam się, że to tylko produkcja soku, a nie szpitalny system medyczny czy bank. Aczkolwiek mamy klientów farmaceutycznych.

W poniedziałek wieczorem, po spotkaniu nt. konsolidacji inwentarza magazynu żeby wszystko pasowało pod kątem ilości sztuk i ceny całości w obu systemach, w końcu do mnie dotarło - późno trochę - że wymaga się ode mnie niemożliwego. Nie jest fizycznie możliwe, aby JEDNA osoba wdrażała system na taką skalę i po 12 godzinach dziennie z klientem ładowała dane nocą i zrobiła to wszystko poprawnie i na czas. Osoba, która ten projekt szacowała nie doceniła pełnej skali przedsięwzięcia ani nie przewidziała tuzinów niespodziewanych problemów, które wszystko opóźniły. Wiedziałam, że nieważne jak ciężko będę pracowała - po prostu nie zdążę, bo nie ma wystarczającej ilości godzin w dobie, a ja już i tak padam na przysłowiowy pysk. Zadzwoniłam do szefowej i jej to powiedziałam. Powiedziałam, że z chęcią odstąpię jeśli ma kogoś, kto może zrobić więcej i lepiej. Roześmiała się. Pół godziny później oddzwoniła i przydzieliła mi osobę do pomocy. 

W wtorek rano dołączyła do mnie kierowniczka projektu po stronie klienta. Powiedziałam jej jak fatalnie poszło szkolenie w minionym tygodniu w drugiej największej fabryce: osoba, która to organizowała przysłała mi nie te osoby co trzeba i pomieszała grupy użytkowników. To tak, jakby uczyć pierwszo- i siedmioklasisów razem. Komputery nie działały, internet działał słabo, myszy i klawiatury nie były dopasowane do stacji - kompletne fiasko. Stawianie systemu w tej fabryce właśnie miało się odbyć jutro, ale zostało przesunięte, dlatego dziś jestem w domu.

Mam tydzień na ogarnięcie wszystkiego w biurze / domu. Potem - w najbliższą niedzielę - Kalifornia. Mała fabryczka 40-to osobowa, będę tam tydzień. Z Kalifornii bezpośrednio na Florydę do fabryki 150-cio osobowej, gdzie szkolenie poszło fatalnie, też tydzień. Potem weekend w domu, szkolenie na Florydzie w największej - 600 osobowej fabryce (sama produkcja). Sobota w domu, wyjazd na konferencję w Południowej Karolinie gdzie prezentuję  (szefowa dała mi zielone światło na przespanie całej konferencji poza moją prezentacją), powrót do domu, wyjazd do największej fabryki i po 5 tygodniach w rozjazdach wrócę do domu 6-tego maja po postawieniu systemu w czwartej i ostatniej fabryce. Tydzień pracy z biura na zawiązanie luźnych końców i koniec. Koniec projektu po 11-tu miesiącach.

Wczoraj pozmieniałam rezerwacje podróżne i porobiłam nowe. Ogarnianie takiej ilości wyjazdów - lot, hotel, samochód na każdy tydzień - zabiera godziny. Składanie raportów z kosztów podróży też, ale się odkopałam. Dziś biorę wolne. Jest słonecznie choć dość mroźnie. Mam dziś jechać na kajaki pierwszy raz w tym sezonie, ale nie wiem czy się do tego przymierzę. Idę chyba ugotować jakieś jajka.

Życzę Wam spokojnych i miłych świąt! 

14:19, anetacuse , Praca
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 21 marca 2016

Kto czyta mnie dłużej ten wie, że lata spędziłam na projektach z lokalizacją w Nowym Jorku. Miasto fascynuje mnie, ale przede wszystkim stresuje, hałas i zgiełk nie są moją domeną, wolę naturę.

Głównym źródłem stresu przy nowojorskich projektach były dojazdy: dojechać, nie zgubić się, nie utknąć w korku, nie chcieć siku podczas utknięcia w korku, nie wjechać do nie tego co trzeba tunelu aby niechcący nie zmienić wyspy (zdarzyło się!), nie mieć awarii, znaleźć parking, wcisnąć się w nieludzko małą przestrzeń nie poobijawszy samochodu, nie dostać mandatu za parkowanie nie tu, gdzie trzeba (zdarzyło się!). Po latach w końcu to opanowałam, ale stres kojarzony z jazdą w mieście pozostał.

Przy obecnym projekcie przeważnie latam na Florydę i mam zero stresu podróżnego, za to sama praca stresuje mnie potwornie. Jakie więc było moje zdziwienie, kiedy dziś dojechałam do Jersey City (miasto w New Jersey rzut kamieniem przez rzekę Hudson od Manhattanu) i nagle poczułam nie tylko wiatr w skrzydłach, ale zwyczajnie ukojenie. Miasto, z metrem, rzeką, drapaczami chmur, japońskimi restauracjami co dwa kroki (uwielbiam!), podziałało na mnie niespodziewanie kojąco. Przypomniało mi okres, kiedy jak już dojechałam i zaparkowałam, to naprawdę dobrze się bawiłam - praca, spacery, widoki, dobre jedzenie, czas na czytanie po pracy, ulice tętniące życiem, spotkania ze znajomymi blogerkami. Tego nie pamiętałam. Myślałam o Nowym Jorku jako etapie z przeszłości, którego nie chciałabym powtórzyć. Tymczasem dzisiaj Wielkie Jabłko - choćby oglądane zza rzeki - oraz miejska atmosfra przypomniały mi o dobrym okresie mojego życia i przeniosły mnie w aurę, która bardzo poprawiła mi samopoczucie psychiczne.

Dziękuję Nowy Jorku!

P.S. W tym tygodniu stawiam system w magazynie dystrybucji - pierwszej z 4 placówek. Stres będzie horendalny, ale od czego jest japońskie wino śliwkowe?

00:40, anetacuse , Praca
Link Komentarze (6) »
czwartek, 10 marca 2016

To była (jest?) najszybsza zima mojego życia. Dziś było 75 stopni F, ludzie latali w szortach i krótkich rękawach. Niesłyszane u nas w marcu. Mąż wziął wolne i pojechał kajakować. Normalnie woda nie odmarza do początku lub połowy kwietnia.

Od początku kalendarzowego roku tyram jak wół. Dnie, wieczory, weekendy - sama praca nie jest problemem, lubię to co robię, mam czas na nadgodziny. Problemem jest realny strach niezdążenia. Idzie jak po grudzie w myśl zasady, że jak ma coś pierdyknąć, to na pewno pierdyknie. Jestem zmęczona, najbardziej psychicznie. Pod koniec pierwszych dwóch tygodni w trasie nagle się przeziębiłam. Dopadło mnie ostro, tak, że rano zemdlałam w hotelu, co mi się nigdy nie zdarza, i nie mogłam zjawić się w pracy, bo bałam się prowadzić samochód z racji niemożności utrzymania się w pionie i gorących potów. Wszystko mnie bolało, myślałam, że to grypa, ale po powrocie do domu nagle miałam zwykłe przeziębienie, które minęło w ciągu tygodnia. Klient zmienił zdanie i trzeba było kupę rzeczy przerabiać. Dostarczyli dane bardzo późno i w ogromnych ilościach. Projekt przekroczył budżet. System zastępuje dwa inne oddzielne systemy SAP i integruje się z trzecim SAP.  Z racji zmian wymagań w ostatniej chwili trzeba było przerobić grafik, dzięki czemu zyskałam całe 2 tygodnie w domu akurat na wyzdrowienie i wykaszlanie płuc w prywatności własnego domu. Zabunkrowana w domu nadal się nie wyrabiam. W niedzielę wyjeżdżam i będzie 5 tygodni trasy pod rząd, bo data końca projektu się nie zmieniła. Będę w domu tylko w soboty, o ile nie spóźni się samolot. Szkolenie FL, go-live NJ, go-live FL, go-live CA, szkolenie FL. Potem tydzień w domu, tydzień na konferencji organizowanej przez moją firmę, na której prezentuję, i ostatni go-live na Florydzie. Potem tydzień pracy w biurze i koniec projektu. Liczę dni i godziny. Tylko dlatego, że ciężko jest żyć w takim stresie i przepracowaniu na dłużą metę. Za to umysłowo nigdy w życiu nie funkcjonowałam na wyższych obrotach: ciągle intensywnie myślę i rozwiązuję nowe problemy. Żadna szkoła, żadne studia ani inna praca mi takiego wyzwania nie dały i muszę przyznać, że to uwielbiam. Czuję się stworzona do myślenia i rozwiązywania problemów, czuję się z tym bardzo szczęśliwa i zwyczajnie uzależniona. Martwię się jak będzie wyglądać moje życie po tym projekcie, kiedy nagle stanie się chwilowo bezproblemowe. No i ciekawi mnie jaki będzie następny projekt. Ogólnie, pomimo obecnych trudności, uważam że pracę wygrałam na loterii: wpisuje się idealnie w moją osobowość.

A teraz o wolnych chwilach, których jest mało. Przestałam sobie ustalać zasady co powinnam, czego nie i kiedy żeby nie dodawać sobie stresu. Pilnuję się odnośnie głównych punktów zdrowia żeby utrzymać się w dobrej formie: ćwiczenia, sen, zdrowe i umiarkowane jedzenie, odpowiednie nawadnianie organizmu - ale przestałam być żywieniowym nazistą wobec samej siebie i po prostu jem na co mam ochotę. Tak się złożyło, że bycie ciągle zajętą stemperowało mi apetyt, w związku z czym nareszcie i bez wysiłku wróciłam do swojej ulubionej wagi sprzed roku. Trochę biegam, staram się wyrobić przynajmniej 6000 kroków dziennie (obiektywnie to nie jest dużo, ale przy moim obecnym grafiku jest) i kiedy jestem w domu chodzę na zajęcia jogi, którą naprawdę uwielbiam. I tu dochodzę do sprawy wzdychania: często podczas zajęć jogi instruktor/ka poleca nam głośno wzdychać aby "wypuścić" stres dnia jak również parskać (horse breath) - co jest rewelacyjne na rozluźnienie mięśni twarzy. Joga jest balsamem na moje ciało i duszę i to wzdychanie też pomaga. Zajęcia przynoszą mi ogromne ukojenie.

A teraz o poceniu się. Zakup sauny okazał się hitem. Mamy ją już trzeci miesiąc i używamy prawie codziennie (tzn. kiedy jestem w domu). Gładsza skóra, wzdęcia stały się problemem przeszłości, lepsze samopoczucie, spadek wagi (waga mi ruszyła w dół odkąd używam sauny choć nie jest to jedyny powód) - nie był to jeden z tych zakupów, który się nudzi i idzie w kąt, choć to kiepskie porównanie w tym przypadku, bo sauna akurat stoi w kącie. Sauna stała się nową bardzo wyczekiwaną porą wieczornego relaksu. Po prostu nie wyobrażam sobie mojego życia przed sauną.

Trzecią rozrywką wolnych chwil jest czytanie. Skończyłam (w wielkich bólach - warta przeczytania ale straszliwie rozwlekła) Polskę James'a Michener'a, potem przerzuciłam się na rewelacyjną lekturę Anthony'ego Marra The Tsar of Love and Techno: Stories (polecam również jego książkę A Constellation of Vital Pheonomena), aby w końcu dotrzeć do niedawno zmarłej pisarki Harper Lee i nareszcie przeczytać Zabić drozda (To Kill a Mockingbird) oraz To Set a Watchman - obie pozycje serdecznie polecam.

Cieszę się swoją pracą w chwilach, kiedy mnie nie przytłacza. Kiedy mnie przytłacza też się cieszę, ale z cieniem zmęczenia i cynizmu. Projekt trochę uderzył mi do głowy. Kiedy jest się alfą i omegą takiego dużego przedsięwzięcia, to trochę puchnie ego. Całe szczęście mam wystarczająco dużo wszelakich potyczek, żeby nie latać zbyt wysoko. Oby to końca. Cieszę się wolnymi chwilami, które znaczą o tyle więcej, kiedy jest ich mało. No i kończy się zima, rano słychać świergotanie ptaków za oknem. Powietrze pachnie wiosną. Idzie wiosna. Idzie lato. Będą wakacje i biwaki. Wszystko najlepsze przede mną. Stan obecny jest przejściowy. Minie.

03:39, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (1) »
statystyka