Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
sobota, 29 marca 2014

We got hitched. Co po angielsku znaczy w mowie potocznej, żeśmy się hajtnęli (no, lata temu). Albo w mojej mowie potoczniejszej, że zainstalowano nam hitch, czyli hak holowniczy do przyczepy. 

wtorek, 25 marca 2014

Do nowych wymiarów. Jakich nigdy wcześniej nie miałam. I uważałam, że nigdy mieć nie będę. Nadal nie wiem czy będę, ale zatrudniłam swojego Fit Bita, aby stało się. Tak więc wybrałam plan, najbardziej konserwatywny z czterech, liczę co jem aby zmieścić się w ustalonych przez Fit Bita normach i czekam na cud. Wprowadziłam też dwa dodatkowe dzienne spacery (był tylko jeden), bo nadal nie mogę się zmobilizować do powrotu do ćwiczeń. Poza cudem, czekam też na wiosnę, której u nas nadal nie widać.

Fit Bit offeruje 4 plany: 0,5, 1, 1,5 i 2 funty spadku wagi na tydzień. Można wybrać plan do stylu życia (np. siedzący), albo dobrany tylko dla nas pod kątem ilości ruchu, który Fit Bit zna, bo przecież codziennie liczy nam kroki. Tak więc wpisuje się wagę na dzisiaj, wagę docelową i wybiera się ile funtów tygodniowo chce się schudnąć. Na podstawie tych danych (oraz naszej płci i wieku), Fit Bit dobiera nam ilość kalorii, jaką możemy zjeść dziennie i podaje nam datę, do której schudniemy, jeśli będziemy trzymać się planu. Nie podaje co i kiedy jeść a czego nie jeść, a jedynie liczy, przy czym podlicza nie tylko kalorie, ale ilość białka, węglowodanów, tłuszczy itp. Wpisywanie jedzenia jest łatwe, Fit Bit ma sporą bazę danych i prawie wszystko można tam znaleźć. Podaje się też wagę lub miarę zjedzonej rzeczy, np. 100 g, 4 fl oz, czy 1/2 cup (pół szklanki), 1 tbsp (łyżka). W pierwszej fazie dobrzej jest mieć wagę kuchenną jeśli się coś wpisuje pierwszy raz, potem już się tylko wybiera z listy ostatnio/najczęściej wpisywanych rzeczy. To liczenie jest bardzo skuteczne, bo natychmiast człowiek się uczy czego unikać. Np. jeśli zjesz w pracy pączka, szybko okazuje się, że po zjedzeniu lunchu już cię "nie stać" na obiad - a to boli. Więc następnym razem jest dużo łatwiej z tego pączka zrezygnować. Jedną ze świetnych funkcji jest to, że ilość ruchu natychmiastowo wpływa na ilość kalorii do zjedzenia. Więc jeśli zjemy za dużo, ale pójdziemy na spacer, nadal osiągniemy nasz cel, bo im więcej się ruszamy, tym więcej możemy zjeść, przy czym dzienny deficyt kalorii do osiągnięcia pożądanego spadku wagi pozostaje taki sam, bo to Fit Bit ustala, czy możesz zjeść więcej i o ile więcej bo były trzy spacery, czy też dużo mniej niż zwykle, bo nie było ani jednego.

środa, 19 marca 2014

Jeśli jeszcze nie oglądaliście brytyjskiego serialu BBC z serii Masterpiece Mystery pt. Sherlock, to naprawdę nie wiem na co czekacie. Genialnie napisany, genialnie zagrany, po prostu genialny na każdej linii. Moje 3 grosze na dziś.

piątek, 14 marca 2014

Teardrop trailer to typ przyczepy kempingowej. W dosłownym tłumaczeniu przyczepa kropla łez, chyba z racji bardzo opływowego aerodynamicznego kształtu. Wg. Wikipedii taki typ przyczepy zrodził się w latch 30-tych ubiegłego wieku i był bardzo popularny do lat 60-tych by na długie lata zniknąć, po czym pojawić się ponownie w latach 90-tych. Przyczepa była bardzo popularna z racji lekkiej wagi niewymagającej dużego silnika, aby ją ciągnąć. Myślę, że powróciła również z przyczyn ekonomicznych.

Konstrukcja jest bardzo prosta i nie wymaga składania i rozkładania jak w przypadku pop-up: kabina sypialnia z materacem wielkości queen size, a kuchnia w plenerze pod otwieraną klapą. W zależność od grubości portfela, preferencji i wielkości silnika samochodu, który będzie przyczepę ciągnął, wystrój może być spartański lub wręcz luksusowy. Pod luksusy można zaliczyć wbudowany zlew i kuchenkę gazową, klimatyzaję, piecyk grzewczy, a nawet telewizor. Ludziska kreatywni są i jest coraz więcej firm i niezależnych osób, które takie przyczepy budują. Jeśli Was temat interesuje, proponuję udać się na stronę Google i wpisać "teardrop trailer images" - pojawi się  cały wachlarz bardzo ciekawych zdjęć. Ja podam tylko kilka.

Jak się domyślacie, moje zainteresowanie nie bieże się znikąd. W październiku ubiegłego roku zamówiliśmy właśnie jedną z takich przyczep od firmy w stanie Wisconsin i w tym tygodniu zaczęli ją budować. Tak więc pod koniec maja czeka nas niemal tysięcznomilowa podróż do Wisconsin po odbiór łzawej sypialni. Już nie mogę się doczekać.

To jest moja 15-ta zima w Syracuse. Bez porównania najbardziej surowa odkąd tu mieszkam. Było kilka srogich zim, ale żadna jak ta. Największa częstotliwość śnieżyc i mrozów, pokaźna ilość śniegu, długość. W tym sezonie spotkało nas parę nowych doświadczeń.

Nie otwieraj drzwi samochodu

Wróciliśmy z weekendu poza domem. Samochód męża nie jeździł od trzech dni. Mąż chwycił klamkę aby otworzyć drzwi. Stawiały opór. Otworzył. Przy zawiasach utworzył się lód. Lód, który odgiął stal.

Nie przyszło nam do głowy nie otwierać tych drzwi do czasu naprawy. Zanim auto trafiło do mechanika, szkoda była dużo gorsza. Naprawa kosztowała prawie $500.

Kto rzuca w szybę kamieniami

Po środowj śnieżycy nie było widać mego samochodu. Jest czerwony, a nie było widać ani kawałka. Po odśnieżeniu też nie, bo pokryty był trzycentymetrową maską lodu.

Dużo mil jazdy zajęło, żeby część lodu w końcu zeszła. Ale jak awangardowo! W pewnym momencie podczas jazdy coś z hukiem uderzyło w przednią szybę. Jakby dostać z garści kamieniami. To były ogromne odłamki lodu z maski mojego samochodu. Nigdy przez 15 lat zimowej jazdy nie przytrafiło mi się coś takiego. Spadał na mnie lód z dachu ciężarówek przede mną, ale nigdy mój.

Kto pobił twój żywopłot

Mam przepiękny żywopłot z tuj. To jedyny kawałek mojej działki, z którego jestem naprawdę dumna. Szesnaście krzaczków zostało przeze mnie przywiezionych w bagażniku hondy civic w 2006 roku. Sama je pod linijkę zasadziłam. Teraz stoją dumnym rzędem jak żołnierze, wysokością dobrze przewyższają mojego męża. Pełne, strzeliście równe, prężą się w idealnej linii prostej.

Wczoraj wróciłam do domu i nigdzie nie mogłam znaleźć męża. W końcu wypatrzyłam ślady kroków na tarasie w głębokim za kolana śniegu. Wyglądam oknem i... zamarło mi serce. Żywopłot wyglądał jakby ktoś się na niego rzucił z tasakiem. Bardzo wściekły ktoś. Mąż stał przy jednym z krzaczków, rozłupionym na czworo i rozkraczonym na cztery części świata, i próbował zwalić z niego resztki śniegu. Śnieg, który spadł podczas środowej śnieżycy był tak ciężki, że porozłupywał znaczną część zamarzniętych tuj. Po czym w tym rozkraczeniu zamarzły. Nie wiem, czy ten krzaczek odżyje, ale kiedy odtaje, to go podwiążę do pionu.

Inne "uroki" tej zimy

Sąsiadom pourywało rynny i wykończeniówkę. Stare drzewa masowo padają pod naporem śniegu na linie wysokiego napięcia, na domy. Pękają rury wodociągowe. Nie ma gdzie parkować, bo znaczna część parkingów pokryta jest odgarniętymi górami śniegu. Bardzo podrożało ogrzewanie i olej napędowy. Szkoły były zamknięte już tyle dni, że potrącą dni uczniom i nauczycielon z wakacji letnich.

Gdzie do cholery jest wiosna?!

środa, 12 marca 2014

Kiedy się pracuje z domu w śnieżycę i nikt cię nie widzi...

Amerykanie gardzą sardynkami. Nie znam nikogo, kto by je jadł, na samo słowo każdy się krzywi. A jednak ktoś (poza mną) je kupuje, bo zawsze można je dostać w każdym supermarkecie. W puszce. Firmy Bumble Bee. Na której pisze: Product of Poland.

17:24, anetacuse , Jedzenie
Link Komentarze (8) »
wtorek, 11 marca 2014

Wpis miał być - ale nie jest - na gorąco i Scrabble już nie rujnuje mi życia. Pozbierałam się. A było tak.

Uwielbiam słowa i zawsze wiedziałam, że polubię Scrabble. Kiedyś nawet grałam, chociaż ja nie z tych grających. Ogólnie rzecz biorąc, nie gram w nic: ani na komputerze, ani na smartfonie, ani w gry video, ani na planszy, ani nawet w karty czy gry sportowe. Nie gram i już. No ale to się niedawno zmieniło. Pomyślałam, że sprawię sobie Scrabble na Kindle.

Jaki to był błąd! Przez pierwszy tydzień nie spałam. Nie to, że grałam do późna w nocy, tylko że każda wieczorna gra tak mnie podkręcała, że w ogóle nie mogłam zasnąć. Chodziłam jak zombie i chciałam tylko grać i grać, a kiedy tylko skończyłam jedną, zaraz zaczynałam kolejną grę. Nawet udawało mi się czasem wygrać z Wrednym Alem. Al - bo tak nazywa się komputer, mój przeciwnik na Kindlu. Wredny - bo czasem oszukuje, bo używa kretyńskich słów wątpliwego pochodzenia, a do tego gra ma nieprawidłowo zaprojektowane poniektóre algorytmy i liczy na korzyść Ala w fazie końcowej jeśli się gra do określonej liczby punktów. Tak czy inaczej, on był wredny, a ja się od niego uczyłam strategii.

Potem namówiłam męża na kilka partyjek planszowych z prawdziwymi drewnianymi klockami. Było fajnie, choć niezdarnie operowało się planszą i ruchomymi drewienkami. Spodobało mu się, chociaż przeważnie go ogrywam. Potem ściągnął sobie appa na tableta i teraz grywa z komputerem o brzydkiej nazwie CPU1. Też się uczy strategii, a jego app jest inny od mojego. I kolorowy. Teraz on namiętnie grywa w wolnym czasie, kiedy ja trochę ostygłam. Wieczorami grywamy razem na tablecie, bo jest łatwiej niż na planszy i można tworzyć słowa w ciemno, a komputer ci powie, czy to słowo istnieje, czy też nie. Nadal męża ogrywam, ale poziom gry dramatycznie poszedł w górę. Przy tym oboje się dobrze bawimy i nawet udaje nam się spać.

Już nie gram tak namiętnie z komputerem, bo trochę mi się znudziło, poza tym Kindle (Paperwhite/Classic/Keyboard) nie jest najlepszym narzędziem do gier. W Scrabble wolę grać z mężem, a na Kindlu teraz zaczęłam grać w Sudoku. Sudoku jest naprawdę piękne i ciągle walczę o lepszy czas. Całe szczęście tym razem bez obsesji.

17:16, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 10 marca 2014

Mieszkańcy USA uwielbiają świętować Dzień Św. Patryka. Natychmiast po Walentynkach wszędobylska czerwień zostaje zastąpiona wszędobyską zielenią. Wszędzie wiszą zielone dekoracje: koniczyny, girlandy, leprechauny z garnkami pełnymi złota, reklamy nadchodzących parad i zielonego jedzenia. Jest zielone piwo, zielone mleko, zielony milkshake w McD o nazwie Shamrock Shake, zielone lody i ciasta. Menu całe w mięcie. Kto może obnosi się irlandzkim pochodzeniem, zresztą nie tylko o tej porze roku, ale zawsze. Miejscowy irlandzki patriotyzm.

Już za tydzień zamienimy zieleń na wielkanocne pastele. Pomiędzy Świętem Dziękczynienia a Wielkanocą prawie każdy miesiąc można poznać po kolorze dekoracji. Dobrze, że chodziaż po dekoracjach, bo za oknem od miesięcy zima, zima, zima. Ciągle taka sama szarobura.

środa, 05 marca 2014

Zgadłby ktoś, że papuga lubi spać pod kocem? Moja lubi. Odkryliśmy to przypadkowo. Kiedy na noc zakrywamy klatkę kocem, czasem kiedy jest wcześnie zostawiamy przód otwarty żeby Cooper mógł sobie jeszcze posiedzieć na swoim balkonie. Okazało się, że lubi włazić pod koc i tam zasypiać, zwłaszcza jeśli koc zakrywa przestrzeń z drążkiem, skąd go potem trudno wydobyć, bo się złości. Lubi się też miziać  kocem, trzeć o niego jak kot, podryzać i bawić. W końcu "zainstalowałam" mu poszewkę od małej poduszki w środku klatki, żeby miał gdzie się wtulić o dowolnej porze. Uwielbia!

A skoro już o spaniu mowa, drugie zwierzę kieruje się nie tylko wygodą, ale także bliskością swojego stada.

wtorek, 04 marca 2014

Ostatnio okresowo napada mnie tęsknota za odpowiednikiem polskiego (europejskiego?) miasta.

Jak widzę polskie miasto (50-100 tys mieszkańców): Zbite architektonicznie, z dobrze rozbudowaną komunikacją miejską, przyjazne pieszym, łączące strefy mieszkalne z biznesowymi. Można się tam poruszać bez samochodu i wszystko załatwić.

Jak widzę amerykańskie miasto (50-100 tys mieszkańców): Centrum, gdzie są prawie same biznesy, które po 5-tej i weekendy staje się puste niczym miasto duchów. Poza centrum rozwleczone autostrady, ulice i plazy - nie ma początku, ani końca. W bardziej zagęszczonych stanach jak New Jersey prawie cały stan to drogi, parkingi i plaze bez możliwości rozgraniczenia jednej wioski czy miasta od drugiego. Kult samochodu i słabo rozwinięta komunikacja miejska, brak chodników, ogromne dystanse.

Powyższe impresje są uproszczone i uogólnione, proszę się nie czepiać.

Marzy mi się przeprowadzka do niedużego miasta, gdzie mogłabym pójść do banku, na pocztę, do sklepu spożywczego, do restauracji czy kafejki, do kina, do pracy - na piechotę. Ewentualnie rowerem czy autobusem. Gdzie samochód byłby mi potrzebny tylko na wypady za miasto.

Czy takie miejsca, nie licząc wielkich konglomeracji jak Nowy Jork czy Chicago, w ogóle w Stanach istnieją? Czy jest coś pomiędzy wielkim miastem a małą wioską gdzie można na co dzień żyć bez samochodu?

 
1 , 2
statystyka