Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
piątek, 29 marca 2013

Dziś debiutancki wpis gościnny TatyCuse, czyli mojego osobistego ojca. Za inspirację dziękujemy Futrzakowi.

***********************************************************************

Wiele miesięcy temu Aneta przysłała mi link:

http://www.laundry-alternative.com/products/Wonderwash.html

Zachwyciłem się! Pralka na korbę, jeden obrót na minutę, czas prania 75 sek. No rewelacja normalnie! Temat zapadł mi w pamięć, ponieważ dręczyła mnie konieczność używania mieszczącej sześć kilo pralki automatycznej, zdecydowanie za dużej jak na moje potrzeby.

W końcu wymyśliłem: Kupiłem w sklepie kajakowym piętnastolitrową beczkę z zakręcaną pokrywą. Napełniłem do połowy rzeczami do prania, zalałem wodą z płynem, zakręciłem i zacząłem potrząsać: Doskonałe ćwiczenie gimnastyczne! Można potrząsać, można toczyć od siebie i podciągać do siebie i znowu toczyć. Tak mniej więcej przez dwie minuty. Potem odkręciłem pokrywę, zlałem wodę z proszkiem do wiadra. Wg mojej oceny roztwór nadawał się do powtórnego wykorzystania. Trzykrotnie zalewałem wodą i mieszałem. W tego typu naczyniu wystarcza do tego jedna ręka. Wodę z płukania zlałem do drugiego wiadra: Przecież nie do wszystkich zastosowań potrzebna jest woda zdatna do picia. Całe pranie zabrało mi niecałe dziesięć minut.

Wnioski: Pranie zasadnicze trwa w pralce automatycznej co najmniej pół godziny. Woda w pralce, nawet wtedy, gdy nastawimy najniższą temperaturę, dogrzewana jest grzałką elektryczną o mocy 2 kilowatów, która miejscowo dość znacznie podnosi temperaturę i przegrzewa pranie znajdujące się w sąsiedztwie grzałki. Później następuje pięć cykli płukania, które trwa około dwudziestu minut, a potem wirowanie, dodatkowe sześć minut. Cóż, uwiedzeni reklamą, przeświadczeni że musimy mieć pralkę automatyczną, bo wszyscy mają, kupujemy ją, a potem przepłacamy za prąd, za wodę, za proszek i na koniec w nagrodę otrzymujemy zniszczone przez pralkę ubrania. Naprawdę nie ma potrzeby ‘męczyć’ prania tak długo. Szczególnie destrukcyjne wydaje się podgrzewanie wody w pralce. Dlaczego tak twierdzę? Bo widziałem ubrania prane w amerykańskiej pralce, w zimnej wodzie i widziałem ubrania amerykańskie, które miały wyraźnie zgaszony kolor po jednym praniu w polskiej.

No cóż, jak pozbędę się pralki, pozostanie dziura w zabudowie kuchennej. Trzeba będzie zamówić szafkę, na którą trzeba będzie wydać więcej niż dostanę za używaną pralkę. Niech więc stoi i ‘wygląda’! Chyba, że ktoś genialny wymyśli podatek od posiadania pralki, wtedy się nie zawaham ani chwili.

czwartek, 28 marca 2013

Kumkwat to mały, owalny, pomarańczowy owoc cytrusowy wielkości pomidora koktajlowego przypominający minipomarańczę, który się jada ze skórką. Głowę bym dała, że już tu kiedyś o kumkwatach (ang. kumquat) pisałam, ale wyszukiwarka Bloxa upiera się, że nie. Tak czy inaczej, dalej jestem wielbicielką kumkwatów, bo nic tak nie poprawia smaku i wyglądu zielonej sałatki z liści wszelkich jak pokrojone w cienkie talarki kumkwaty. 

poniedziałek, 25 marca 2013

Miętowa_kawa poleciła mi ostatnio książkę kardiologa dr Williama Davisa zatytułowaną "Wheat Belly" - w dosłownym tłumaczeniu brzuch pszenny, która w Polsce została wydana pod tytułem "Dieta bez pszenicy." Książka traktuje o szkodliwości współczesnej (genetycznie modifykowanej) pszenicy na zdrowie, zwłaszcza w sytuacji gdzie produkty z pszenicy dominują rynek żywnościowy, a wysoką konsumpcję pszenicy zaleca rząd. Nie jestem naukowcem i nie zamierzam tutaj polemizować na temat słuszności lub niesłuszności tezy autora, natomiast uważam, że książka jest warta przeczytania.

czwartek, 21 marca 2013

Zaczęło się niewinnie od skuwania kafelek w łazience. Było trochę pyłu i gruzu, w szybkim tempie zrobił się bałagan. Po skuciu jednej ściany postanowiliśmy zaprzestać. Mąż przyniósł z piwnicy Shop Vac, czyli przemysłowy odkurzacz warsztatowy, którym można odkurzać wszystko włącznie z wodą. Podłączył i zaczął odkurzać. Niespodziewnie zaczął wyć alarm przeciwpożarowy. Patrzymy, a odkurzacz tyłem wydmuchuje gorące powietrze zmieszane z drobnym pyłem - prosto na zawieszony nad schodami kilka metrów dalej czujnik. Natychmiast wyłączyliśmy odkurzacz. Po zejściu na parter ukazała nam się chmura pyłu: całkiem własna Dust Bowl.

Odkurzacz prawie zawsze używamy bez filtra, ale tym razem był to błąd. Odkurzyliśmy więc pół zlewu wody, aby kurz zmoczyć i udało się skończyć robotę. Tzn. sprzątanie gruzu w łazience, bo usuwanie pyłu z parteru czeka mnie dziś. Prawda, że jesteśmy kreatywni w wynajdowaniu sobie roboty?

18:06, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (2) »
środa, 13 marca 2013

Nikogo nie dziwi nasz zindywidualizowany konsumpcjonizm: wiele produktów, zwłaszcza spożywczych, pakowanych jest w maciupeńkie foliowe woreczki, abyśmy zawartość mogli mieć tylko dla siebie i na wynos. Tak więc mamy mini-woreczki z ketchupem, musztardą, majonezem, sosem sojowym, sosem pikantnym, wasabi, pickle relish (nie wiem jak to jest po polsku), cukrem, solą, pieprzem, słodzikiem, kawą rozpuszczalną, śmietanką do kawy w proszku i płynną wiecznie świeżą, herbatą czy kakao. Dzisiaj odkryłam kolejny skarb zapakowany tylko dla mnie: sok z cytryny.

Strach pomyśleć jakie Alpy śmieci budujemy sobie każdego dnia.

wtorek, 12 marca 2013

Znowu jestem w Nowym Jorku. Długi, samotny tydzień. Dzisiaj padało. Zastanawia mnie dlaczego ilekroć w tym mieście pada, ulice są zasłane porzuconymi zepsutymi parasolami. Nigdzie indziej nie spotkałam się z takim zjawiskiem, a tutaj zawsze. Czy wszyscy, jak tylko zepsuje im się parasol, porzucają go gdzie bądź i idą dalej?

Tak jak w trasie z Syracuse do Nowego Jorku czasem z nudów liczę radiowozy, tak w nowojorskie dni deszczowe pewnie zacznę liczyć porzucone parasole.

piątek, 08 marca 2013

Nie wiem czy fraza "house flipping" ma jakikolwiek polski odpowiednik opisujący to zjawisko, ale w dosłownym tłumaczeniu jest to "przerzucanie domu."

House flipping jest metodą zarobkową polegającą na zakupie domu, przeważnie rudery lub posiadłości podupadłej, po stosunkowo niskiej cenie, wyremotowaniu go i odsprzedaniu z zyskiem. Nie jest to proste ze względu na złożoność takiego przedsięwzięcia. Najczęściej osoba zaciąga kredyt na dom, potem go remontuje, przeważnie własnoręcznie, a potem wystawia na rynek nieruchomości do sprzedaży. Cena musi być na tyle wysoka, aby starczyło na spłatę kredytu, opłatę podaktów od nieruchomości, opłaty bankowe i manipulacyjne, pokrycie kosztów remontu, oraz oczywiście, żeby po zapłaceniu tego wszystkiego została jeszcze suma, która warta byłaby zachodu.

Znam ludzi, którzy na jedym lub dwóch domach nieźle się wzbogacili. Może nie jest to zły pomysł, ale poza koniecznością posiadania dobrej zdolności kredytowej, wymaga cierpliwości, obrotności, zachodu i umiejętności, które nie każdy posiada.

środa, 06 marca 2013

Co następuje po wyłączeniu bieżni? Klikanie pazurów o posadzkę. Silnik milknie, a do pokoju wbiega pies. Ogon i uszy podniesione w podekscytowanym oczekiwaniu. Bo kiedy staje bieżnia, pani przenosi się na matę. Moja podłogowa sesja rozciągająca jest jego sesją głaszcząco-drapiącą.

poniedziałek, 04 marca 2013

-To nie pies, to dywan! - wyrzyknął entuzjastycznie pan Robert z lubością zanurzając obie dłonie w futrze mojego psa.

W duchu trwającej od początku roku minimalistycznej czystki mojego domostwa, w piątek wykonałam telefon do Polskiego Domu w Syracuse (Syracuse Polish Home) z zapytaniem, czy nie są zainteresowani moją polskojęzyczną kolekcją książek do swojej biblioteki. Wczoraj otrzymałam telefon zwrotny od osobiście znanego mi prezesa, że jak najbardziej są. Dzisiaj spakowałam prawie wszystkie swoje polskojęzyczne książki poza nielicznymi albumami, włącznie z prawie kompletną kolekcją "Jeżycjady" Małgorzaty Musierowicz i kolekcją nut na fortepian, i zawiozłam je do klubu. Nie czułam ani okruchy żalu. Na zawsze pozostanę fanką "Jeżycjady," ale są tysiące innych książek do przeczytania, a ja mam tylko jedno życie. Niech się nią cieszą kolejne pokolenia.

Wizyta w Domu Polskim nie skończyła się na oddaniu książek. Prezes zaprosił nas, włącznie z psem, na zwiedzanie lokalu oraz na zimnego Żywca (pies pił wodę). Zabawiliśmy tam trochę rozmawiając o tym i o tamtym, a przy okazji odnowiliśmy swoje członkostwo w tej placówce, która od ponad 90 lat kultywuje polską kulturę w Syracuse. Myślę, że będziemy zaglądać tam częściej.

 
1 , 2
statystyka