Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
poniedziałek, 05 marca 2012

Starzy tu bywalcy wiedzą, że los lubi mi podrzucać różne zwierzątka w tarapatach. Dzisiejszego wieczoru podrzucił mi piżmaka.

W niedzielę wieczór zwykle jeździmy do supermarketu na zakupy. Za supermarketem jest krótki szlak, który prowadzi wzdłuż rzeki, od której jest odgrodzony płotem z siatki. Co niedziela zabieramy tam psa na spacer, po czym zostawiamy go w samochodzie i robimy zakupy. Ledwośmy zaczęli spacer w gęsto sypiącym śniegu, kiedy pies znalazł coś ciekawego przy siatce. Był już sporo za nami kiedy zaczął poszczekiwać z entuzjazmem i merdać ogonem. Za nic nie dał się przywołać. Wróciliśmy więc obejrzeć źródło ekscytaji i znaleźliśmy unieruchomionego w siatce żywego piżmaka. Na początku wydawało się, że utknął pod siatką i razem z mężem próbowaliśmy ją unieść. Po bliższych oględzinach okazało się, że piżmak próbował się przecisnąć przez oko siatki, i pomimo, że głowa, przednie łapy i więszkość tułowia mu się przecisnęły, grubszy znacznie zad utknął mu na fest z drutem wciśniętym w pachę tylnej łapy. Przy pomocy patyka i własnych rąk w grubych zimowych rękawicach próbowałam futrzaka przepchać do przodu. Bronił się jak mógł, a siekacze miał imponujące. Do przodu, z powodu nogi poza drutem, się nie dało. Wyciąganie go wstecz też nie poszło, a nie chciałam go zranić. Utknął na dobre. Potrzebne były szczypce do cięcia drutu, których nie mieliśmy.

Zostawiłam psa z mężem na warcie i pobiegłam do supermarketu. Wytłumaczyłam kierownikowi o co idzie i co mi potrzeba. Wskazał mi gościa z ochrony, który po wysłuchaniu moich kosmicznych wynurzeń znikł na zapleczu i wyszedł ubrany w kurtę i czapkę dzierżąc metrowej długości kleszcze do cięcia drutu. Szybko zeszliśmy na szlak. Użyłam patyka aby utrzymać luźną skórę piżmaka z dala od szczypiec, a pan z ochrony ciął. Mimo to, piżmak ani drgnął. Powycinaliśmy wszystkie druty dookoła, więc piżmak powinien dać radę wyjść, ale chyba ze strachu przed nami miał na uwadze walkę, a nie ucieczkę. W końcu chwyciłam go za ogon i delikatnie, powoli wyciągnęłam. Był cały i wolny od siatki! Puściłam. Najpierw skierował się na wyciętą dziurę w siatce (niee!), po czy zawahał się, odwrócił i rozpoczął atak obronny rzucając sie do przodu w krótkich, spazmatycznych skokach z otwartymi szczękami. Wycofaliśmy się powoli i przestał, siedział teraz nieruchomy obok siatki. Podziękowaliśmy panu z ochrony i rozeszliśmy się. W drodze powrotnej jeszcze raz przystanęliśmy na miejscu zdarzenia: piżmaka nie było, a na śniegu było widać szlaczek drobnych śladów prowadzących do rzeki.

statystyka