Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
wtorek, 30 marca 2010

Jako, że jutro opuszczam zarówno kraj jak i blogosferę celem spędzenia nadchodzących świąt z rodziną w Irlandii, pragnę złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia z okazji nadchodzącej Paschy oraz Wielkanocy. Oby towarzyszyło Wam ciepło rodzinnego stołu oraz spokój i radość duszy.

Pozdrawiam serdeczenie,

Aneta

piątek, 26 marca 2010
sobota, 20 marca 2010

Mam dwa karmniki dla ptaków przed domem i odkąd się ociepliło, odwiedza nas różnokolorowa ptasia elita. Dziś zaszczycił nas dzięcioł, dokładnie taki jak na zdjęciu poniżej.

http://en.wikipedia.org/wiki/Woodpecker

Source: Wikipedia

piątek, 19 marca 2010

Wyczytałam ostatnio u Frustratki, że wg. badań statystycznych "matki wykazują mniejszą skłonność do depresji i samobójstwa niż kobiety bezdzietne." Jednym z powodów może być poczucie odpowiedzialności za dziecko, jednak do mnie bardziej przemawia opinia dwóch komentatorek, że to wypełniony po brzegi czas nie pozostawia miejsca na zastanawianie się, czy jest się szczęśliwym, czy nie.

Ekstrapolując od macierzyństwa, wydaje mi się, że jest to zjawisko bardziej ogólne. Nie bez kozery istnieje powiedzenie "An idle mind is the devil's workshop" - niepracujący umysł jest warsztatem diabła. Zauważam po sobie, że im więcej mam czasu, tym więcej snuję przemyśleń różnego kalibru. Z kolei im bardziej jestem zajęta,  tym więcej jestem w stanie osiągnąć i czuję się lepiej psychicznie. Prawie jakby wolny czas był moim wrogiem - im mniej robię, tym bardziej się rozleniwiam oraz mam więcej okazji do niezadowolenia. A jak Wy to odbieracie?

wtorek, 16 marca 2010

Amerykański przemysł rolniczy od wielu lat robi się coraz bardziej skomercjalizowany. Zanikają małe gospodarstwa na rzecz wielkich i wysoce uprzemysłowionych konglomeratów. Do tego dochodzi dotowany przez rząd import warzyw i owoców. Oczywistym jest, że jeśli chce się mieć pomidory zimą, a zimą w twoim regionie nie rosną, to albo pomidorów nie będzie, albo będą te importowane. Często jednak zdarza się, że supermarket woli kupić kontener pomidorów od jednego dostawcy z drugiego końca kraju, niż kupować nierównego kształtu pomidory od kilku miejscowych rolników. Nasze jedzenie pokonuje tysiące kilometrów na ciężarówkach spalających tysiące litrów paliwa, czemu często towarzyszy nieświadomość konsumenta skąd dokładnie pochodzi kupowana w supermarkecie żywność.

Od 1986 roku coraz bardziej popularny staje się ruch Slow Food Movement (więcej tu, a tu po polsku), który promuje jedzenie lokalne. Idea jest prosta: na ile możesz, jedz co urosło/zostało wyhodowane na twoim terenie. Wesprzesz lokalną gospodarkę, pomożesz zapobiec upadkowi małych gospodarstw rolnych, a twoje jedzenie będzie świeższe. Wzmożony popyt na jedzenie miejscowe i większe zainteresowanie małymi gospodarstwami zaowocowało w różne inicjatywy ułatwiające konsumentom zakup produktów prosto z farm. W moim regionie występuje kilka modeli inicjatyw pozwalających przetrwać miejscowym gospodarstwom i zaopatrzyć chętnych w świeże lokalne produkty. Są to m.in. kooperatywa rolnicza (agricultural cooperative) i CSA (Community Supported Agriculture), czyli rolnictwo wspierane przez miejscową społeczność.

Kooperatywa, z braku zgrabniejszego tłumaczenia, polega na dzieleniu się zasobami przez członków społeczności, zarówno rolników jak i konsumentów, gdzie wpólnym wysiłkiem włożonym w uprawę i dystrybucję ceny są niskie, a produkty łatwodostępne. Np. sklepik Syracuse Co-op ma ponad 2,600 członków-współwłaścicieli, którzy albo płacą składki, albo wypracowują określoną ilość godzin w sklepiku. Chodzi o to, żeby zapewnić stały zbyt poprzez ustaloną z góry bazę klientów (członków) oraz utrzymać centralny punkt zbytu, jakim jest sklepik, bez dodatkowych kosztów. Innym przykładem jest inicjatywa CNY Bounty, która działa na nieco innej zasadzie. Chociaż ani członkostwo ani określony wkład nie jest wymagany od konsumentów, inicjatywa zrzesza rolników z dwóch hrabstw zapewniając im atrakcyjny zbyt poprzez centralną stronę internetową. Konsumenci zamawiają bezpośrednio przez internet, a produkty dostarczane są bezpośrednio do domu konsumenta, o ile zamówienie opiewa na ponad $35. Wprawdzie ta inicjatywa nie zapewnia rolnikom ani stałej bazy konsumentów, ani stałego zbytu, oferuje jednak bardziej przewidywalny zbyt niż na targu.

CSA, rolnictwo wspierane przez miejscową społeczność, polega na wykupywaniu rocznych działek (shares) plonów za określoną z góry kwotę. Zapewnia to rolnikowi stały obrót gotówki i zbyt, ale też rozkłada ryzyko na wszystkich członków. Płacona z góry lub w ratach suma pokrywa przewidywany plon, a w zależności od pogody dostanie się tygodniowo więcej lub mniej. Jeśli zmarzną jabłka, nie będzie jabłek, jeśli obrodzą buraki - będzie barszcz i sałatka z buraków na każdy dzień tygodnia. Przykładem tego modelu jest Common Thread Community Farm. Na członka jednej działki wypada około 12 funtów warzyw i owoców tygodniowo od początku czerwca do końca listopada. Jeśli plon odbiera się samemu, koszt wynosi $465, jeśli z punktów odbiorczych to $495. To około $21 tygodniowo, a $1.7 za funt. Cotygodniowa działka zawiera mieszankę warzyw i owoców, które w danym okresie dojrzały. Można odebrać gotową kompozycję, wybrać co się chce i w jakich proporcjach, albo samemu zebrać owoce i warzywa prosto z farmy. Jeśli działki się nie przeje, można przechować na zimę tym samym wydłużając sezon na lokalne produkty, podzielić się z rodziną lub sąsiadem, lub oddać organizacji charytatywnej.

Jak powyższe inicjatywy mają się do targu? Targ nie gwarantuje rolnikom zbytu i często gospodarstwa sprzedają swoje plony firmom produkującym żywność, przez co uniemożliwiają pojedyńczym konsumentom dostęp do miejscowych produktów. Sprzedaż hurtowa zapewnia szybki i pewny zysk, a obecność na targach kilka razy w tygodniu zużywa czas i paliwo. Właśnie przez, a może dzięki temu trendowi powstała inicjatywa CNY Bounty. Targi nadal istnieją i będą istnieć, ale nie każdemu są po drodze i nie zawsze jest tam sprzedawane jedzenie lokalne, jak się przekonałam na własnej skórze obserwując lokalnego farmera sprzedającego banany.

Jeśli komuś zależy na jedzeniu miejscowym, a nie pali się do zakładania własnego ogrodu, opcji jest wiele. Niestety wielu Amerykanów nie lubi, nie umie lub nie ma czasu gotować posiłków od podstaw, nie wspominając już o robieniu zapasów na zimę. Do tego ludzie boją się nowych rzeczy, a rolnicy często dostarczają warzywa-niespodzianki, z którymi nie bardzo wiadomo co zrobić. Przewidujący rolnicy często załączają instrukcje jak i z czym coś się powinno jeść oraz jak to przygotować, jak również zamieszczają przepisy na stronie internetowej swojej farmy. Faktem jest, że warzywa świeżo wyciągnięte z ziemi wymagają więcej obróbki niż umyte i pocięte warzywa z supermarketu, a większe dostawy wymagają planowania. Mimo to wydaje się, sądząc po szybkim wzroście rolniczych inicjatyw, że Amerykanie z coraz większym entuzjazmem zaczynają wracać do korzeni.

piątek, 12 marca 2010

Cooper (w środku) nieco się dopierzył od ostatniej soboty.

czwartek, 11 marca 2010

Obudziłam się niewyspana, z bólem głowy i rozkopaną połówką łóżka, czego zwykle nie mam w zwyczaju. Mąż spojrzał na mnie badawczo i spytał, czy pamiętam co mi się śniło. Nic specjalnego - odparłam po chwili namysłu przypominając sobie fragmenty jakiegoś bezsensownego snu. czemu pytasz? Bo w środku nocy wydawałaś przerażające dźwięki i oddychałaś jakbyś biegła. Był to pierwszy tego typu raport ze strony męża. To czemu mnie nie obudziłeś? - spytałam. Bo myślałem, że może śnił ci się seks.

sobota, 06 marca 2010

Cooper ma niecałe cztery tygodnie i jest konurą niebieskoczelną (łac. Aratinga acuticaudata, ang. Blue-crowned Conure a.k.a. Blue-crowned Parakeet) płci nieznanej. Póki co pisklak jest karmiony sztucznie przez fachowców i trzymany w inkubatorze, ale możemy go odwiedzać. Za około osiem tygodni pierzaste będzie gotowe na powrót z nami do domu. Brzydkie kaczątko ma przerośnięte łapska i dziób, które są - zdaje się - docelowych rozmiarów.

konura niebieskoczelna - pisklę 4 tyg.

konura niebieskoczelna - pisklę 4 tyg.

konura niebieskoczelna - pisklę 4 tyg.

środa, 03 marca 2010

W Syracuse mieszkam od ponad 10-ciu lat i jestem przyzwyczajona do długich i mroźnych zim. Poza tym, pochodzę z zimnego bieguna Polski. Tak jestem przyzwyczajona do zimna, że ledwie słupek rtęci ruszył trochę powyżej zera, a ja... się... przegrzewam. Poważnie! Jest mi za gorąco. Chyba w miśka polarnego się zmieniłam, żeby nie powiedzieć w bałwana. Podczas niedzielnego wypadu na rakiety śnieżne przy pierwszych przebłyskach słońca rozebrałam się do krótkiego rękawka, a ogólnie lepiej toleruję mrozy niż upały. Niemniej jednak na nadejście wiosny cieszę się niezmiernie i liczę, że może w ten weekend uda nam się popływać kajakami.

wtorek, 02 marca 2010

O tyle, wg. NASA, skrócił się dzień w rezultacie trzęsienia ziemi w Chile, które wpłynęło na przesunięcie się osi naszej planety.

statystyka