Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
czwartek, 11 grudnia 2014

Czas zleciał nie wiadomo kiedy i niespodziewanie wczoraj stuknął mi miesiąc w nowej pracy. Jest dobrze, a nawet bardzo dobrze. Zeszły tydzień spędziłam w Greenville w Południowej Karolinie integrując się z nowymi współpracownikami. Jak na razie żadne szkielety z szaf nie powypadały, ludzie są świetni, otwarci, a firma zupełnie jak rodzina: gromada zżyta, umie się dobrze bawić, a praca jest ich pasją, którą są przesiąknięci do szpiku kości, na żaden lunch czy obiad się nie wyjdzie bez analizy warsztatu. Odpowiada mi ten klimat, ta atmosfera, ci ludzie i jeszcze bardziej się utwierdziłam w słuszości podjętej decyzji. Na dodatek zsypała się na mnie robota, stara i nowa, ciekawa, wszystko się kręci jak szalona karuzela, a ja razem z nią.

Za tydzień znów lecę do Greenville, tym razem z mężem, na 3-dniową firmową imprezę bożonarodzeniową. Cieszę się na to ogromnie, choć trochę też się martwię, czy wytrzymam kondycyjnie, bo grupa lubi i wypić, i parę mil się wybiegać o poranku, a przecież integrować się wypada.

Praca z domu nadal mi odpowiada, próbuję sobie urozmaicać sporadycznymi wypadami do biura męża, gdzie z tyłu w kącie sobie cicho pracuję i razem wychodzimy na lunch. Dzisiaj nawet popracowałam sobie z warsztatu samochodowego, bo miałam irytującą wpadkę ze świeżo zainstalowanymi zimówkami, którą naprawili walutowo za darmo, ale za którą zapłaciłam niewalutowo stresem.

A propos opon zimowych, od dwóch dni mamy śnieżycę i nieźle obwaliło nas śniegiem. Odkopywanie się było i czasochłonne i męczące, ale daliśmy radę i wygląda na to, że jedak śnieżyć nareszcie przestało.

Z lotniskowych obserwacji: dość dawno nie latałam i okazuje się, że parę rzeczy pozmieniało się na lepsze. Na przykład obsługa samolotu przestała się czepiać o małe gadżety typu smarfon czy Kindle, i teraz tylko mówią, że ma być w airplane mode, ale można używać podczas startów i lądowań, a ile o to było zgrzytania zębów w minionych latach! Jest też TSA pre-check, gdzie nie trzeba zdejmować butów ani wyjmować laptopa i płynów z torby, ale nie wiem dokładnie jak to działa, bo raz się załapałam, a innym razem nie. Lotnisko w Greenville miało dyspenser wody z filtrem dla pasażerów z własnymi butelkami, a lotnisko w Filadelfii miało rowery stacjonarne, na których chętnie pedałowali utknięci pomiędzy lotami podróżni.

Pod koniec miesiąca będzie moja 10-ta (!) rocznica ślubu i też nie mogę się nadziwić, kiedy ten czas zleciał.

21:26, anetacuse , Praca
Link Komentarze (8) »
statystyka