Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
poniedziałek, 31 grudnia 2012

Tydzień przed Bożym Narodzeniem zabrałam ze sobą męża na swój wyjazd służbowy do Nowego Jorku. Pogoda była taka sobie, ja pracowałam, a on zasuwał od kilku do kilkunastu mil dziennie z buta aby się ze mną spotkać na lunch, odebrać mnie z pracy, pobiegać, oraz pozwiedzać cokolwiek ze mną po godzinach. Widzieliśmy pomnik pamięci 9/11, Brooklyn Bridge, Rockefeller Plaza i Times Square, Greenpoint, promenadę na Brooklynie i pochodziliśmy sobie po różnych restauracjach i knajpach.

Ten tydzień chyba nam się jednak dał we znaki, po po powrocie było tylko gorzej. W piątek cudem udało nam się wrócić na czas przed śnieżycą i odebrać zwierzaki od opiekunów. W sobotę nas zasypało,  a w niedzielę dochodziliśmy do siebie. W Wigilję zmarnowaliśmy po dwie godziny od łebka, ja u okulisty (tak bardzo niektórzy lekarze "szanują" czas pacjentów, że wizyta umówiona na 7 rano tyle zajęła), a mąż w warsztacie samochodowym na zmianie moich opon na zimówki. Miałam go odebrać po swojej "prędkiej" wizycie, a warsztat zapewniał, że to tylko godzinka. Byliśmy naprawdę wkurzeni.

Mąż rozchorował się tuż przed Bożym Narodzeniem. Nigdy nie widziałam go tak chorego, bo raczej chorujemy mało, lekko albo wcale. Kaszlał niemożebnie. Boże Narodzenie spędziliśmy sami w domowym cieple, bez choinki i bez gotowania żadnych polskich frykasów. Mimo wszystko było bardzo przytulnie i fajnie, bo choinka czy nie - święta przyszły i tak.

W środę oboje poszliśmy do pracy, a na czwartek moja szefowa zapowiedziała zespołowi pracę z domu, bo szykowała się kolejna śnieżyca. I przyszła. 

W piątek ja z kolei obudziłam się chora i postanowiłam pracować z domu. Czułam się fatalnie, ale nie było aż tak źle, żebym nie mogła postukać na komputerze. Tymczasem szwagier miał ochotę wyjść z nami do baru, a że dawno go nie widzieliśmy, to się zgodziliśmy. Przyjechał wieczorem i poszliśmy. Miałam nie pić wcale albo tylko trochę, ale w praktyce nie wiem, czy wypiłam 2 czy 4 piwa, bo piliśmy z dzbanka i dolewałam sobie tylko na dno. Poczułam się strasznie i zaraz po wyjściu z baru zhaftowałam jak zwykły żul w zaspę śnieżną. Całe szczęście było ciemno i ani żywej duszy w okolicy. Poszłam spać tylko po to, żeby obudzić się o 3 rano i latać do łazienki co kilkanaście minut od 3 do 8 rano z objawami grypy żołądkowej na dwa końce, bo nigdy w życiu nie miałam takich symptomów po alkoholu. Jeszcze kilka razy około 10 i żołądek mi się "uleżał." Opłaciłam to strasznym bólem bocznych mięśni brzucha. Dostałam na co zasłużyłam. Reszta dnia była spoko, nawet udało się nam zrobić zakupy spożywcze.

Dzisiaj wstałam nie do życia. Obijałam się o sprzęty, zrzuciałam przedmioty - zero koordynacji motorycznej. Ból głowy, ból całego ciała, rozrywający wnętrzności kaszel. Przespałam całą noc i pół niedzieli. Jutro muszę iść do pracy, ale nie wiem jak dam radę. Zrobiłam po południu trochę roboty z domu, co mi pomoże, jeśli jutro się nie nadam. 

Tymczasem jutro (a wg. czasu polskiego już dziś) jest moja 8-ma rocznica ślubu i sylwester. Mieliśmy fajne plany na wieczór ze znajomymi, ale niestety trzeba było odwołać. W przyszły poniedziałek mam jechać na tydzień w okolice Waszyngtonu do pracy nad nowym projektem i boję się panicznie, że nie wyzdrowieję. 

Życzę Wam wszystkim spokojnego, zdrowego i pomyślego Nowego Roku!

piątek, 28 grudnia 2012

Praca z domu dzień 2. Wczoraj nas zasypało, a dziś obudziłam się chora. Mąż chory już od tygodnia, myślałam, że może mnie ominie. Nic z tych rzeczy. Na pocieszenie mój przyjaciel imbryk pełny ciepłej herbaty.

Cast iron teapot

Cast iron teapot with cup

16:23, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (2) »
czwartek, 27 grudnia 2012

Zasypało nas śniegiem. Szefowa już wczoraj zarządziła zespołowi pracę z domu, żeby nikt się dzisiaj po drogach autem nie szwendał, tylko bezpiecznie udzielał się służbowo z ciepła domowych pieleszy. Mogłam dłużej pospać i przespacerować psa, podczas kiedy mąż spędził godzinę na odkopywaniu nas z zasp.

Nieopatrznie rozbiłam się z warsztatem w kuchni zamiast jak zwykle w pokoju na górze. Ilekroć rozmawiam przez telefon, papuga włącza się na cały regulator i muszę się ewakuować do łazienki. Papuga nie krzyczy podczas rozmów prywatnych, a wyłącznie podczas służbowych. Im ważniejsze, tym głośniej. Dodatkowo ilekroć ktoś akurat przechodzi ulicą, mam skrzek i szczekanie. Trudno, następnym razem zabunkruję się na górze.

17:17, anetacuse , Praca
Link Komentarze (2) »
czwartek, 13 grudnia 2012

Wyobraź sobie, że Twoje bezpieczeństwo może zależeć od malutkiego srebrnego krążka: baterii CR2032.

To co wczoraj przytrafiło się mojemu mężowi napawa mnie grozą i złością. Wyszedł z pracy i nie odpalił mu samochód. Nie odpalił mu samochód bo... zdechła bateria w pilocie. Włożył klucz do stacyjki, ale tam jest jakiś chip, który ma uniemożliwić kradzież. Więc skoro samochód nie mógł "dogadać się" z chipem w pilocie, to po prostu nie odpalił. Mąż zadzwonił do dealera, nie było zdziwienia. Powiedzieli, że ma po prostu kupić nową baterię. Akurat był w mieście, więc mógł sobie pozwolić na przydługawy spacer do najbliższego sklepu po baterię. Wymienił i pojechał.

Mi się to w głowie nie mieści. A co, jeśli byłby gdzieś w szczerym polu lub niebezpiecznej dzielnicy? Gdzieś, gdzie nie można kupić baterii? Ja rozumiem zabiezpieczenia samochodów, które można odpalić bez fizycznego kontaktu z kluczem posiadając go w kieszeni, ale ten samochód odpala się fizycznie przekręcając klucz w stacyjce. Klucz, którego jesteś właścicielem, podobnie jak samochodu. Nie masz baterii, frajerze? Nie masz samochodu!

To zautomatyzowanie wszystkiego dla naszej wygody czy dobra kiedyś nam wyjdzie bokiem.

środa, 12 grudnia 2012

Mój pies jest dość powściągliwy w emocjach i z zasady małomówny. Niektórzy nasi goście na przestrzeni lat podejrzewali, że on nie umie szczekać lub że w jakiś brutalny sposób go tej umiejętności pozbawiliśmy. Nic z tych rzeczy. Pies szczeka swym wprawiającym okna w drżenie basem ilekroć jakikolwiek intruz mija nasz dom, a zwłaszcza jeśli intruz ma ze sobą psa. Dlatego mam zawsze oplute okno. Jeśli zaś chodzi o komunikację z nami, pies głosu nie używa w ogóle, bo komunikuje się metodą „na parkowanie,” sporadycznie pomagając sobie grą w 20 pytań. Dla niego wystarczą 2 lub 3.

Jest wieczór, siedzimy w salonie. Pies wychodzi do kuchni. Cisza. Jedno z nas w końcu podąża za nim. Pies stoi w trójkącie pomiędzy drzwiami na taras (chce wyjść), szafką z ciasteczkami (coś by przegryzł) a torbą z karmą (pora posiłku). Stoi ze spuszczonym łbem i ogonem i czeka. Zaczynamy zadawać mu pytania. Jeśli nie trafisz, poza pozostanie bez zmiany. Jeśli zgadniesz choć odrobinę, uniesie trochę łeb i da pół merda ogonem. Jeśli zgadniesz do końca, podniesie łeb i uszy i zamerda dwa razy. Czasem dla podkreślenia czego nie chce odsuwa się ze dwa kroki od proponowanej opcji. Więc jeśli spytasz, czy chce wyjść, kiedy on chce jeść, to odsunie się wymownie dalej od drzwi, a bliżej torby z karmą posyłając ci przy tym wymowne spojrzenie, że taki ciemny jesteś.

Jeśli pies stoi jak statua gdzieś przy blatach kuchennych, wiadomo, że znajduje się tam coś do jedzenia i on ma nadzieję, że wystoi swoją porcję. Jedyną metodą jest wtedy schować to coś do lodówki. Jeżeli coś jesz, też zaparkuje żeby coś dostać, żadnego skomlenia.

Jeśli psa nie ma w kuchni, najprawdopodobniej jest w łazience. Stoi po ciemku z głową w wannie i czeka aż się domyślimy, że chce pić. Wtedy trzeba mu odkręcić kran. Wprawdzie ma miskę z wodą, ale nie zawsze lubi z niej korzystać. Kiedy więc ginie w którejś z łazienek, wiadomo że chce pić.

Jeśli stoi przed zamkniętymi drzwiami na siłownię, to znaczy, że zjadłby coś ptasiego i żeby go tam wpuścić. W pokoju do ćwiczeń trzymamy mały plac zabaw dla papugi, w którego miskach czasem zostaje trochę suchej papuziej karmy, a pies ma ochotę ją zjeść.

Kiedy stoi przed kanapą zamiast na nią po prostu wskoczyć, znaczy to, żeby zasłać mu koc bo nie lubi gołej zimnej skóry. Jeśli na jego ulubionym fotelu ktoś coś położył, będzie przed nim stał dopóki tego czegoś nie zdejmiesz. Jeśli wróci ze spaceru w deszcz, po wejściu do domu zastygnie jak kamień dopóki go nie wytrzesz ręcznikiem, bo nie znosi być mokry.

Czasem stoi bez powodu, a przynajmniej tak się wydaje, posyłając ci wymowne spojrzenia. Zwykle okazuje się, że jakaś jego zabawka utknęła pod meblem i mamy ją wyciągnąć.

Jeżeli po zrobieniu kupy nie rusza się z miejsca, znaczy, że mu kawałek utknął i czeka, aż go usuniemy za pomocą plastikowego woreczka.

Jeśli stoi „na koziołka” z szeroko rozstawionymi łapami i spuszczonym łbem przed spacerem, to znaczy, że spacer ma w nosie i nie pójdzie.

Kiedy stoi późnym wieczorem na środku pokoju wymownie zerkając na schody, wystarczy zapytać, czy chce iść spać, a natychmiast podniesie uszy i ogon i z ulgą powędruje do kuchni i znacząco zaparkuje pod szafką z ciastami, bo zawsze dostaje dwa przed snem. Nie lubi późno chodzić spać, ani wcześnie wstawać. Nie lubi, jak w jakikolwiek sposób odbiegamy od rutyny i swoje prawa potrafi wystać.

Może mu w myślach nie czytamy, ale i tak nas nieźle wytresował.

piątek, 07 grudnia 2012

Kolega z pracy poprosił mnie o polecenie polskiej restauracji na Greenpoint. Poleciłam mu dwie, które znam: "Karczma" i "Królewskie Jadło." Wysłałam mu obie nazwy e-mailem, ale on chciał się nauczyć je wymiawiać. Wyszło jak w tytule.

22:09, anetacuse , Język
Link Komentarze (6) »
sobota, 01 grudnia 2012

Rytm kalendarzowego roku w USA przypomina coraz głośniej i szybciej grającą pozytywkę. 

Początek jest powolny i nieciekawy. Przez pierwsze pięć miesięcy niewiele się dzieje: jest parę pojedyńczych świąt jak Dzień Martina Luthera Kinga (Martin Luther King's Day) czy Dzień Prezydenta (President's Day), które nieliczni mają wolne. Jest ciemno i ponuro. Są przesłodzone krwistoczerwone Walentynki i traktowana po macoszemu pastelowa Wielkanoc, bez wolnego poniedziałku, charakteryzująca się wysypką czekoladowych jajek i zajęcy. Powietrze jednak powoli nabiera rześkiego, obiecującego zapachu wiosny.

Marazm kończy się pod koniec maja. Nadchodzi Dzień Pamięci (Memorial Day), który jest oficjalnym początkiem lata i oznacza trzydniowy weekend. Naród, podobnie jak przyroda, zaczyna się rozkręcać. Na światło dzienne wysypują się szorty i japonki, chłodziarki z piwem, pikniki. Potem koniec roku w szkołach i szumnie obchodzony Dzień Niepodległości (Independence Day) - 4 lipca. Znowu wolne, fajerwerki, fety i wycieczki. Potem życie przybiera radosną aurę sjesty, podróży, urlopów i atrakcji, pachnie trawą, słońcem i kremem przeciwsłonecznym.

Początek września to trzydniowy weekend z okazji Dnia Pracy (Labor Day), który także oznacza oficjalny koniec lata. Potem zaczyna się szkoła (przynajmniej w moim regionie, w wielu innych częściach Stanów Zjednoczonych szkoły zaczynają już w sierpniu). Teraz pozytywka się rozkręca i muzyka gra szybciej. Nadchodzi okres dożynek: dyń, jabłek, cydru i cynamonu. Otoczenie dominują pomarańcze, brązy i cynamonowa słodycz. Jest wolny dla niektórych Dzień Kolumba (Columbus Day), potem nadchodzi radośnie obchodzone Halloween z wymyślnymi dekoracjami, imprezami i wiadrami słodyczy, potem Dzień Weterana (Veteran's Day), Dzień Wyborów (Election Day), które wiele osób też ma wolne. Zaczyna się ogólne podekscytowanie. W końcu nadchodzi Święto Dziękczynienia (Thanksgiving). Rodziny zjeżdżają się na wielki obiad z indykiem w roli głównej. Wtedy zaczyna się szał.  

Ktoś podkręca niewidzialną sprężynę. Kolory zmieniają się nagle z brązów i pomarańczy w biel, błękit, zieleń i czerwień, a zapachy w miętę i świerk. Cynamon zostaje. Uszy penetruje niekończąca się muzyka świąteczna. Lud wpada w szał, na drogach robią się korki, a w centrach handlowych tłumy. Amok w oczach, co sekundę ktoś przeciąga kartę kredytową przez czytnik, tacha niezliczone toboły do samochodu. Zaczyna się okres imprez świątecznych znanych jako Christmas Party, a dla poprawnych politycznie, Holiday Party. Pracowych i prywatnych. Feta za fetą, przestają dopinać się spodnie, chudną portfele. W końcu nadchodzi Boże Narodzenie. W pierwszy i jedyny dzień świąt, o świcie, wszystkie pakunki zostaną niecierpliwie odarte ze swoich pięknych opakowań. Euforia i ekscytacja, kolejne wspólne posiłki, a w chwilę później zmęczenie i powrót do pracy. Jeszcze jeden ostatni poddryg: sylwester. Jeszcze jedeń dzień wolny: Nowy Rok. Kurtyna opada, pozytywka przestaje grać.

Uczestnicy niechętnie wracają do nowego rytmu życia aby zacząć cały cykl od nowa. Poirytowany tłum wystaje w kilometrowych kolejkach do wymiany nietrafionych prezentów. Jest ciemno i zimno, szaro i brzydko, poranki spędzane na ubieraniu się na cebulkę i skrobaniu szyb samochodu. Sól na drogach. Nic się nie chce, poświąteczna ospałość, dodatkowe kilogramy, sucha skóra, głód do utraconej ekscytacji. Nie ma już na co czekać, bo nic się nie wydarzy przez następne miesiące, żadnych imprez ani dni wolnego. Stan określany jako cabin fever, czyli gorączka i wiercipięctwo spowodowane spędzaniem większości czasu w czterech ścianach zamiast na świeżym powietrzu. Ten pierwszy kwartał roku jest najgorszy.

statystyka