Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
środa, 21 grudnia 2011

Poznałam pewnego człowieka pochodzenia ukraińskiego, który czasem opowiada o swoich korzeniach i porównujemy podobieństwa i różnice. Znajomy pracuje i mieszka w USA, ale pochodzi z Kanady, gdzie jego babcia przyjechała z Ukrainy. O babci opowiada z mieszanką podziwu i strachu. Kobieta zacięta była i pracowita, twarda sztuka, której bały się zarówno jej dzieci jak i wnuki. Hodowała m.in. kurczaki i uprawiała marihuanę na wyrób ubrań, do końca swoich dni mieszkała w domu bez bieżącej wody i kanalizacji - z wyboru. Niezapomniany fakt z życia babci to to, że miała bilet na Tytanika, ale miała kłopoty z dojazdem i się na statek spóźniła. 

czwartek, 15 grudnia 2011

Drogi Św. Mikołaju,

Zdrowia, symetrii, precyzji, kątów prostych, gładkich powierzchni i równych linii na Gwiazdkę życzę sobie. Pies marzy o używanych korkach do uszu, najlepiej woskowych, a papuga o drewnianych lub plastikowych spinaczach do bielizny lub spinkach do włosów. W zamian zostawię Ci mleko sojowe i marchewkę, bo ciasteczka są niezdrowe i tuczą. Acha, i wchodź przez piwnicę, bo kominek mamy gazowy. Z góry dziękuję!

A.

środa, 14 grudnia 2011

Dosłowne tłumaczenie na polski tego o czym napiszę mnie powala, jak widać po tytule. Wpis będzie o my bathroom vanity, czyli nowonabytej szafce łazienkowej z wbudowanym zlewem. Dla niewtajemniczonych taka szafka może wyglądać na przykład tak:

Zdjęcie stąd.

Ale nie będzie o szafce, tylko po raz kolejny o jakości. Ręce, nogi i włosy opadają, jak trudno jest znaleźć coś dobrze wykonanego i za pierwszym razem. Szafka w sklepie nam się podobała ze względu na ciekawe rozwiązanie zlewu (po lewej stronie) oraz materiału. Kupiliśmy. Duża, więc została w sklepie do czasu odbioru przez naszego pana Złotą Rączkę. Majster przywiózł ją ze sklepu, rozpakował i odkrył, że była połamana. Zapakował, zawiózł z powrotem, wymienił na nową, zainstalował. Wróciłam do domu na gotowe. Fachowiec zainstalował jak należy, czego nie można było powiedzieć o konstrukcji gotowej szafki. Jedne drzwiczki zamontowane niżej od drugich, szuflady też nierówno zainstalowane, a jedna z gałek do szuflady zagwintowana krzywo (znowu gwint!), przez co nie da się jej przykręcić prosto. Ogólny wygląd ok, szafka fajna, ale dobijają mnie szczegóły. Oczywiście, że nie będę tego zrywać i oddawać do sklepu, instalacja dołączy po prostu do długiej listy projektów o krzywych kątach w krzywym domu, a po paru tygodniach zapomnę i przestanę zauważać (no, prawie, ale pomarzyć można). Wniosek nasuwa się taki, żeby żadnego zakupu do domu nie przywozić zanim się go w sklepie nie otworzy i gruntownie nie obejrzy. Albo mam pecha do kupowania chały, albo w większości sprzedają chałę. Jakości, moja klątwo!

P.S. Albo jestem upierdliwa.

niedziela, 11 grudnia 2011

Wszystko zaczęło się niewinnie. Nasz dom w momencie zakupu miał niewielką wyspę w kuchni. Jednym z pierwszych projektów były nowe blaty i powiększony blat wyspy. Aż się prosił o światło. Mój teść - elektryk, zamontował nam światło nad wyspą trochę niekonwencjonalnie: kable poszły od gniazdka w sypialni na górze, gdzie zaistalowany został włącznik (tak, włącznik do światła w kuchni jest w górnej sypialni), a w kuchni do ściany przyczepiony został zdalny włącznik na baterie. Jak ktoś nie wie, to się nawet nie pokapuje.

Światła nad wyspą to potrójne zwisające lampy miernej jakości robione w Chinach, ale takie akurat wtedy znaleźliśmy. Przy sporej ilości kabli dało się je umocować na "słowo honoru" za pomocą tylko jednej śrubki, bo druga nijak nie poszła. W tym stanie oświetlenie wisiało dobre 6 lat z przygodami nie większymi niż brak styku którejś z trzech żarówek, które trzeba było szturchnąć, żeby świeciły. Irytujące, ale nie koniec świata. Bardziej irytujące było to, że oświetlenie wymagało żarówek o wąskim gwincie, które ciężko było dostac w wersji świetlówkowej, a jedyne jakie były to świecznikowe, które wystawały dużo poniżej klosza. Tak więc używaliśmy żarówek zwykłych.

Dzisiaj, przy okazji polowania na coś innego, znaleźliśmy świetlówki o wąskim gwincie, które radośnie zakupiliśmy. Przy okazji montażu, zdecydowałam się poodkręcać klosze do mycia, po czym zamontowałam całość lubując się jasnym i energooszczędnym efektem końcowym. Przez jakieś pół minuty, bo nagle wszystko zgasło. Wniosek był taki, że przy odkręcaniu kloszy poluzowały się (jeszcze bardziej!) kable, oraz że czas najwyższy pozbyć się tej irytującej chińskiej miernoty na rzecz czegoś nowego. Postanowiliśmy zdjąć zepsute oświetlenie. Kiedy przyszło do wyłączenia odpowiedniego obwodu elektrycznego, okazało się, że włączniki opisane są kompletnie na opak. Tak więc mąż wyłączał w ciemno, a ja latałam po domu i informowałam, co właśnie zgasło. Na wszelki wypadek wyłączyliśmy obwód do sypialni na górze i dwa obwody w kuchni, po czym odłączyliśmy oświetlenie i zabeczpieczyliśmy końcówki gołych drutów plastikowymi nakładkami i taśmą elektryczną.

Pojechaliśmy do Home Depot w poszukiwaniu nowego oświetlenia wiedząc dokładnie jakie kupić, żeby nie było problemu z montażem. Znależliśmy fajne poczwórne oświetlenie halogenowe typu track lighting, które było najlepszym wyborem z niewielu odpowiadającym naszym wymaganiom. Estetycznie bardzo fajne i po naprawdę przystępnej cenie oraz, jak się pewnie domyślacie, również robione w Chinach.

Do zamontowania żarówek halogenowych w wąskich kloszach zaledwie parę milimetrów szerszych w obwodzie dołączono gumową przyssawkę, którą za nic się nie dało przekręcić żarówki na właściwe miejsce. Dzięki szczupłym placom i dłuższym niż zwykle paznokciom, wkręciłam je opuszkami palców dorabiając się rozcięcia na prawym kciuku, bo żarówki okazały się niespodziewanie ostre. Wdrapaliśmy się z mężem na wyspę kuchenną celem przymierzenia lampy i zaplanowania instalacji. Podczas mierzenia spadł jeden z plastikowych kapturków na końcu druta i dostałam prądem po lewym kciuku. Mąż poszedł czym prędzej poodłączać obwody, ale znów trzeba było latać po domu i sprawdzać, bo poprzednim razem poodłączał zbyt wiele na raz, żeby wiedzieć, który jest który. Zaopatrzyliśmy się w turystycznie latarki zakładane na głowę niczym górnicy i przystąpiliśmy do instalacji. Robota okazała się wymagać niezwykłej zręczności placów i precyzji, a do tego była niespecjalnie wygodna. Śrubki to spadały, to nie chciały się wkręcać. Niespodziewanie dostałam prądem po środkowym palcu. Zaklęłam siarczyście, powodując taki niepokój u psa, że próbował się wdrapać na wyspę żeby mnie pocieszyć. Zapomnieliśmy odłączyć drugiego obwodu w kuchni... Mąż poszedł go wyłączyć i znów przystąpiliśmy do pracy. Trzeba było dobrać kąt, pod którym będzie wisiało oświetlenie, oraz połączyć trzy różne kable. Poszło całkiem nieźle i przy próbie generalnej jasne, wesołe światło zalało całą kuchnię. Zwycięstwo! Przy tak dobrym świetle okazało się jednak, że z jakiegoś powodu górna część nie przylega równo do sufitu i przy dotyku kolebie się nieco, a zainstalowaliśmy wszystko naprawdę solidnie. Wniosek był taki, że zdarł się gwint w pudełku w suficie, do którego przymocowaliśmy oświetlenie, co być może tłumaczy problemy z poprzednim. Żeby to naprawić, trzeba wymienić element w suficie, co raczej zleciłabym elektrykowi. Póki co zostawiliśmy jak jest, w końcu tamto światło, sporo cięższe, wytrzymało sześć lat, to pewnie też wytrzyma.

Instalacja estetycznie okazała się bardzo udana. Kuchnia wydaje się większa nie tylko dlatego, że jest jaśniej, ale również dlatego, że nie ma już "kurtyny" trzech zwisajacych na kablach kloszy dzielących kuchnię na pół. Niestety żarówki halogenowe nie są energooszczędne, co mnie trochę boli.

Jeśli zaś chodzi o gwinty, to te od oświetlenia nie były jedynymi, które dziś pomieszały nam szyki. Pierwszą były gwinty od choinki, made in China oczywiście. Okazało się, że gwinty do trzech śrub utrzymujących choinkę w stojaku też były zerwane, więc choinki nie dało sie prawidłowo umocować i trzeba byłą ją zwrócić. Na pocieszenie dodam, że instalacja dwóch wykrywaczy dymu poszła jak z płatka.

Doświadcznie okazało się wysoce edukacyjne i rozrywkowe, chociaż absolutnie nie chciałabym zostać elektrykiem. Przy najbliższej okazji mam w planie testy i opis obwodów elektrycznych.

Światło halogenowe 

sobota, 10 grudnia 2011

Mam tyle naprawdę fajnych pomysłów na wpisy, ale mijam je jak drzewa widziane z pędzącego pociągu. Jestem tak zajęta, że każda minuta wydaje się wartościową wiecznością, w której mogę np. rozładować przynajmniej połowę zmywarki.

Kalibracja życia prawie zakończona. Mam satysfakcjonującą pracę, w której się spełniam z widokiem na obiecującą karierę. Znów gotuję w domu bezmięsnie, chociaż mięso jadam sporadycznie poza domem. Chodzę na siłownię kilka razy w tygodniu, kiedy nie chodzę, to ćwiczę w domu - razem 6 dni w tygodniu ćwiczeń siłowych, jogi, aerobiku i biegania w zmiennych proporcjach już od 11 tygodni. W siódmy zaliczam przynajmniej spacer. Czytam znów mniej, ale po trochu, telewizji prawie nie oglądam. Najtrudniesza walka o czas to ta pomiędzy wieczornym relaksem a spaniem, ale i to powoli mi się ustawia.

Cieszę się na nadchodzące święta i na tydzień wolnego pomiędzy Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem. Pogoda tej późnej jesieni nam bardzo dopisuje i mamy dużo więcej słońca i łagodnych temperatur, niż można by się było spodziewać. I jak dotąd - bardzo mało śniegu!

P.S. Dla fanów serii "Millenium" Siega Larssona naprawdę polecam szwedzką adaptację filmową. Amerykańska wersja wychodzi chyba w Boże Narodzenie.

15:12, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (4) »
statystyka