Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
środa, 31 grudnia 2008
Dziś jest 4. rocznica mojego ślubu. Pobraliśmy się w skromym kościele na przedmieściach Syracuse, w miasteczku Liverpool. To był najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Tamtego roku zima była łagodna i pamiętam jak przechodziłam z kościoła do restauracji tylko w sukni ślubnej z krótkim rękawem, tak było ciepło. Przyjęcie było małe tylko dla najbliższej rodziny. Cztery spokojne i szczęśliwe lata przeleciały bardzo szybko. Nie rozczarowałam się ani mężem, ani instytucją małżeństwa. Mam nadzieję, że resztę naszego życia będziemy mogli spędzić równie dobrze.

Dziś jest śnieżyca. Mam wolne, a mąż pojechał do pracy. Wieczorem wychodzimy na wspólny obiad. Z okazji rocznicy nie wymieniamy prezentów. Po obiedzie pójdziemy na film „The Curious Case of Benjamin Button.” Resztę rocznicy i Sylwestra spędzimy razem w domu popijając bezalkoholowego szampana (to dla mnie pierwszy od czasów dzieciństwa...).

Szczęśliwego Nowego Roku!

wtorek, 30 grudnia 2008
W parku miejskim nad jeziorem Onondaga organizowany jest coroczny pokaz świateł świątecznych pod nazwą Lights on the Lake. Po wykupieniu biletu przejeżdża się powoli samochodem pięciomilową aleją wzdłóż której ustawione są dziesiątki scen zrobionych z kolorowych lampek: scen bajkowych, zimowych, religijnych.

Co roku mój klub kajakowy organizuje zimowy spływ o zmierzchu celem oglądania pokazu świateł z wody. W tym roku spływ zaplanowany został na ostatnią niedzielę grudnia. Na spływ zaproszony został reporter z lokalnej gazety.

Prolog
Niedziela, 28 grudnia 2008.  Ogłoszono stan zagrożenia pogodowego w naszym regionie z powodu silnych wiatrów o prędkości do 70 km/h. Mimo to aż 22 kajakarzy stawiło się na miejsce wodowania. Pomimo wichury było słonecznie i ciepło. Znajomy kajakarz Vic przyszedł nam pomachać. On dziś nie płynie. Pójdzie biegać. Po krótkiej naradzie ustalono, że pływanie po jeziorze jest dziś zbyt ryzykowne. Aby zachować bezpieczeństwo, popłyniemy rzeką.

Akt I: Serce bierze górę nad rozumem
Długo zajmuje wodowanie całej grupy. Ci już na wodzie dryfują z wiatrem po pomarszczonej powierzchni wody. Niektórzy podpływają do ujścia jeziora ocenić stan wody. Nareszcie wszyscy są w kajakach. Grupa jakby niechcący, powoli i nieśmiało, zaczyna wiosłować w stronę jeziora. Jezioro uśmiecha się do nas zachęcająco i kusi brakiem bałwanów i w miarę spokojną taflą wody. Płyń do mnie... Płyń do mnie... – woła. Jak mitologiczne syreny, które zgubiły żeglarzy swoim urzekającym śpiewem, tak jezioro urzekło nas i przywołało na swoje otwarte wody.

Akt II: Kiepski początek
Wiatr chłosta nas niemiłosiernie od zachodu. Dla bezpieczeństwa wiosłujemy konserwatywnie blisko brzegu. Posuwamy się powoli naprzód kiedy nagle prędkość wiatru dramatycznie wzrasta, a nasza oaza brzegu staje się dla niektórych zgubą. Fale są wysokie i silne, a bliskość brzegu sprawia, że spienione rozbijają się z impetem o nasze kajaki. Nad dźwiękiem świszczącego wiatru przebija się wykrzyczana komenda do odwrotu. Rozprzestrzeniona na długim dystansie grupa zatrzymuje się i każdy próbuje zawrócić, ale to okazuje się dużo trudniejsze do wykonania, niż można się było spodziewać. Dla niektórych zawrócenie się jest niemożliwe.

Akt III: Chaos
Mniej jak połowie grupy udaje się zawrócić. Walcząc jak lwy powoli przebijają się przez fale i po bardzo długim czasie udaje im się wrócić do miejsca wodowania. Reszta naszej grupy ma mniej szczęścia. Nasze kajaki huśtane są brutalnie we wszystkie strony, biczowane spienionymi strumieniami wody, pchane jeden na drugi, oraz rzucane o skalisty brzeg. Ci co nie mogą zawrócić kończą wypluci na brzegowe skały. Ci, którzy zawrócili również kończą na skalistym brzegu. Fale przewróciły kajakarza, który był już prawie u celu swojej podróży na ląd. Jeden za drugim zaczęliśmy się poddawać i wysiadać z łodzi ciągnąc je na ląd. Skończyliśmy w małych grupkach rozsianych sporadycznie po całej długości brzegu parku Onondaga. Jezioro było niemiłosierne, a teraz śmiało się z nas z pogardą.

Akt IV: Mróweczki
Oceniwszy szkody, a raczej – na szczęście – ich brak, zaczęliśmy pomagać sobie nawzajem. Już na lądzie, moja najdalej wyrzucona grupa zaczęła ciągnąc kajaki po trawie i, rad-niewola, kaczym gównie aby dołączyć do najbliżej nam położonej kolejnej grupy. Naradzaliśmy się co dalej kiedy podjechał do nas strażnik parku. Zamiast nas zbesztać, czego się spodziewaliśmy, zaoferował nam pomoc. Powiedział, że popilnuje nam kajaków podczas kiedy pójdziemy po nasze samochody. Mało tego, wydał nam pozwolenie na jazdę po ścieżce dla pieszych, przy której znajdowały się kajaki, co jest wbrew parkowym przepisom. Wyruszyliśmy czym prędzej na piechotę żeby już zakończyć to niefortunne przedstawienie. Ubrani raczej dziwacznie jak na spacer po parku i zostawiający za sobą mokre placki jak po przejściu ślimaka, rozpoczęliśmy długi spacer do odległego o spory dystans parkingu. W tym czasie nasz zaproszony reporter cykał zdjęcia tej opłakanej scenie, a wszyscy korzystający z parku porzucili swoje dotychczasowe zajęcia i przystąpili do uprawiania gapiostwa. Zdaje się, że sobie na to zasłużyliśmy. Wolę nie myśleć o czym napisze nasz reporter jeśli spływ w ogóle pojawi się w gazecie.

Akt V: Akcja ratunkowa
Tak się złożyło, że kolega Vic nadal był obecny w parku i miał nieopodal zaparkowany samochód. Vic zgodził się podrzucić kilkoro z nas na nasz parking. Kiedy tam dotarłam okazało się, że nikt nie widział mego męża, a nie wrócił razem z garstką szczęśliwców. Bardzo się zaniepokoiłam. Grupa ruszała się zwinnie przemieszczając ludzi i samochody z jednej strony parku na drugą i zbierając porzucone kajaki. Mój mąż się odnalazł przy pierwszym przejeździe. Udało mu się zawrócić kajak, ale „zaparkował” przy brzegu chcąc poczekać na mnie. Jak już „zaparkował” to nie mógł wyruszyć, więc czekał z innymi. Nie widział mnie wśród dużej grupy rozbitków przechodzącej pieszo przez park, bo pojechałam z Vic’em omijając jego posterunek. Oboje więc najedliśmy się strachu. Niektórzy byli mokrzy, inni zmarznięci, ale nikomu się nic nie stało.

Epilog: Na zdrowie!
Pojechaliśmy konwojem do domu jednego z kajakarzy, który zorganizował dla nas z żoną imprezę. Podzieliliśmy się najciekawszymi doświadczeniami dzisiejszego popołudnia. Świetnie siedziało się przed kominkiem wśród grona przyjaciół delektując się dobrym jedzeniem i piciem oraz ciesząc się, że nasza ostatnia eskapada roku 2008 zakończyła się pomyślnie. To się nazywa zakończyć rok z rozmachem!

czwartek, 25 grudnia 2008
poniedziałek, 22 grudnia 2008

Zima w tym roku przyszła bardzo wcześnie. Po kilku śnieżycach zaspy śniegowe przy moim domu sięgają mi prawie po pas, a do tego mamy siarczyste mrozy. Dziś na przykład jest -10 stopni C, ale przez wichurę o prędkości 45 km na godzinę wyczuwalna temperatura to -21 stopni C. Rano ubrałam się co najmniej jakbym ruszała na eskapadę na Antarktydę: kalesony, spodnie wyjściowe, na to spodnie z Gore-texu; skórzane buciory do chodzenia po górach z wyściółką Gore-texową; koszulka, goft, sweter, kamizelka, zimowa kurtka z kapturem; czapa, okulary narciarskie, żeby mi ostry ścinający śnieg nie rozwalił makijażu i nie przymroził soczewek kontaktowych do gałek ocznych;  do tego wielgachne Gore-texowe rękawice typu łapki i dopiero byłam gotowa do wyjścia na spacer z psem. Tak opatulona nadawałabym się na okładkę „National Geographic” z jakimś Everestem w tle. A pies? Obroża sztuk 1, smycz sztuk 1, błysk w oku i gotowy do wyjścia. Poszliśmy.

Idąc tak w białej zamieci i smagającej policzki lodowatej wichurze kurczyłam się w sobie próbując ochronić twarz. Pies tymczasem truchtał żwawo z łbem podniesionym dumnie do góry. Ani mróz, ani śnieg, ani nawet wichura nie zdawały się go wzruszać. Od czasu do czasu wsadzał łeb w zaspy śniegowe i z namaszczeniem wąchał co w środku, czasem zaczynał rozgrzebywać śnieg w poszukiwaniu źródła woni. On uwielbia śnieg i jeszcze ani razu nie widziałam, żeby mu było zimno. Potrafi rozentuzjazmowany chodzić przez godzinę, albo kicać po lesie w zaspach zmieniony w śniegowego bałwana. Zastanawiam się czasem dlaczego zwierzęta mają nad nami taką przewagę: kiedy mi potrzeba sterty specjalistycznych ubrań, żeby móc w ogóle wytrzymać na takim spacerze, on idzie jak go pan Bóg stworzył i jeszcze jaki zadowolony!

Szliśmy tak razem kiedy usłyszałam jadący za nami samochód. Profilaktycznie usunęłam się jak najbliżej zaspy na poboczu, kiedy samochód zrównał się ze mną i zatrzymał. Usłyszałam charakterystyczny dźwięk spuszczanej szyby, więc zatrzymałam się i odwróciłam głowę. Za kierownicą siedziała moja bardzo sympatyczna sąsiadka, starsza drobniutka pani o siwych, starannie ułożonych włosach i godności królowej Elżbiety. Powitała mnie z uśmiechem i oświadczyła: „Tak sobie dziś na panią patrzę i myślę, jak to dobrze, że nie mam psa.”

czwartek, 18 grudnia 2008
Ostatnio przypadkiem natknęłam się na wiersz Rudyarda Kiplinga, który bardzo mnie wzruszył. Dedykuję go wszystkim miłośnikom szczekających czterech łap. Nie wiem, czy wiersz ma tytuł i czy kiedykolwiek został przetłumaczony na język polski. Jeśli ktoś coś wie, to bardzo proszę o namiary. W międzyczasie na dole podaję własne, mało literackie, tłumaczenie.

I wish someone had given Jesus a dog
As loyal and loving as mine
To sleep by His manger and gaze in His eyes
And adore Him for being divine.
As our Lord grew to manhood His faithful dog
Would have followed Him all through the day
While He preached to the crowds and made the sick well
And knelt in the garden to pray.
It is sad to remember that Christ went away
To face death alone and apart
With no tender dog following close behind
To comfort its Master's Heart.
And when Jesus rose on that Easter morn
How happy He would have been
As His dog kissed His hands and barked its delight
For The One who died for all men.
Well, the Lord has a dog now, I just sent Him mine
the old pal so dear to me
And I smile through my tears on this first day alone
Knowing they're in eternity. Day after day, the whole day through
Wherever my road inclined
Four feet said, "I am coming with you!"
And trotted along behind.


Chciałbym żeby ktoś podarowałby był Jezusowi psa
tak kochającego i lojalnego jak mój
Aby spał przy Nim w stajence i patrzył mu w oczy
I adorował jego boskość.
Kiedy Pan dorastał jego wierny pies
Szedłby za nim wszędzie każdego dnia
Kiedy nauczał wiernych i leczył chorych
I kiedy ukląkł w ogrodzie do modlitwy.
Smutno jest pamiętać, że Chrystus odszedł
Spotkać się ze śmiercią sam
Bez kochającego psa podążającego za nim,
Aby ukoić serce swego Pana.
A kiedy Jezus zmartwychwstał w wielkanocny poranek
Jak ucieszyłby się na widok psa
Liżącego mu ręce i szczekającego ze szczęścia
Na cześć Tego, który umarł za wszystkich ludzi.
Cóż, Pan teraz ma psa, właśnie wysłałem mu swojego
Mego dobrego kumpla tak dla mnie bliskiego.
I uśmiecham się przez łzy w ten pierwszy dzień bez niego
Wiedząc że oni tam są nieśmiertelni. Dzień po dniu
Kiedykolwiek miałem pod górę
Cztery łapy mówiły: „Idę z tobą!”
I za mną podążały.

wtorek, 16 grudnia 2008

Stan Nowy Jork z pewnością nie jest jedynym stanem, który ma problemy z poskładaniem budżetu na przyszły rok. Dziury budżetowe są wszędzie, zarówno w kieszeniach prywatnych, jak i rządowych. Ostatnio gubernator stanu Nowy Jork David Paterson zaproponował opodatkowanie pełnokalorycznych napojów gazowanych celem załatania dziury w budżecie, gdyż owe napoje rzekomo przyczyniają się do tycia. Bezkaloryczne napoje gazowane diet nie byłyby poddane opodatkowaniu. Podatek ten zyskał przydomek „obesity tax,” czyli podatek od otyłości. Że niby nadwaga i kruche zdrowie nowojorczyków spowodowane są piciem pełnokalorycznych napojów gazowanych. Te bezkokaloryczne z pewnością należą do grupy zdrowej żywności.

U mnie w pracy jest dużo ludzi z nadwagą, a oni właśnie skrupulatnie piją napoje typu diet w przekonaniu, że nie będą dalej tyć. Co dalej? Czy opodatkują lody i ciasteczka? A jedzenie fast food? To może w takim razie nałożyć podatek od BMI (body mass index) danej osoby? A może też opodatkować chleb, bo jak się go za dużo zje, to też się przecież przytyje? Ręce mi opadają od tej logiki.
poniedziałek, 15 grudnia 2008

Moja szwagierka na przystawkę często podaje sery z krakersami oraz lekko pikantną żółtą papryką pokrojoną w krążki. Bardzo tę paprykę lubię, ale oczywiście nigdy nie przyszło mi do głowy zapytać szwagierki jak się ona nazywa. Ostatnio robiąc zakupy spożywcze zauważyłam żółtą, długą i wąską paprykę o nazwie Hungarian pepper, czyli papryka węgierska, która wyglądała podobnie do papryki serwowanej u szwagierki. Papryka opisana była jako łagodnie pikantna. Ponieważ na imprezę w pracy zadeklarowałam się przynieść warzywa i hummus, paprykę kupiłam jako dodatkową atrakcję do mojego talerza z warzywami.

Wszystko już miałam przygotowane i już prawie wychodziłam do pracy, kiedy przypomniałam sobie o nieszczęsnej papryce węgierskiej. Imprezę mamy dzisiaj, więc postanowiłam szybko umyć, oczyścić i pokroić paprykę. Normalnie przekrajam paprykę wzdłóż na pół i czyszczę, ale tę paprykę miałam kroić w poprzek w krążki, więc musiałam ją „wypatroszyć” przez jeden z końców żeby nie naruszyć całości. Odcięłam więc gruby koniec z łodygą i dawaj pod strugą wody wygrzebywać środek długim, wąskim nożem. Jak mi nagle nie buchnęły opary w twarz! W kilka sekund poczułam silne drapanie w gardle i oczach i tak mi zaczęło lecieć z nosa, że ledwie miałam czas rzucić wszystko i polecieć po husteczkę higieniczną. Zaczęłam kaszleć i wydawało mi się, że spuchło mi gardło, do tego lały mi się łzy. Opary nasion były tak silne, że resztę obrałam z głową zwróconą jak najdalej od zlewu i w bok. Kiedy już skończyłam czyszczenie, pokroiłam ostrożnie paprykę już bez dalszych przygód. Potem z pewną nieśmiałością spróbowałam kawałek, w końcu lepiej wiedzieć, co się ludziom podaje. Wywieszka w sklepie nie kłamała: papryka była łagodnie pikantna. Aż strach pomyśleć co by było gdyby to była papryka ostra.

Papryka to ciekawe warzywo pełne niespodzianek. W sumie nie ma czemu się dziwić, bo jest tego kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt, różnych odmian. Następnym razem jak przyjdzie mi do głowy eksperymentować z nową papryką, to chyba założę maskę tlenową i rękawiczki.
16:30, anetacuse , Jedzenie
Link Komentarze (5) »
piątek, 12 grudnia 2008

Dziś nas porządnie zasypało śniegiem. Przez noc wszystko malowniczo pokryte zostało grubaśnym puchem, schodków do domu nie było widać, samochody trzeba było odkopywać, a że nadal pada, to mój czarny jak węgiel pies po zaledwie 20-to minutowym spacerze bardziej przypominał bałwana niż psa. Na futrze utworzyła mu się chrupka warstwa śniegu, która bardziej nadawała się do obłupywania niż wycierania. Pozamykano wiele szkół. Droga do pracy była bardzo powolna. Na krótkim odcinku autostrady trzy samochody wylądowały w rowach. Formacja pługów blokowała wszystkie pasy autostrady w centrum. Dzisiaj nikt nie szarżował. Takie poranki są na porządku dziennym jak się mieszka w Syracuse czy innym miejscu o śnieżnych zimach.  W samochodzie trzyma się łopatę, skrobaczkę ze szczotką i sól. Na zimę zakłada się opony zimowe i co roku ma się nadzieję, że kolejna zima minie bez stłuczki.

Panuje tutaj pogląd, że na zimę najbezpieczniejsze są duże, ciężkie samochody z napędem na cztery koła jak SUV. Problem z SUV jest taki, że one są tylko na tyle bezpieczne, na ile mądry jest ich kierowca. Wiadomo, że im większy samochód, tym bezpieczniejszy jest pasażer w przypadku wypadku, a im więcej cylindrów i koni mechanicznych ma silnik, tym łatwiej jest wygrzebać się z zaspy, zwłaszcza przy napędzie na cztery koła. To wszystko prawda, niemniej jednak wielu kierowcom SUV wydaje się, że tylko dlatego, że mają duży samochód, są nietykalni, niezniszczalni i że mogą więcej. Skutek takiego myślenia jest opłakany, bo spora część zimowych bywalców rowów to właśnie SUV.

Wydaje mi się, że poza samymi warunkami drogowymi problemem jest nadmierna pewność siebie kierowców oraz... automatyczna skrzynia biegów. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że ręczna skrzynia biegów daje kierowcy o wiele lepszą kontrolę nad samochodem, zwłaszcza w śniegu, i umożliwia hamowanie silnikiem bez użycia hamulców. Hamowanie jest najczęstszym powodem wpadania w poślizg, który z kolei jest najczęstszym powodem zimowych stłuczek i wysiadywania po rowach. Samochody z automatyczną skrzynią biegów są jak torpedy: jak się rozpędzą, to jadą ślepo przed siebie, a im cięższe, tym szybciej. Nawet jak się zdejmie nogę z gazu, to nie zwalniają w takim trybie jakiego można oczekiwać od samochodu o ręcznej skrzyni biegów. Pozostają hamulce. Ilekroć trzeba zwolnić używa się hamulców, co zwiększa szanse poślizgu. Nie dziwna jest więc częstotliwość zimowych wypadków, ani częsta konieczność wymiany hamulców. Przy hamowaniu zimą dobrze jest mieć ABS, czyli Anti-lock Braking System, ale jeszcze lepiej jest nie musieć hamować. Niestety większość Amerykanów nie tylko o tym nie wie, ale nie potrafi prowadzić samochodu o ręcznej skrzyni biegów.

Moja czterocylindrowa osobówka o napędzie na przednią oś, ręcznej skrzyni biegów i oponach zimowych prowadzi się w śniegu rewelacyjnie. Może nie dam rady wyjechać nią z zaspy jak to potrafią SUV, ale dzisiaj w drodze do pracy prawie wcale nie musiałam hamować. Dwójeczka, trójeczka, dwójeczka, trójeczka, powolutku i cierpliwie do pracy się dotoczyłam.

poniedziałek, 08 grudnia 2008

Chyba nie obrażę przedstawicielek swojej płci kiedy powiem, że większość z nas nie bardzo zna się na samochodach. W Stanach jest powszechnie wiadomo, że kobiety są dyskryminowane zarówno przez sprzedawców samochodów jak i mechaników. „Czy już wybrała pani kolor?” jest częstszym pytaniem niż na przykład „Czy woli pani napęd na cztery koła, czy na przednie?” Mimo to coraz więcej kobiet pracuje w przemyśle samochodowym i zastanawiam się czasem, czy one z kolei nie są dyskryminowane przez korzystających z ich usług mężczyzn. Nie wstydzę się faktu, że nie znam się na samochodach, ale osobiście wolałabym cenną radę i uczciwe podejście, niż protekcjonalny ton.

W sobotę zabrałam swój samochód do warsztatu na wymianę opon letnich na zimowe. Tak się składa, że ilekroć zabieram swój samochód na wymianę opon, oleju, czy roczną inspekcję, mój warsztat uprzejmie dzwoni do mnie i informuje, że dodatkowe usługi (tu długa lista) są „zalecane” do wykonania na moim samochodzie przy obecnym przebiegu. W sumie nic w tym dziwnego. Profilaktyczna wymiana części jest normalna, a poza tym zadaniem mechanika jest poinformować mnie co jego zdaniem jest konieczne do wykonania na moim samochodzie, bo on się na samochodach zna, a ja nie. Ostatnio polecono mi usługi, które kosztowałyby mnie... $900.

Jeżdżę Hondą Civic 2005 z 55000 milami przebiegu. Mój mąż jeździ Hondą Civic 2006 z 75000 milami przebiegu. Korzystamy z tego samego warsztatu. Ilekroć mąż zabiera tam swój samochód, jemu nie polecają tylu profilaktycznych usług co mnie. Skoro przy moim przebiegu określona ilość części powinna być wymieniona, czy te same części nie powinny być wymienone dawno temu w samochodzie męża? Teoria mego męża jest następująca: nie rocznik samochodu ani nawet jego przebieg decyduje o „zaleceniach” warsztatu co do wymiany części, ale fakt, że samochód jest zarejestrowany na kobietę. Oczywiście jest to jedynie teoria. Póki co, może zmienię sobie imię na „Fred.”

niedziela, 07 grudnia 2008

W Stanach jest moda na zbieractwo. Amerykańskie zbieractwo absolutnie nie przypomina polskiego. W Polsce jeździ się do państwowego lasu na grzybki czy jagody i przemierza pieszo kilometry w poszukiwaniu dzikiego owoca o niezastąpionym smaku. W Stanach zbieractwo jest zorganizowaną atrakcją komercyjną. W dziczy można nazbierać jedynie chrust, a po resztę jedzie się na specjalną farmę gdzie w otoczeniu zorganizowanych zajęć i przyjemności zbiera się wybrany produkt. Jest więc zbieranie jabłek i dyń jesienią. Na farmie jedzie się na przyczepie traktora wgłąb sadu gdzie zbiera się jabłka prosto z drzew. Albo wybiera się największą dynię jaką można unieść. Płaci się za własnoręcznie zebrane dobra i przystępuje do korzystania z reszty atrakcji, jak mini-zoo ze zwierzętami wiejskimi, jazda kucykiem, lody, jabłka w polewie karmelowej i inne wiejskie specyjały do spróbowania i kupienia. Można też zbierać jagody. Albo choinki.

W okresie Bożego Narodzenia popularną atrakcją rodzinną jest wybranie się do szkółki leśniej, gdzie samemu można wybrać i własnoręcznie spiłować choinkę. Na farmie właściciele udostępniają piłę ręczną i sanki, na których choinkę się przywozi po ścięciu. Ile to radochy zabrać psa albo dzieci i wałęsać się po szkółce z setkami choinek do wyboru! Po wybraniu, ścięciu i przywiezieniu drzewka, panowie pakują nam choinkę w specjalną siatkę, żeby do przewozu była mniej rozcapierzona. Przepycha się drzewko od pnia po czubek przez plastikową rurę z siatką na drugim końcu, przez co uzyskuje się wyszczuploną niczym w gorsecie choinkę. Potem panowie pomagają załadować nabytek na dach samochodu i tak oto jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami własnej, żywej i osobiście ściętej choinki. Potem można odstawić samochód i postać sobie nad ogniskiem, skosztować gorącego cydru z jabłek lub gorącej czekolady, albo pójść popatrzeć na prawdziwe kury i kozły, a czasem nawet sarny.

Nasze drzewko ścięliśmy wczoraj. Pachnie przepięknie. Po zainstalowaniu i udekorowaniu nawet nasz pies poczuł bluesa i ulokował się pod choinką niczym prezent.

Choinka 20081206

 
1 , 2
statystyka