Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
piątek, 21 listopada 2014

Czas oczekiwania się zakończył. Cztery tygodnie wypowiedzenia okazały się okresem czysto z horroru. Potwory podszywające się pod sprzymierzeńców wypełzły z szafy z wielkimi zębiskami, już bez uśmiechniętych przyjaznych masek. Powyłaziły różne pozamiatane pod dywan świństwa, wbite zostały noże w plecy przez najbliższych przyjaciół z samego zaufanego środka w wysiłku rozepchania się łokciami w nowej sytuacji czyimś kosztem. Ból, złość, strach i rozczarowanie. Przez ostatnie dwa tygodnie byłam tak zestresowana i rozstrojona, że irytacja i agresja wylewały się ze mnie wiadrami. Jeździłam jak pirat drogowy, nie miałam dla nikogo cierpliwości i miałam nadzieję, że dokończę okres wypowiedzenia bez rozwodu czy wypadku drogowego. Udało się. W międzyczasie przerabiałam milowe stosy elektronicznej papierkologii, podejmowałam tuziny życiowych decyzji i przeorganizowywałam procesy codziennego życia. Tygodnie młynu zanim nawet zaczęłam nową pracę.

W końcu nadszedł ten dzień. Wszystko jak do tej pory jest kompletnie niestandardowe. Ponieważ firma nie ma biura w moim mieście, do Syracuse przyleciał właściciel firmy i przez pierwsze trzy dni orientacja odbywała się w miejscowym hotelu. Na "dzień dobry" dostaliśmy po laptopie, stacji dokowania, plecaku, uniwersalnej baterii, koszulce polo, bluzie sportowej, kubku podróżnym i kubku porcelanowym - wszystko z firmowym logo. Firma zapłaciła za posiłki. Polecono nam kupić bilety lotnicze na imprezę bożonarodzeniową w Ashville, SC dla siebie i drugiej połowy. Bilety, trzy noce w hotelu, dwa dni imprez i atrakcji - wszystko na koszt firmy. Firma jest młoda, prężna, bez długów i w 100% finansowana prywatnie przez trzech właścicieli. Wszystkie systemy w chmurze, najnowsze technologie - po przejściu z poprzedniej firmy czułam się jakbym przyszła z epoki kamienia łupanego. Wszystko działa błyskawicznie, bezszelestnie. Biurokracji praktycznie brak, procesy proste jak budowa cepa. Struktura firmy w miarę płaska, elastyczna, mała ilość pracowników, kultura dość luzacka, do czego nie jestem przyzwyczajona. 

Orientacja zakończyła się wspólnym oglądaniem przestrzeni biurowych, gdyż na początku przyszłego roku firma otworzy nam biuro. Udało się znaleźć całkiem fajne i zupełnie nieźle położone. W międzyczasie jednak pracujemy z domu z powplatanymi tu i tam podróżami integracyjnymi. Jak to tej pory w poprzedniej pracy pracowałam z domu średnio raz w tygodniu, a kiedy zmuszona byłam pogodą do przeciągnięcia tego okresu dłużej, wpadałam w lekką depresję. Postanowiłam więc się ustrukturyzować i zdyscyplinować, jak również ustalić stałą przestrzeń do pracy zamiast swojej tymczasowej na stole kuchennym. Konfiguracja przestrzeni wypadła pomyślnie, konfiguracja czasu też (trzymam się pór na kawę, lunch, w porze lunchu wychodzę coś załatwić lub na spacer z psem itp.), gorzej z poczuciem izolacji i narastającej paranoi. Każdy został pozostawiony samemu sobie, ale praca wrze bez przerwy jak dawniej, gdyż moja była firma była zmuszona wynająć nas do skończenia ich kontraktów, których oni teraz nie są w stanie zrealizować. Na dzień dzisiejszy jest więc dokładnie ta sama praca, dla tych samych klientów, pod nowym sztandarem o nowych kolorach. Jest strach, czy dam radę wyżłobić sobie nowe miejsce w nowej strukturze bez możliwości bycia z ludźmi, z którymi mam się integrować. Czekam na punkt wbicia się w wir nowej pracy, ale nie wiem kiedy to nastąpi. Za tydzień wybieram się do Greenville, może będę wiedzieć coś więcej, a w grudniu poznam wszystkich na imprezie świątecznej. Tymczasem struktura naszego zespołu tutaj trochę nadpękła i dopóki każdy pracuje w domu pęknięcia są trudne do naprawienia. Wciąż stan zawieszenia i rozpychania łokciami dopóki każdy się jakoś nie umości.

Uważam, że podjęłam właściwą decyzję, która zaprocentuje. Niezaprzeczalnie pierwsze miesiące będą trudne i stresujące, ale uzbroiłam się w cierpliwość i liczę, że będzie dobrze.

20:57, anetacuse , Praca
Link Komentarze (5) »
statystyka