Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
wtorek, 27 listopada 2012

Zawsze się tego bałam. Że któregoś dnia, zimą i po zmroku, zabraknie na kilka godzin prądu i wrócę do ciemnego i zimnego domu do przestraszonych zwierząt. No i stało się.

Żebym zaglądnęła w ciągu dnia do lokalnych wiadomości, wiedziałabym, że przed południem jakiś nieszczęśnik niedaleko mojego osiedla zderzył się ze słupem wysokiego napięcia czym go skosił, pozbawiając tym samym prądu 450 osób na 11 godzin. Żebym to wiedziała, wróciłabym do domu przed zapadnięciem zmroku.

Kiedy wjechałam w ciemne osiedle od razu ogarnęła mnie panika. Ptaki egzotyczne są wrażliwe na zmiany temperatur i nie widzą po ciemku. Nasza papuga ma lampkę dzienną i nocną. Weszłam przez drzwi frontowe domu do ciemności egipskich i natychmiast poczułam przenikliwy chłód. Na pisk otwieranych drzwi odpowiedział mi skrzek papugi. Ulga. Zignorowałam pchającego się do powitania psa przekopując się przez szufladę do latarki czołowej, która całe szczęście zawsze jest pod ręką do nocnych spacerów z psem. Potem przekopałam się do dwóch latarnii kempingowych i zapewniłam papudze trochę światła. Był przerażony i ciasno przylegał do prętów klatki. Trochę go uspokoiłam. Termostat pokazywał 59 stopni F, ale wydawało się, że było dużo zimniej. Wrócił mąż. Pozapalaliśmy wszyskie możliwe świece i włączyliśmy kominek gazowy. Ten kominek naprawdę nas uratował, bo nie tylko wkrótce zrobiło się ciepło, przynajmniej w salonie, ale było też jaśniej. Kryzys zażegnany. Dzięki kuchence gazowej byliśmy też w stanie odgrzać sobie na obiad chili, a ciszę umilało moje małe radio na baterie. Zabrałam na spacer psa, ale był nieswój i szybko chciał wracać do domu.

Dziwnie spędzało się cały wieczór bez komputera, telewizora i światła. Bez kominka byłoby nieznośnie. Większość sąsiadów wybyła gdzieś gdzie jest jasno i ciepło, ale my czuliśmy się w obowiązku dotrzymywać towarzystwa naszym dwóm stworzeniom. Papug szybko się "położył" spać na swoim ulubionym drążku obok futrzanej maskotki, a pies na kanapie. Mąż najpierw poszedł biegać, a potem zrobił minizakupy spożywcze. Ja siedziałam na kanapie i czytałam na swoim Kindlu przy małej lampce LED. Było całkiem romatycznie.

Jasność nastała o 9:40, tuż przed pójściem spać. Był czas trochę odgrzać dom przed snem i włączyć zmywarkę. Papug wyszedł na balkonik i rozciągnął skrzydła zadowolony, po czym przystąpił do kolacji i czesania piórek. Ja cieszyłam się na ciepłą wodę na poranny prysznic.

Zaledwie jeden wieczór, a tak inny rytm. Zupełnie nie mogę sobie wyobrazić przez co przeszły ofiary huraganu Sandy (czy jakiejkolwiek innej klęski) bez prądu przez kilka lub kilkanaście dni.

niedziela, 25 listopada 2012

Właśnie docieram do mety 5-ciu dni wolnego z okazji Świąt Dziękczynienia. Są to moje ulubione święta i w tym roku spędziłam je cudownie. W środę wzięłam wolne i spędziłam cały dzień w kuchni piekąc i gotując na czwartkowy obiad, na którym gościłam 10 osób. Był nadziewany indyk, ziemniaki puree, sałatka z sałaty z warzywami (garden salad) z domowej roboty sosem balsamicznym, placek kukurydziany (corn bread), sos żurawinowy (cranberry sauce) ze świeżych żurawin, puree z dyni (delicata squash) i placek z dyni (pumpkin pie). Prawie wszystko przygotowałam od podstaw poza gotowymi croutons do nadzienia oraz dyni z puszki do placka. Obiad był bardzo udany. Pomimo moich najlepszych wysiłków aby nadmiar urodzaju opchnąć gościom na drogę, zostaliśmy z górą jedzenia.

Piątek i sobotę spędziliśmy bardzo po amerykańsku: na zakupach. Bynajmniej nie tych szalonych wystając w kolejkach o nieludzkich godzinach nocy, ale normalnie powoli w ciągu dnia osobiście oraz na internecie. W rezultacie obkupiliśmy wszystkich z listy i na tym koniec. Boże Narodzenie może sobie przychodzić kiedykolwiek, my jesteśmy gotowi.

W piątek wybraliśmy się do miasteczka Skaneateles na święta z Dickensem. Miasto organizuje tę imprezę co roku zaraz po Święcie Dziękczynienia: miasteczko roi się od poprzebieranych postaci z książek Dickensa, grajków, Mikołajów i zaprzęgów konnych. Bohaterowie dickensowscy wmieszani są w tłum odwiedzających i rozprawiają z nimi w historycznym dialekcie i z brytyjskim akcentem. Atrakcja trwa w piątki, soboty i niedziele aż do Bożego Narodzenia.

Wybraliśmy się też obejrzeć nowego Bonda, czyli "Skyfall." Film podobał mi się bardzo, podobnie jak muzyka. Nie mogę się doczekać obejrzenia go jeszcze raz. 

Resztę weekendu spędziłam na czytaniu Nory Ephron "I Feel Bad about My Neck" (zbiór esejów) oraz Jamesa Herriota "Wszystkie stworzenia duże i małe" po przeczytaniu wpisu u Resvarii. Jedna i druga książka jest warta polecenia.

Początek moich "ferii" był bardzo ciepły i słoneczny, prawie wiosenny, tymczasem od dwóch dni jest pochmurnie i pada śnieg. Zima się wprosiła.

Jutro do pracy. Oj, będzie boleć!

piątek, 16 listopada 2012

Podejście I: 1998 – Popkultura

Pierwszy raz zetknęłam się z kawiarnią Starbucks w kinie „Bałtyk” w Suwałkach na filmie You've Got Mail. Chociaż zwykle nie mam pamięci do filmów, scena zamawiania kawy wyjątkowo utknęła mi w pamięci może dlatego, że terminologia była mi obca a sam proces wydawał się niezrozumiale złożony. Niby dlaczego zamawianie kawy miałoby być tak skomplikowane?

Podejście II: 2000 – Pierwsza randka

Jedną z pierwszych kawiarni Starbucks w Syracuse otwarto na kampusie Syracuse University. Było to wielkie 'halo' i ludzie zabijali się w kolejkach o kubek kawy. Zabrała mnie tam koleżanka. Zobaczyłam snobistyczną kawiarnię dla bogatych studentów prywatnego uniwersytetu z kawą o astronomicznych cenach. Zamówiłam zwykłą kawę przelewową i aż mnie wykręciło po pierwszym łyku. Była gorzka do bólu - po prostu paskudna. Nie zrozumiałam tego entuzjazmu tłumów. Koleżanka zachwalała poszczególne specjalistyczne kawy typu latté robione na zamówienie. Faktycznie były dobre, ale też i w cenie niezłego deseru. Pomyślałam wtedy, że Starbucks jest dla osób NIE lubiących kawy. Prawdziwi kawosze kupują w jakiej bądź kawiarni czy na stacji benzynowej i są zadowoleni. Klienci Starbucks wlewają do kawy morze słodyczy, aby móc ją w ogóle przełkąć, po czym się tym zachwycają znacznie uszczuplając sobie portfel. Picie pepsi wyszłoby im znacznie taniej. Kupowanie kawy w Starbucks było modne i prawie nikt się nie przyznawał, że tej kawy nie lubi, zwłaszcza że napoje espresso były rzeczywiście pyszne. Jest modna, trzeba lubić, trzeba pić, zwłaszcza jeśli można tam wlać syrop o dowolnym smaku.

Podejście III: 2008 – Romans

Zmieniłam pracę. W nowej pracy w centrum miasta jedyna kawiarnia jaką miałam po drodze z parkingu do biurowca podawała tylko kawę Starbucks. Któregoś dnia czułam potrzebę „doładowania się" w drodze do pracy (kawę zwykle pijam w domu), a było tylko to, co było: kawa Starbucks. Kupiłam, wypiłam. Eksperyment powtórzyłam jeszcze ze dwa razy i nagle zorientowałam się, że się uzależniłam. Pierwszy łyk tej mocnej, specyficznej kawy był jednym z moich ulubionych momentów poranka. Ta kawa była jak gorzała: dla niewprawionych wykrzywi gębę, a potem nie ma nic przyjemniejszego. I tak się zaczął mój trzyletni romans ze Starbucks: podczas lunchowych spacerów ze współpracownikami zawsze zahaczaliśmy o Starbucks. Przeważnie kupowałam kawę przelewową, tylko od czasu do czasu napój robiony z espresso. Stało się to moim nałogiem przerwanym kolejną zmianą pracy. Wprawdzie mam kawiarnię Starbucks niedaleko swojego domu, ale nie jest już tak wygodnie tam wpadać.

Podejście IV: 2012 – Historia

Nigdy do końca nie rozumiałam tego wielkiego szumu wokół Starbucksa, więc kiedy Howard Schultz, CEO Starbucksa, wydał książkę pt. Onward: How Starbucks Fought for Its Life without Losing Its Soul (po polsku przetłumaczone krótko jako Starbucks), postanowiłam ją przeczytać. Zanim jednak do niej dotarłam, przypadkiem natknęłam się na pierwszą książkę Howarda Schultza pt. Pour Your Heart Into It: How Starbucks Built a Company One Cup at a Time. Książka okazała się pasjonującą lekturą, ale że wydana została w 1997 roku, pozostawiła mnie z piętnastoletnią luką w historii firmy, co z kolei zmotywowało mnie do przeczytania drugiej książki. Lektury ukazały mi Starbucks w zupełnie innym świetle.

Starbucks zrewolucjonizował kulturę picia kawy w Stanach Zjednoczonych, a w późniejszym okresie również zagranicą, wzorując się na modelu włoskim. Starbucks nie tylko otworzył bogaty świat kaw dla przeciętnych ludzi, ale też wyedukował konsumentów co do bogactwa tego świata. Dziś nikogo nie dziwią wyspecjalizowane napoje kawowe serwowane w każdej niezależnej kawiarni czy nawet restauracjach fast food, ale przed Starbucksem szczytem wyrafinowania była kawa z cukrem i śmietanką.

 

W 1955 roku Alfred Peet, syn importera kawy z Amsterdamu, wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie odkrył żałosną jakość tamtejszej kawy. W 1966 otworzył sklep pod nazwą Peet’s Coffee and Tea w Berkeley w stanie Kalifornia, w którym sprzedawał importowaną przez siebie wysokiej jakości kawę arabica, podczas gdy większość kraju piła gorszej jakości gatunek robusta. Ten sklep był prekursorem firmy Starbucks, gdyż zainspirował Geralda Baldwina, Gordona Bowkera i Zeva Siegla do otwarcia podobnego sklepu w Seatle w 1971: był to pierwszy sklep Starbucksa i mieścił się na Pike Place Market. Sprzedawano w nim kawę w ziarnach.

Do firmy na początku lat 80-tych dołączył Howard Schultz. Podczas jednej z wizyt we Włoszech, Schultz odkrył bary espresso, które były dosłownie na każdym rogu. Ludzie spotykali się tam aby pić espresso i pogadać z sąsiadami. Pomysł tak mu przypadł do gustu, że bardzo chciał go wdrożyć w Stanach. Niestety założyciele firmy Starbucks nie podzielali jego entuzjazmu do przekształcenia sklepu w kawiarnię. Schultz w końcu odszedł i założył własną kawiarnię Il Giornale, którą stworzył na podobieństwo włoskiego baru espresso, a w której używał ziaren kupionych od Starbucks. Obie firmy dopełniały się wzajemnie. Kiedy jednak właściciele Starbucks znużyli się prowadzeniem firmy i wystawili ją na sprzedaż, Howard Schultz zrobił wszystko, aby ją kupić. Pozostał przy nazwie Starbucks. Tym sposobem powstała kawiarnia, jaką (mniej więcej) znamy dziś.

Howard Schultz miał wizję stworzenia „trzeciego miejsca”: pierwszym był dom, drugim praca, a trzecim - miał nadzieję - kawiarnia Starbucks, która miała zrzeszać lokalne społeczności na podobieństwo barów espresso we Włoszech. Jego główną misją było podawać najwyższej jakości kawę. Od momentu wyhodowania ziaren do momentu wlania gorącego napoju do kubka bardzo wiele rzeczy może pójść nieprawidłowo. Howard Schultz – podobnie jak Steve Jobs – miał kompletnego bzika na punkcie kontroli jakości i włożył w to wiele energii. Od uważnego doboru plantatorów i gatunków kawy po palenie, pakowanie, rozsyłanie, mielenie, zaparzanie filtrowaną wodą o odpowiedniej temperaturze i przez odpowiedni czas – Starbucks kontrolował wszystkie możliwe aspekty końcowego produktu, aby klient zawsze mógł doświadczyć kawy najlepszej jakości. Schultz również miał na uwadze dobro pracowników i Starbucks było pierwszą tego typu firmą oferującą pracownikom pełno- i półetatowym ubezpieczenie zdrowotne i akcje w firmie. Firma została zbudowana na fundamencie namiętności do kawy i szacunku dla ludzi.

Prawda o kawie Starbucks

„Sekret” kawy Starbucks jest prosty: Otóż kawa Starbucks nie jest kwaśno-gorzką przypaloną mieszanką byle jakiej kawy, tylko jest dobrego gatunku i wysokiej jakości kawą ciemnopaloną. Do picia kawy ciemnopalonej trzeba się przyzwyczaić, a i tak nie każdemu posmakuje. Jeżeli więc nie smakuje ci kawa Starbucks, prawdopodobnie nie chodzi tu o samą markę, a jedynie o to, że nie gustujesz w kawie ciemnopalonej. Kawa ciemnopalona jest mocna i wyrazista w smaku, m.in. dlatego tak dobrze sprawdza się zmieszana z mlekiem i innymi dodatkami, podczas gdy bywa trudna do przełknięcia w czystej postaci. Kiedyś w sklepach kupowało się kawę mając jedynie wybór pomiędzy markami, a dużo trudniej było o wybór na podstawie któregokolwiek z kryteriów wymienionych poniżej:

  • Gatunku kawy jak arabica czy robusta;
  • Kraju pochodzenia jak Brazylia czy Kenia;
  • Stopnia palenia ziaren: jasno, średnio czy ciemno (light, medium or dark roast);
  • Sposobu milelenia kawy w zależności od sposobu jej użycia: „na proch” do ekspresu ciśnieniowego, średnio grubo do kawiarki, bardzo grubo do french pressa, itd.;
  • Zbalansowanej smakowo mieszanki kaw z różnych regionów czy gatunków.

Z kawą jest jak z winem: można lubić czerwone wino, można gustować  w Pinot Noir, ale można też gustować w Pinot Noir z Burgundii, regionu Côte-d'Or, rocznik 2005. Odkrywanie smaków świata kawy wciąga i pomaga zyskać szerszą perspektywę na Starbucks, które bywa widziane bardziej jak element krajobrazu niż firma, której pasja do kawy zaraziła cały świat.

Podsumowanie

Poznanie historii Starbucksa zdecydowanie zmieniło mój sposób postrzegania tej firmy. Poprzez zrozumienie jej metod działania i misji, mam dla niej dużo więcej szacunku, a co za tym idzie, z większą chęcią zostawiam tam swoje pieniądze w zamian za kubek kawy, którą mogłabym wypić dużo taniej w domu. Mimo wszystko nie wydaje mi się, aby kawiarnia z powodzeniem spełniała wymogi „trzeciego miejsca:” po pierwsze, większość kawiarni oferuje usługi „w locie” i nie mają zbyt wielu stolików, gdzie możnaby się było zadomowić; po drugie, nie widziałam, żeby którakolwiek kawiarnia podawała kawę w porcelanowych kubkach, a dla mnie to ogromna strata; po trzecie, panuje tam zwykle atmosfera pośpiechu nie sprzyjająca pogawędkom z obsługą, co pierwotnie zakładał Howard Schultz, ani atmosferze relaksu. Nadal wydaje mi się, że większości klientów ciemnopalona kawa Starbucks nie smakuje, co moim zdaniem potwierdza fakt, że niedawno Starbucks „wpuścił” do swej linii kawy jasnopalone Blonde, co kiedyś było nie do pomyślenia. Myślę, że najwierniejsi klienci Starbucks są albo koneserami kawy, albo miłośnikami drogich syropowych zlepek na bazie espresso. Nie zmienia to jednak faktu, że Starbucks ma coś dla każdego, i że nawet rozwój niezależnych kawiarni był skutkiem rozprzestrzenienia wiedzy o kawie przez Strabucksa.

Bibliografia:

1. Schultz, Howard: Pour Your Heart Into It: How Starbucks Built a Company One Cup at a Time (1997)

2. Schultz, Howard: Onward: How Starbucks Fought for Its Life without Losing Its Soul (2012)

Obie książki są naprawdę godne polecenia dla osób zainteresowanych tematem: pierwsza (1997) traktuje o początkach i rozwoju firmy, druga (2012) o wyjściu z kryzysu podczas niedawnej recesji. Zdecydowanie bardziej polecam tę pierwszą.


środa, 14 listopada 2012

Jakoś się poznaliśmy, ale nie bardzo wiem jak, chyba na internecie. Była nić porozumienia. Wiem, że miał zaraz po mnie przyjechać. Byłam gotowa. Pod drzwiami stał już obcy samochód. Był punktualny, a to się liczy. Otworzyłam drzwi i zamiast wsiadać, zweryfikowałam tożsamość kierowcy - na ile w ogóle można zweryfikować tożsamość obcego. Zgadzała się. Wsiadłam. Spomiędzy siedzeń wystawał łeb siedzącego na tylnym siedzeniu owczarka niemieckiego. Przylgnęłam do niej, bo była to suczka, głaszcząc jej futro. Jej właściciel miał dobroduszny inteligentny wygląd i flanelową koszulę. Przyglądałam mu się kątem oka. Samochód był stary i dość zużyty. Jakie to odświeżające - pomyślałam.

Pojechaliśmy. Rozmowa toczyła się lekko. Utknęliśmy w gęstym korku na wielopasmowym dużym moście ciągnącym się przez szeroką na kilometry rzekę. Zaczęłam mu opowiadać o wypadku kolegi w pracy, w którym zginęła mu żona. "To tu" - zatrzymał samochód. Wysiedliśmy, aby dalej iść pieszo. Nagle most się skończył, a kilkadziesiąt metrów w dół połyskiwała powierzchnia czarnej, zimnej rzeki. W ostatnim momencie zatrzymałam się na krawędzi i nerwowo złapałam go za rękaw koszuli. Most się skończył! - mówię. On na to, kontynuując krok: "Nie bój się, na dole się otworzy." Zeszłam z nim z krawędzi i zaczynając spadek pionowy zobaczyłam na dole wysuwającą się metalową platformę tuż nad powierzchnią rzeki. Miał rację - myślę - ale czy otworzy się na czas? A jeśli się otworzy, to czy będzie tam jakaś pianka, czy też połamię obie nogi? Usłyszałam dziwny lekko chropowaty dźwięk... dzwonów? Chyba dzwonów kościelnych. To był nieznany mi dźwięk... hotelowego budzika. Uderzyłam snooze i budząc się ostatecznie poczułam rozczarowanie. Już nigdy się nie dowiem, czy ten most się wysunął.

P.S. Nowy hotel na Brooklynie. Kolega z zespołu naprawdę miał wypadek: w miniony weekend jechał z żoną samochodem i mieli zderzenie z sarną. Sarna przebiła się przez przednią szybę i zderzyła się z żoną uszkadzając jej rdzeń kręgowy. On nie miał obrażeń, ale jego żona była w szpitalu na sztucznym podtrzymaniu życia. Wczoraj rano ją odłączyli. Reszta to wymysł mojego śpiącego umysłu.

12:36, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (7) »
czwartek, 08 listopada 2012

Tytułowe pytanie skierowane jest do pań. Jeżeli jesteś panem, zakładam, że siłę potrzebną do robienia pompek wyssałeś z mlekiem matki bądź bebikiem i nigdy się nad tą umiejętnością nie zastanawiałeś. Jeżeli jesteś kobietą, która spędzała dzieciństwo na drabinkach placów zabaw czy obozach wspinaczkowych, z pewnością też potrafisz robić pompki. Jeżeli natomiast jesteś kobietą, która spędzała dzieciństwo na czytaniu książek czy zabawie w domu, być może nie masz wystarczającej siły, aby wykonać choć jedną prawidłową pompkę. Wyprowadzanie mnie z błędu w którejkolwiek z powyższych kwestii będzie mile widziane.

Każdy może się nauczyć, a pokonanie takiej bariery przynosi naprawdę dużą satysfakcję. Sama etap pompek pokonałam, teraz przechodzę przez fazę nauki podciągania się na drążku. Dla zachęty zapraszam do obejrzenia pompek w wykonaniu Ellen Degeneres i Michelle Obama:



środa, 07 listopada 2012

Pierwsze wybory prezydenckie w Polsce w jakich miałam prawo głosować były pomiędzy Wałęsą a Kwaśniewskim. Byłam wtedy bardzo podekscytowana i dumą pobiegłam do swojego lokalu wyborczego z nowiusieńkim dowodem osobistym w ręku oddać swój głos. To było takie... dorosłe. Tak, zdecydowanie czułam się prawowitą (i pełnoletnią!) polską obywatelką.

Przekręćmy wskazówki zegara do przodu o, ehm, 17 lat (!?). Moje pierwsze wybory prezydenckie w USA w jakich mam prawo głosować są pomiędzy Romney a Obama. Jeszcze 4 lata temu wyłaziłam ze skóry, żeby móc głosować i żałowałam, że dostałam obywatelstwo o 5 miesięcy za późno. Teraz bez fanfar wysłałam swój głos... pocztą. W niedzielę. Bez sprężyny w chodzie (może dlatego, że list zawiozłam na pocztę i wysłałam z samochodu), bez ekscytacji. 

W Polsce nie trzeba się rejestrować, wystarczy posiadanie dowodu osobistego i meldunek, żeby automatycznie znaleźć się na liście głosujących. Wg. miejsca zameldowania ustalany jest punkt wyborczy. W Stanach trzeba się zarejestrować do głosowania z odpowiednim wyprzedzeniem. Lokal wyborczy wyznaczany jest również po miejscu zamieszkania, ale nie ma czegoś takiego jak oficjalne zameldowanie. Można mieszkać u kogoś kątem i pod tym adresem się zarejestrować. W Polsce przed głosowaniem należy okazać dowód osobisty, a w Stanach wystarczy podać nazwisko, przy którym w książce figuruje wzór twojego podpisu, i tam złożyć podpis. W końcu, osobom przebywającym poza stałym miejscem zamieszkania w Stanach jest dużo łatwiej głosować, niż w Polsce. Żebym mogła głosować w polskich wyborach (czego nie czynię z prostej przyczyny, że w Polsce nie mieszkam), musiałabym jechać kilkaset kilometrów do najbliższego mi punktu wyborczego. Tymczasem w USA wystarczy ściągnąć z internetu i wypełnić aplikację, że potrzebny ci jest wydruk do głosowania (absentee ballot), bo nie możesz osobiście, po czym dostajesz ów wydruk pocztą, wypełniasz go w domu i wysyłasz. Są limity kiedy ma być wysłany i kiedy ma dojść, ale są łatwe do przestrzegania.

Z tego właśnie powodu głosowałam w tych wyborach pocztą: w tym tygodniu miałam być w podróży służbowej w Nowym Jorku, ale przez huragan Sandy wyjazd został odwołany. Zagłosowałam więc o 2 dni wcześniej drogą pocztową, a dzisiaj jedynie towarzyszyłam mężowi w głosowaniu osobiście. Dodam, że absentee ballots wysyła się pocztą zwykłą, a nie poleconą.

Nie były to moje zupełnie pierwsze wybory w USA, a jedynie pierwsze wybory prezydenckie. Jak do tej pory spotkałam się z dwoma metodami głosowania: (1) maszyny z wajchami oraz (2) papier i skaner optyczny. W pierwszym przypadku wchodzi się do budki, przekręca wajchę, która powoduje zaciągnięcie zasłony, po czym wciska guziczki/wajchy pod nazwiskami kandydatów. Odciągnięcie głównej wajchy z powrotem powoduje, że zasłonka się odsuwa, a nasz wybór się resetuje, tzn. jest liczony, ale już niewidoczny dla następnej osoby. W przypadku papieru i skanera, bierze się kartkę, wymazuje na niej kółka koło nazwisk kandydata za pół-prywatnym kartonowym parawanem ustawionym na stoliku, po czym wsuwa się wypełnioną kartę w skaner optyczny, który ją "połyka." 

Kości zostały rzucone, teraz pozostaje czekać na wynik.

statystyka