Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
czwartek, 10 listopada 2011

Otoczna technologią ze wszystkich stron, niezauważalnie stałam się radioodbiornikiem. Słyszę, czytam, wchłaniam, analizuję, współczuję, cieszę się, przeżywam razem z innymi –  w samotności, bez odzewu.  Jestem jak jednokierunkowa autostrada, wszyscy do mnie przyjeżdżają, tylko ja nigdzie nie jadę. Pójdę na skróty i winą obarczę smartphona.

Kiedy smartphona nie miałam, siadałam do komputera kiedy miałam czas. Przeczytałam, odpisałam, skomentowałam. Początkowo myślałam, że smartphone ułatwi mi komunikację: przecież wszystkie maile i wpisy blogowe dostaję tu i teraz, wiem natychmiast, nie muszę czekać. Wyszło inaczej. Dostaję, czytam, uśmiecham się do siebie, planuję – naprawdę! – planuję odpisać czy skomentować. Zanim dotrę do domu już nie pamiętam, nie mam czasu, czasem nawet nie odpalam komputera. Moje życie zubożało proporcjonalnie do wzrostu rachunku za telefon. „Mądrzejszy” telefon, wyższy rachunek i gorsza jakość komunikacji. Myślę, że czas powrócić do dumbphona, zjechać z jednokierunkowej autostrady i zacząć kontrolować ruch na dwupasmówce.

wtorek, 01 listopada 2011

W niedzielę po południu zepsuła nam się suszarka do ubrań, akurat na pierwszej turze prania z czterech. Niedzielę wieczór spędziliśmy więc z mężem w pralni publicznej zwanej po tutejszemu laundromatem. Nie tak planowałam niedzielny wieczór, ale cóż, czasem trzeba mieszać się z tubylcami, a nie być egoistycznym indywidualistą ograniczonym do własnego auta i pralki. A propos auta, jak słusznie zauważyła Tranikowa na FB, przynajmniej nie musiałam tego prania nieść pieszo przez śnieg. A jak mi maszyna rozmieniła $20 na ćwiartówki, to nawet poczułam się jak w kasynie: 80 monet spadało i spadało z brzękiem oraz siłą wodospadu do koryta poniżej. Nic, tylko garściami brać i... upychać po jednej do specjalnych otworów w pralkach i suszarkach coby jednak te ubrania uprać i wysuszyć, aż zostanie ci zaledwie garstka, akurat tyle, żeby kupić czekoladowy batonik, którego absolutnie nie powinnaś zjeść... Czy te pralnie nie słyszały o kartach kredytowych?

W poniedziałek udało nam się zaklepać serwis do suszarki. Secjalista przyszedł i suszarkę naprawił za marne $193. Zerwał się pasek, jak przypuszczaliśmy. Pocieszam sie, że $99 kosztuje sama wizyta domowa coby taki sprzęt obejrzeć. $99 od sprzętu, znaczy sie, więc mąż się pilnował, coby facet przypadkiem na lodówkę albo jaką zmywarkę w kuchni okiem nie łypnął w drodze do piwnicy. Dobra wiadomość to to, że 1) suszarka działa; 2) została wyczyszczona i naoliwiona i nie będzie już piszczeć jak mysz obdzierana ze skóry; 3) zwrócił nam sie koszt prania w pralni publicznej (nooo prawie), bo facet wyłowił z czeluści całe stado monet waluty $. Nie naszych bynajmniej, tylko najpewniej poprzednich właścicieli, bo my uczciwe ludzie jesteśmy i pieniędzy nie pierzemy ani nie suszymy, jeno wydajemy jak na dobrych obywateli przystało. Na naprawę suszarki na przykład.

P.S. Z e-maila mojego taty: "Dzisiaj na Okęciu samolot LOTu lecący z Newark lądował na... brzuchu bo podwozie nie wyszło. Tym razem oklaski były uprawnione." (Podkreślenie autorki).

21:29, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (6) »
statystyka