Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
czwartek, 25 listopada 2010

Siedzimy wczoraj z mężem przy kominku popijając piwo Samuel Adams Cherry Wheat i delektując się perspektywą długiego weekendu. Pies śpi rozpłaszczony na pół podłogi salonu, a papuga siedzi na swoim balkonie z dziobem zakopanym pomiędzy skrzydłami i przeczesuje sobie piórka. Patrzę na rozkosznych milusińskich i mówię do męża: "Czy Ty w ogóle jesteś sobie w stanie wyobrazić nasze życie bez zwierząt?" Na co on bez mrugnięcia okiem: "Tak. Bylibyśmy niezależni, bogatsi i mieli czysty dom."

Cieszę się bardzo nadchodzącymi czterema dniami wolnego włącznie z jutrzejszym Świętem Dziękczynienia. Ostatnio żyję na wysokich obrotach i trochę relaksu bardzo mi się przyda. Planuję przede wszystkim odpocząć, ale też:

  • Pójść na długi spacer po lesie z mężem i psem.
  • Nabyć, wypisać i wysłać kartki bożonarodzeniowe dla rodziny w Polsce.
  • Wybrać się na festiwal czekolady i wina z przyjaciółmi.
  • Zawieźć samochód do warsztatu na zmianę opon z letnich na zimowe.
  • Wybrać się na spływ kajakowy żeby obejrzeć świąteczny pokaz świateł Lights on the Lake.
  • Ułożyć układankę puzzle z 500 kawałków, bo od lat tego nie robiłam, podczas słuchania audiobooka (Stephenie Meyer "The Host").
  • Odgracić i sprzątnąć siłownię.
  • Odgracić i przemeblować niektóre kuchenne szafki.
  • Świętować z przyjaciółmi i rodziną.
  • Z pewnością przejeść się oraz przepić (ciutkę).

Życzę Wam udanego Święta Dziękczynienia!

wtorek, 09 listopada 2010

Miałam "ciekawy" weekend. W sobotę jechaliśmy na zawody skoków konnych, kiedy przebiłam oponę. Niby droga czysta, a tu nagle "łup" i wiadomo było, że po ptakach. Wkurzyłam się strasznie, bo w tym roku kupiłam nowy zestaw opon. Wprawdzie nie zaliczyłam flaka, ale z tylnej opony po stronie pasażera wystawał długi kawał metalu ostentacyjnie wbity w bok jakby ktoś popełnił zamach. Zimno było, ale przynajmniej w miarę jasno od latarni miejskich, więc zabraliśmy się z mężem do roboty wymiany koła na zapasowe, jako żeśmy się wcześniej wprawili przy mojej poprzedniej wpadce. Taki mamy podział w małżeństwie, że ja specjalizuję się w przebijaniu opon w moim samochodzie, a mąż w wybijaniu szyb przednich w swoim. Koło wymieniliśmy na tyle szybko, że na pokaz zajechaliśmy praktycznie na czas, co było zdecydowanym plusem. Kolejnym plusem było to, że pomimo, iż opony nie dało się uratować, miałam zapasową właśnie z poprzedniej wpadki, więc naprawa koła wyszła nadzwyczaj tanio. Opona wtedy zakupiona była dużo nowsza od reszty, więc jak wymieniłam komplet to tę nową zachowałam na wszelki wypadek.

W niedzielę wybraliśmy się na spływ kajakowy i z racji pory roku nadszedł czas na suche kombinezony. Wpadka w trakcie tego spływu zostanie w pełni zrozumiana i doceniona tylko przez niemowlęta oraz kobiety używające jednoczęściowych suchych kombinezonów z zamkiem z przodu wespół z przedłużeniem nieposiadanego organu.

W niedzielę wieczór zabraliśmy psa na spacer nad kanał Erie, gdzie chodzimy praktycznie codziennie. Było ciemno, a pies biegał bez smyczy. Bardzo szybko przekonaliśmy się po zapachu, że nażarł się sarniego gówna, co mu się sporadycznie zdarza niestety, ale tym razem musiał pożrec całe wiadro chyba, bo śmierdział nieprzeciętnie. Zwykle wystarczy dać mu kość, żeby się poślinił i smród znika jak ręką odjął. W tym przypadku pies śmierdział tak, że mało się nie porzygaliśmy w samochodzie. Ani kość, ani ciasteczka, ani nic innego nie pomogło zmazać niemożliwego smrodu. Żeby tego było mało, pies się również nieco pochorował. Chodził po nocy i zwymiotował na podłogę. Dziś nadal śmierdzi, nawet po kilku spacerach. Sama już nie wiem, czy się w czymś wytarzał, czego nie ma w zwyczaju, czy też o coś otarł. Nie jestem w stanie zidentyfikować źródła smrodu poza tym, że jest po prostu nie do wytrzymania. Nie bardzo mieliśmy czas go kąpać, bo to strasznie dużo roboty, więc zakupiliśmy jakiś specyfik typu szampon do używania bez wody i bez spłukiwania i liczymy na cud.

Dziś zaczęłam nową pracę i po pierwszym, bardzo intensywnym, dniu ledwo pamiętam jak się nazywam. Obudziwszy się dziś rano skonstatowałam, że jest to pierwszy dzień reszty mojego życia i jakby na to nie patrzeć życie jest piękne.

P.S. Proszę się spodziewać znacznie obniżonej aktywności blogowej.

wtorek, 02 listopada 2010

Poranek miałam stresujący. Sprawa niecierpiąca zwłoki musiała być załatwiona rano, jeszcze przed pracą, w innej części miasta. Byłam spóźniona. Przedzierałam się zapchanymi ulicami, przeoczyłam wjazd na autostradę, by w końcu bliska celu utknąć w większym niż zwykle korku w centrum miasta z powodu odbywających się pokazów koni i zawodów w skokach. Coraz bardziej wkurzona i zniecierpliwiona zgrzytałam zębami klnąc pod nosem. Już tylko jedne światła dzieliły mnie od celu mojej podróży kiedy wolnojadący facet w pick-upie zajechał mi drogę łamiąc prawo zezwalające mu na skręt w prawo na czerwonym świetle pod warunkiem, że udzieli pierwszeństwa przejazdu. W tym momencie para mi z pewnością poszła uszami i wepchnęłam z całej siły dłoń w klakson tam ją pozostawiając, tym samym dając ujście swojej frustracji. W zwolnionym tempie patrzyłam bykiem facetowi w twarz, a on mnie, a klakson ryyyczał z krótkimi przerwami. W końcu znalazłam się za pick-upem i patrzyłam jak facet powoli unosi prawą rękę. Ujrzałam dłoń, składające się palce (ależ wcale mu się nie dziwię - myślałam w międzyczasie), ale zamiast oczekiwanego środkowego zobaczyłam wskazujący ze środkowym formujące pokojowe "V". Wszystko we mnie opadło, uśmiechnęłam się wbrew sobie i cała złość uleciała ze mnie w ułamku sekundy.

statystyka