Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
czwartek, 26 listopada 2009

Umarłam w butach, ochrypłam, boki zerwałam, oplułam się, opłakałam i brzuch mnie boli, że aż strach. Ze śmiechu. Ale rozrywka na zimowe wieczory! Wyczytałam na blogu Stardust o tłumaczu Google, więc postanowiłam wypróbować. Najpierw tłumaczyłam z angielskiego na polski, wyniki takie sobie, ale tłumaczenie z polskiego na anglieski powaliło mnie z nóg. Oto kilka przykładów próbek z tego bloga:

1. Nie myję samochodu, bo się lenię, a i tak jest szary.

Do I wash my car, because it's thinking, even as it is gray.

2. Używam starych / dziurawych skarpet do ścierania kurzu.

I use the old / torn sock to dust abrasion.

3. Myślę o przestawieniu się z mydła w płynie na mydło w kostkach, bo nie wymaga plastikowej butelki i pakowane jest w karton. Niestety nie przepadam za mydłem w kostkach.

I am thinking of switching to the liquid soap on the soap in bars, because they do not require plastic bottles and packed in a carton. Unfortunately, I do not like soap at the ankles.

4. Mój szwagier jest dyrektorem banku i ma biuro o szklanej ścianie zewnętrznej. Dzisiaj do biura, taranując ścianę, wjechała mu samochodem staruszka. Stłuczone szkło poleciało wszędzie, a on wyskoczył zza biurka jak kot ledwo unikając staranowania samochodem, co było widać na oglądanym później filmie z kamery CCTV. Pani pomylił się pedał hamulca z pedałem gazu. Roztrzęsiony szwagier zadzwonił na policję, a w międzyczasie poprosił staruszkę, aby pozostała w samochodzie do czasu przyjazdu władz. Zgodziła się, po czym poprosiła szwagra o... spieniężenie jej czeku, skoro i tak tam musi siedzieć.

My brother in law is a bank director and has an office with a glass outer wall. Today, the office, taranując wall, the old man entered his car. Broken glass flew everywhere, and he jumped out from behind his desk like a cat barely avoiding staranowania car, which was evident at later watched the film from CCTV cameras. Mrs. mistaken the brake pedal with the accelerator. Agitated in-law rang the police, and in the meantime the old woman asked to remain in the car until the arrival authorities. She agreed, and asked the brother o. .. cash the check it, since there still has to sit.

5. Amerykanie są strasznymi kawoszami i piją kawę litrami. Tutaj jednak nikt nie parzy kawy po turecku przez zalewanie zmielonej kawy wrzątkiem. Tutaj również nikt nie pija kawy rozpuszczalnej, bo nią się powszechnie gardzi. Kawę rozpuszczalną pija się tylko w warunkach ekstremalnych, jak eskapada na szczyt Kilimandżaro. Do parzenia kawy powszechnie używany jest ekspres do kawy (coffee maker), który przepuszcza gorącą wodę przez bibułkowy filter wypełniony kawą grubo mieloną.

Americans are terrible kawoszami and drinking liters of coffee. Here, however, no one burns in Turkish coffee ground coffee by pouring the boiling water. Here, too, nobody drink coffee, because it is generally despises. Soluble coffee, drink only in extreme conditions, such as escapade to the top of Kilimanjaro. Coffee makers commonly used coffee maker (coffee maker), which hot water is passed through tissue-paper filter filled with coarsely ground coffee.

No, przykładów chyba starczy. Idźcie się pobawić sami :).

P.S. Chociaż sama tłumacza nie używam, przyznaję, że w potrzebie może okazać się przydatny, nawet jeśli się nie lubi mydła na swoich seksownych kostkach.

02:40, anetacuse , Język
Link Komentarze (9) »
czwartek, 19 listopada 2009

Jako, że sumiennie zbieramy kupy po naszym psie w torebki, trzeba coś z nimi zrobić do czasu wywozu śmieci. Torebki z kupami trzymamy w wielkiej donicy z ziemią koło domu, gdzie nikomu nie wadzą ani wyglądem, ani wonią. Raz na tydzień, w dzień wywozu śmieci, donicę z torebek opróżniamy.

Ostatnio znaleźliśmy torebki porozrzucane wokół donicy. Myśleliśmy, że to wiatr, choć nigdy wcześniej się to nie zdarzyło, bo kupy są ciężkie, a donica głęboka. Poszłam je pozbierać, ale torebki były... puste. Porozcinane, jakby je ktoś nożem załatwił. Jedna kupa walała się nieopodal, ale większości... po prostu brakowało. To normalne, że kruki, skunksy, wiewióry i inne zwierzęta dopadają plastikowych toreb ze śmieciami jak ktoś nie ma pojemnika i rozwalają je w promieniu kilku metrów, bo w śmieciach jest jedzenie. Ale kupy? Jakie zwierzę zjada psie kupy???

wtorek, 17 listopada 2009

Nowojorczycy borykają się z nadchodzącą koniecznością zakupu nowych tablic rejestracyjnych począwszy od 1. kwietnia przyszłego roku. Pretekst jest taki, że rzekomo obecne tablice rejestracyjne są wysłużone i słabo widoczne, bo ich odblaskowość wyblakła. Trudno w to uwierzyć, bo moje pięcioletnie tablice w nocy świecą aż miło, męża ośmioletnie też. Prawdziwy powód jest taki, że czymś trzeba załatać dziurę w budżecie. Tablice mają przynieść ok. $130 milionów dochodu. Za rejestrację samochodu płaci się $45 co dwa lata, nowe tablice mają dodatkowo kosztować $25, a jeśli chce się zatrzymać ten sam numer, to ten przywilej będzie kosztował dodatkowe $20. Zbędny koszt za zbędne tablice, tym bardziej, że tablice były już raz zmieniane w 2001 roku, a proponowane nowe są naprawdę brzydkie.

Tablice rejestracyjne stanu NY przed 2001  Stare tablice (przed 2001)

Tablice refestracyjne NY 2001-2009  Obecne tablice

Tablice refestracyjne NY proponowane na 2010  Proponowane nowe tablice

Afera z tablicami zmobilizowała Nowojorczyków do działania. Dwie figury publiczne, County Clerks Patricia Ritchie i George Williams, rozpoczęły dwie niezależne od siebie petycje mające na celu zahamowanie procesu wprowadzenia nowych tablic. Głos demokracji przyszedł e-mailem od sąsiadów i kto żyw rozsyłał linki do petycji swoim nowojorskim znajomym. Normalnie nie znoszę spamu i prawie nigdy nie wysyłam masowych e-maili, ale tym razem zrobiłam wyjątek. Wynik szybko było widać w lokalnej prasie: 100,000 Nowojorczyków opowiedziało się przeciw tablicom, 11 senatorów opowiedziało się przeciw tablicom, a gubernator powiedział, że to rozważy, o ile dostanie propozyję na inne metody łatania budżetowych dziur. Bitwa o tablice nie jest jeszcze przesądzona, ale demokracja zrobiła swoje. E-mail nagłośnił opinię umożliwiając szybkie rozprzestrzenienie petycji, a politycy robią wszystko, żeby nie podpaść swoim wyborcom. Miejmy więc nadzieję, że nowych tablic nie będzie. A sloganem ostatnich czasów jest to:

TEA - Taxed Enough Already

P.S. Więcej szczegółów można znaleźć tu i tu.

poniedziałek, 16 listopada 2009

Przyjaźnie bywają różne, a ta jest niezwykła.

środa, 11 listopada 2009

Mój szwagier jest dyrektorem banku i ma biuro o szklanej ścianie zewnętrznej. Dzisiaj do biura, taranując ścianę, wjechała mu samochodem staruszka. Stłuczone szkło poleciało wszędzie, a on wyskoczył zza biurka jak kot ledwo unikając staranowania samochodem, co było widać na oglądanym później filmie z kamery CCTV. Pani pomylił się pedał hamulca z pedałem gazu. Roztrzęsiony szwagier zadzwonił na policję, a w międzyczasie poprosił staruszkę, aby pozostała w samochodzie do czasu przyjazdu władz. Zgodziła się, po czym poprosiła szwagra o... spieniężenie jej czeku, skoro i tak tam musi siedzieć.


W ostatnią sobotę mój znajomy "zaliczył" sarnę samochodem. Szkody ogromne, samochód na straty, sarna nie przeżyła, a on szczęśliwie cały i zdrowy. Zaraz po wypadku pierwszy mijający go samochód zatrzymał się z pytaniem, czy potrzebuje pomocy. Następne trzy zatrzymały się z pytaniem, czy mogą wziąć sobie martwą sarnę.

wtorek, 10 listopada 2009

Od dłuższego czasu interesuję się ekologią. Jakiś czas temu zadałam sobie pytanie, co mogę zrobić JA, aby oszczędzać energię i spowolnić proces zaśmiecania naszej planety. Zaczęłam myśleć o swoich codziennych czynnościach przez pryzmat środowiska. Przełożyło się to na drobne zmiany, jakie stopniowo wprowadzam w swoim życiu aby zredukować swój carbon footprint, czyli ślad węglowy.

  • Jeżdżę samochodem o niskim przebiegu i ultraniskich emisjach. Mój mąż również. Niestety w moim mieście nie bardzo da się żyć bez samochodu.
  • Nie myję samochodu, bo się lenię, a i tak jest szary.
  • Mam żarówki energooszczędne w całym domu.
  • Jestem w trakcie wieloletniego, stopniowego projektu izolacji domu i wymiany okien.
  • Używam najmniejszego dostępnego na rynku bojera na wodę, bo taki nam starcza.
  • Używam starych / dziurawych skarpet do ścierania kurzu.
  • Obniżam temperaturę na termostacie kiedy nas nie ma w domu i na noc.
  • Używam żaluzji i zasłon do dodatkowej regulacji temperatury w domu.
  • Używam toreb wielorazowego użytku na zakupy. Odkąd nasz supermarket wprowadził takie torby w 2007 roku, sieć zużyła 880 milionów mniej toreb plastikowych (wg. statystyk sieci Wegmans).
  • Nie kupuję wody w butelkach. Używam wody z kranu w butelkach wielorazowego użytku. Napełniam je co rano i przynoszę do pracy. Jest to redukcja odpadów rzędu 1200 półlitrowych plastikowych butelek rocznie od osoby, bo wcześniej kupowaliśmy 24-ro butelkową zgrzewkę na tydzień na osobę.
  • Jeśli nie wypiję wody, podlewam nią kwiatki.
  • W miarę możliwości kupuję lokalnie uprawiane jedzenie, które nie podróżuje przez tysiące mil. Tym samym wspieram tutejszych rolników, płacę mniej i jem świeży produkt.
  • Mielę wszystkie odpady organiczne w młynku zainstalowanym w zlewie, przez co trafiają do oczyszczalni ścieków zamiast na zsyp.
  • Unikam kupowania produktów w naczyniach jednorazowych, jak np. kawa. Kawę robię sama, albo kupuję kawę prosząc o nalanie do własnego kubka z wieczkiem. Oczywiście robię wyjątki.
  • Sikam pod prysznicem.
  • Używam ekologicznej miseczki menstruacyjnej, która eliminuje wszelkie odpady.
  • Skrupulatnie sortuję śmieci do odzysku: makulaturę, szkło, plastik i metal.
  • Szatkuję opadnięte liście kosiarką do trawy, żeby mi nawoziły trawnik.
  • Płacę wszystkie rachunki przez internet, przez co nie otrzymuję ich pocztą na papierze. Dzięki temu zużywam też mniej czeków, kopert i znaczków pocztowych.
  • Unikam drukowania dokumentów kiedy tylko mogę. W zamian używam dokumentów elektronicznych i skanera.
  • Używam zużytych kopert do robienia list na zakupy.
  • Robię większość prania w zimnej wodzie.
  • Gotuję większe porcje. Np. zamiast gotować trochę ryżu cztery dni w tygodniu, gotuję jedną dużą porcję na cały tydzień a potem odgrzewam. Wykorzystuję wodę z gotowania np. dyni do blanszowania jarmużu czy boćwiny.
  • Staram się kupować biodegradowalne środki czyszczące.
  • Jeśli robię imprezę, używam naczyń wielorazowego użytku, co jest oczywiste w Polsce, a przeciwne amerykańskiej kulturze papierowych talerzy.
  • Nie jem mięsa. Produkcja mięsa wymaga dużo więcej ilości wody niż produkcja roślin. Ilość ziarna, jaką zjadają zwierzęta hodowlane wykarmiłaby dużo więcej ludzi, niż wyprodukowane z nich mięso. Odchody zwierzęce produkują ogromną ilość dwutlenku węgla przyczyniając się do efektu cieplarnianego.
  • Cieszę się, że nie mam dziecka, bo pieluszek tetrowych bym nie przeżyła. ;)

 W planie lub w trakcie rozważań:

  • Myślę o przestawieniu się z mydła w płynie na mydło w kostkach, bo nie wymaga plastikowej butelki i pakowane jest w karton. Niestety nie przepadam za mydłem w kostkach.
  • Wymiana sedesów na energooszczędne, bo obecne zużywają bardzo dużo wody.
  • Kompostnik.

 Co marnotrawię:

  • Wyłączam komputer na noc i jak idę do pracy, ale jeśli jestem w domu, to jest na chodzie cały dzień.
  • Nie wyłączam sprzętów elektronicznych z trybu stand-by, bo się lenię.
  • Często zostawiam włączone światło w różnych pomieszczeniach.
  • Używam papierowych ręczników i jednorazowych chusteczek dezynfekujących. Ja bez nich po prostu nie mogę żyć.
  • Choć w większości używam plastikowych pojemników wielorazowego użytku na przechowywanie jedzenia, nadal zużywam dużo plastikowych torebek do kanapek i mrożenia, które potem wyrzucam.

A jakie są Wasze pomysły na ekologiczne życie?

czwartek, 05 listopada 2009

French press by BodumRzecz wcale nie będzie o prasie francuskiej, ale o French press - cudeńku do parzenia kawy, którego nie potrafię nijak nazwać w naszej mowie ojczystej. Na zdjęciu po lewej.

Amerykanie są strasznymi kawoszami i piją kawę litrami. Tutaj jednak nikt nie parzy kawy po turecku przez zalewanie zmielonej kawy wrzątkiem. Tutaj również nikt nie pija kawy rozpuszczalnej, bo nią się powszechnie gardzi. Kawę rozpuszczalną pija się tylko w warunkach ekstremalnych, jak eskapada na szczyt Kilimandżaro. Do parzenia kawy powszechnie używany jest ekspres do kawy (coffee maker), który przepuszcza gorącą wodę przez bibułkowy filter wypełniony kawą grubo mieloną. Przyznam, że na początku taka kawa wydawała mi się lurowata, ale się przyzwyczaiłam. Tak czy inaczej, Amerykanie pijają kawę tylko "czystą," broń boże z jakimiś fusami, mułami, czy osadami. Tymczasem kiedy zajdzie się do jakiegokolwiek sklepu kawowego typu "Starbucks" czy "Barnes & Noble," na półkach stoi kilkanaście eleganckich dzbanuszków French press o różnych kształtach i rozmiarach. Najczęściej firmy Bodum. Niektóre nawet Made in Poland. Pomyślałby ktoś, że Amerykanie są fanami tej metody parzenia. Ale nie. Kupiłam sobie taki jakiś czas temu. Przeczytałam recenzje innych kupujących i prawie każdy narzekał na osad. Bo to koniec świata, że coś się na dnie osadza! Dzbanki powszechne są wśród wielbicieli biwakowania, bo większość uznaje kawę z French press za lepszą od kawy rozpuszczalnej. Sama zaczęłam używać swojego dzbanuszka do parzenia kawy w domu i przyznam, że kawa wychodzi bardziej "charakterna" niż z bibułkowego filtra ekspresu do kawy, pomimo osadów. Nie licząc biwakowiczów, nie znam nikogo, absolutnie nikogo w Stanach, kto używa French press do parzenia kawy. Sklepy natomiast prezentują śliczne i drogie dzbanuszki jako modne i europejskie. Ja tu czegoś nie rozumiem. Czy one są tylko na pokaz, czy naprawdę je ktoś kupuje?

Wczoraj naszła mnie myśl, że może by zrobić placki ziemniaczane. Placków ziemniaczanych nie jadłam od czasu wyjazdu do Stanów, czyli ponad 10 lat. Oczywiście nie byłabym sobą, gdyby mi się nie zachciało eksperymentować. Moje placki miały być z yam'u, co w języku polskim funkcjonuje po nazwami, za Wikipedią, wilec ziemniaczany / batat / patat / słodki ziemniak. W Stanach yam i sweet potato to dwa różne gatunki, chociaż nazw używa się zamiennie.

Po przerobieniu pierwszego batata na papkę stwierdziłam, że nic z tego nie będzie. O ile ziemniak zwykły zamienia się w wodnistą, gładką masę po starkowaniu, batat zamienia się w suche pomarańczowe wióry a la marchewka. Nie poddając się, starkowałam dodatkowo kilka czerownych ziemniaków i cebulę, żeby wyrównać konsystencję. Masa wyglądała całkiem do rzeczy. Doprawiłam, dodałam trochę oliwy, ale oczywiście nie miałam jajka. Postanowiłam nie dodawać też mąki. Rezultat był totalnie mizerny, alebowiem placki za Chiny nie chciały trzymać się kupy i w rezultacie usmażyłam papkę a la kasza manna. Machnęłam więc ręką, na obiad zrobiłam kanapki, a resztę masy upiekłam w piekarniku w nadziei, że wyjdzie babka ziemniaczana. Wyszła, ale kroić się nie dała, więc po wyjęciu kawałka nadal przypomina górę kaszy mannej. Choć wizualnie jest nieciekawa, smakowo jednak zjadliwa.

Co do batatów, polecam robienie z nich frytek. Batat należy obrać, pokroić w paski, posypać wybranymi przyprawami i pokropić olejem, po czym upiec w piekarniku w 375 stopni F przez jakieś pół godziny, przewracając frytki w połowie pieczenia na drugą stronę.

Co do placków ziemniaczanych, przypomniały mi jak bardzo nie lubię obierać ziemniaków. Niemniej jedan zbieram się do podejścia nr 2, tym razem bez cudowania.

środa, 04 listopada 2009

Polityka polega na tym, że osoba ubiegająca się o posadę, której nigdy wcześniej nie wykonywała i o której ma blade pojęcie, jest wybrana na tę posadę przez obywateli, którzy o owej posadzie mają jeszcze bledsze pojęcie, a wybierają na podstawie nie kwalifikacji kandydata, a (1) przynależności partyjnej, (2) miejsca zamieszkania, (3) elokwencji, (4) godnej zaufania facjaty, (5) znajomo brzmiącego nazwiska, lub innych zwodnych kryteriów.

Tak więc głosowałam wczoraj w wyborach starając się dokonać jak najrozsądniejszego wyboru na podstawie biografii, dotychczasowych sukcesów i aktywności społecznej kandydatów. Niestety wybory na stołki lokalne nie są aż tak oświecone jak wybory prezydenckie, na przykład, i dużo trudniej jest zaznajomić się z kandydatami. Loteria, panie, loteria.

statystyka