Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
niedziela, 30 listopada 2008

sobota, 29 listopada 2008

Po trzech tygodniach przymusowego odwyku od kajakowania ze względu na niewyobrażalnie paskudną pogodę jak i chodzące po nas przeziębienia dziś w końcu udało nam się wybrać na spływ. Wstaliśmy o 6:30 rano, bo spływ z trzema innymi zapaleńcami umówiony był na 8:30. Rano za oknem nie wyglądało zbyt ciekawie: padał zacinający śnieg. Załadowaliśmy sprzęt na samochód i gorącą herbatkę do termosu i w drogę.

Spływ był boski. Do czasu wodowania wiatr się uspokoił i zamieć ustała. Płynęliśmy w piątkę po falach jeziora Oneida z Sylvan Beach do strumienia Black Creek. Rzeczka Black Creek o tej porze roku była spokojną oazą. Widzieliśmy żurawia, całą rzeszę przepięknego ptactwa, bobra, oraz tamę bobrową. Było tak pięknie i cicho, że ogarniała człowieka euforia i uśmiech dosłownie nie schodził z ust. Wdech. Wydech. Życie jest piękne! Część rzeki była zamarznięta i niestrudzony kajakarz Bob taranował kry swoim kajakiem wprawiając nas w szampański humor. Niezapomniane doświadczenie warte powtórzenia.

Kajakowanie zimą nie jest takie do końca super. Ładowanie i rozładowywanie kajaków w tym zimnie jest paskudą jakich mało. Marzną ręce, marzną nogi, trzeba się przebierać, ubierać, wciskać w nieskończoną ilość warstw pod kombinezonem wodoodpornym, aż człowiek ledwo może się ruszać. W kajaku marzną palce u nóg i ręce. A tak poza tym? Gorąco polecam.

Black Creek 20081129
 
Black Creek 20081129
 
Black Creek 20081129
 
Black Creek 20081129
 
Black Creek 20081129 - Tama bobrowa
 
Oneida Lake 20081129 - Lapki
środa, 26 listopada 2008

Święto Dziękczynienia jest jednym z nielicznych świąt świeckich obchodzonych w całych Stanach Zjednoczonych niezależnie od wiary, przekonań, czy koloru skóry. Święto to wypada w ostatni czwartek listopada, który jest wolny od pracy. Jest to jeden z najczęściej podróżowanych dni w roku z największymi korkami na drogach i tłumami na lotniskach. Tradycyjnie w Święto Dziękczynienia wyraża się wdzięczność i podziękowania za doświadczone dobra, zarówno materialne jak i duchowe, przy obfitym posiłku wśród rodziny i znajomych.

Głównym daniem Święta Dziękczynienia jest nadziewany pieczony indyk. Do tego najczęściej podaje się ziemniaki, różnego rodzaju potrawy z różnych gatunków dyni, przecier z żurawin i inne potrawy sezonowe i regionalne. Jest to dzień wyżerki, po którym ani nogą, ani ręką nie można ruszyć.

W piątek po Święcie Dziękczynienia wiele osób bierze wolne i tradycyjnie wybiera się na zakupy świąteczne. W Stanach podziękczynny piątek nazywany jest Czarnym Piątkiem (Black Friday) ze względu na niesamowite przeceny w sklepach, które skupiają kolejki żądnych taniochy ludzi co najmniej jak za PRLu. Większość przecen zaczyna się od 4-5 rano i lud ustawia się pod sklepami od 2 rano, a ci bardziej zacięci koczują ze śpiworami nawet od czwartku wieczór. Kiedy tylko otworzą sklepy, zaczynają się przepychanki i rękoczyny, bo każdy porządny a oszczędny Amerykanin pragnie kupić swemu dziecku wymarzoną drogą zabawkę w przystępnej cenie, a danego produktu może rzucą ze 30 sztuk, a może i tego nie. Jest to chyba jedyny dzień w roku kiedy sklepy w Stanach przypominają sklepy w dawnej Polsce, z tą różnicą, że nie świecą pustkami. Bynajmniej sama sentymentów do tego nie mam, bo w Czarny Piątek przeważnie śpię sobie smacznie do jakiejś 8 i unikam wszelkich sklepów. Fakt, okazje są świetne, ale trzeba mieć waleczną duszę, żeby z tego skorzystać.

Zawsze zastanawiam się, jak obchodzą Święto Dziękczynienia emigranci. Jeżeli ktoś się wżeni w tutejszą kulturę, jak ja, to po prostu adoptuje się do tradycji małżonka/małżonki. Jak obchodzą to święto polskie rodziny, kiedy wyłącznie od nich zależy jak to ma wyglądać? Zapraszam Was do podzielenia się swoimi tradycjami, zarówno Święta Dziękczynienia jak i Czarnego Piątku i życzę wszystkim spokojnych i wesołych świąt!
wtorek, 25 listopada 2008

Od kilku miesięcy obserwuję niewytłumaczalne zjawisko, które mnie nurtuje. Od parkingu, gdzie rano zostawiam samochód, do mego biurowca w centrum Syracuse jest parę przecznic spaceru. Na chodniku przy rogu koło wymarłego Hotelu Syracuse często napotykam... świeżo przeżute szczątki gołębi. Wczoraj wracałam z pracy i coś odbiło się od mego kolana. Patrzę, a to kawałek kości ptasiej obranej z mięsa, jeszcze zakrwawionej. Dziś rano, nieopodal tej kości leżało całe skrzydło też w większości odarte z mięsa, tylko z piórami przy samym końcu. Wydaje się, że te szczątki spadają z dachu budynku. Niektóre wyglądają bardzo brzydko, jakby je rozszarpała jakaś bestia.

Kto lub co zżera gołębie na dachu Hotelu Syracuse?

piątek, 21 listopada 2008

W kajakarstwie używa się wioseł dwupiórowych. Do samego napędzania kajaka nie potrzeba nic specjalnego, wystarczy zwykłe drewniane lub plastikowe wiosło, a w ostateczności para rąk (najlepiej dużych), czy też deska. Jednakże do częstego pływania rekreacyjnego, turystycznego lub w zawodach, wybór odpowiedniego wiosła staje się ważny i jest nie lada sztuką. Wiosło służy nie tylko do napędzania kajaka, ale także do manewrów zwrotnych, zapierania się (bracing) o wodę w przypadku przechyłu celem uniknięcia wywrotki, oraz do wykonywania eskimoski.

Konstrukcja. Wiosła mogą być jedno- lub dwuczęściowe. Wiosło jednoczęściowe ma stały kąt pióra i nie mieści się do bagażnika samochodu, gdyż ma ponad 2 m długości. Wiosło dwuczęściowe jest praktyczne, gdyż składa się na pół gdy nie jest używane, dzięki czemu jest łatwiejsze do transportu. Większość wioseł łamanych ma opcję ustawienia pióra po dowolnym kątem, co ułatwia naukę wiosłowania, pozwala wiosłować jak komu wygodnie i umożliwia ustawienie aerodynamiczne, dzięki któremu minimalizuje się opór powietrza pióra znajdującego się nad powierzchnią wody.

Materiał. Wiosła najczęściej produkowane są z plastiku, włókna szklanego i włókna węglowego oraz kombinacji tych elementów. Wiosła plastikowe są najcięższe i najtańsze, a z włókna węglowego najlżejsze i najdroższe. Im lżejsze wiosło tym łatwiej wiosłować, co bezpośrednio przekłada się na prędkość i wytrzymałość.

Kształt i wielkość pióra. Pióro może być asymetryczne lub symetryczne. Asymetryczne pióro łatwiej przecina powierzchnię wody i jest najbardziej popularnym typem pióra. Pióra dzielą się wąskie i długie, bądź szerokie i krótkie. Pióra wąskie i długie stosowanie są w kajakarstwie rekreacyjnym, turystycznym i przy stylu wiosłowania pod niskim kątem o wolnych obrotach (płytkie zanurzenie daleko od burty). Wąskie i długie pióro stawia mniej oporu wodzie, więc chociaż kajak porusza się wolniej, kajakarz mniej się męczy i może dłużej płynąć. Wiosło o takim piórze powinno mieć dłuższy trzon.

 Niski kat daleko od burty Waskie i dlugie pioro 

Source: http://www.wernerpaddles.com

Szerokie i krótkie pióro stosowanie jest w kajakarstwie rekreacyjnym, wyścigowym i przy stylu wiosłowania pod wysokim kątem o szybkich obrotach (głębokie zanurzenie tuż przy burcie). Szerokie i krótkie pióro stawia duży opór wodzie, przez co kajak porusza się szybciej, ale i kajakarz szybciej się męczy. Wiosło o takim piórze powinno mieć krótszy trzon.

 Wysoki kat o szybkich obrotach Szerokie i krotkie pioro Source: http://www.wernerpaddles.com

Na spływy jednodniowe zalecane jest pióro według stylu wiosłowania. Jeżeli praktykuje się zarówno kajakarstwo turystyczne (wielodniowe spływy) jak i wyścigowe to najlepiej mieć oba typy wioseł.

Niezależnie od kształtu, pióra charakteryzują się różnej wielkości powierzchnią. Im większa powierzchia, tym szybciej się płynie i tym większy opór wody. Większe pióra zalecane są dla mężczyzn, a mniejsze dla kobiet, ale to zależy od siły i wytrzymałości danego kajakarza niezależnie od płci. Zbyt duże pióro szybko męczy jeśli nie ma się wystarczającej kondycji.

Trzon. Trzony występują w różnych długościach, najczęściej od 205 do 220 cm. Długość trzonu powinno się wybierać w zależności od stylu wiosłowania i wybranego kszałtu pióra, ale także pod kątem wzrostu kajakarza i szerokości kajaka. Osoba bardzo wysoka ma dalej do powierzchni wody, niż osoba niska, przez co potrzebuje dłuższego trzonu. Tak samo przy kajaku wąskim powierzchnia wody jest łatwiej osiągalna, niż przy kajaku bardzo szerokim, więc zalecane jest wiosło krótsze.

Poza długością trzonu liczy się też średnica. Średnica ma znaczenie w przypadku bardzo małych dłoni, zwłaszcza jeżeli używa się rękawiczek. Trudniej się wiosłuje jeżeli dłoń nie jest w stanie wygodnie objąć trzonu.

Srednica trzonu

Source: http://www.wernerpaddles.com

Trzon może być prosty bądź ergonomicznie wygięty. Wygięte trzony mają za zadanie złagodzić nadwyrężanie się nadgarstków, ale też dodają wagi wiosłu (do wygięcia potrzeba więcej materiału) i są dużo droższe.


Wybór właściwego wiosła poprawia prędkość i wydajność i zmiejsza zmęczenie mięśni rąk. Ważnym jest posiadanie smyczy do wiosła, bo kajak do wiosła ma się tak, jak rybka do akwarium: jedno bez drugiego jest nic nie warte.

wtorek, 18 listopada 2008

Dzięki mojemu odnowionemu zainteresowaniu czytaniem zaczęłam przyglądać się różnym opcjom nabywania książek. Książki można albo kupić, albo wypożyczyć. Ostatnimi czasy na rynku pojawił się dodatkowy i nieco kontrowersyjny wybór: książki elektroniczne. Do używania książek elektronicznych potrzeba jest... jak to nazwać? Urządzenia do czytania książek elektronicznych? Takiej bezprzewodowej elektronicznej „książki.” Amazon.com niedawno wprowadził takie urządzenie na rynek. Nazywa się Kindle. Dla zainteresowanych polecam obejrzeć 6-cio minutowy filmik reklamowy, który można znaleźć TU (po kliknięciu proszę zjechać na dół ekranu i uruchomić film). Swoją listę wad i zalet opieram właśnie na wiedzy z tego filmiku, bo Kindle osobiście nie posiadam.

Wady

  1. Kindle jest bardzo drogi, bo aż $359. Za tą sumę mogłabym (prawie) kupić pierwszorzędne leciutkie jak piórko wiosło z włókna węglowego, lub niebywałą ilość książek papierowych.
  2. Kindle skłania do kupowania. Nie można na niego wypożyczać książek, można je jedynie kupić. Więc jak już zainwestujesz w elektronicznego „czytacza,” pewnikiem jest, że będziesz kupować książki i magazyny.
  3. Jako osoba płacąca podatki, które między innymi służą do finansowania bibliotek, nie widzę powodu, aby kupować książki, skoro mogę skorzystać z biblioteki i już wydrukowanych książek.
  4. Kupując książki elektroniczne ograbiam się z doświadczenia wyjścia z domu „do ludzi” – czy to do księgarni, czy biblioteki.
  5. Dla osób, które lubią dotyk i zapach papieru, elektroniczna książka ograbia je z tego doświadczenia.
  6. Dostępna tylko w Stanach?

Zalety

  • Kindle działa jak telefon komórkowy, tylko bez rachunków i planów. Jak już kupisz Kindle, możesz bezpośrednio kupować książki na internecie praktycznie z każdego miejsca bez użycia komórki czy komputera i bez dodatkowych opłat. Amazon.com trzyma kopię twoich książek u siebie na wypadek zgubienia lub zniszczenia Kindle.

  1. Kindle ma ekran imitujący wygląd papieru, który nie męczy oczu tak jak komputer i jest tak samo dobrze widziany w jasnym jak i ciemnym miejscu.
  2. Kupowanie książek elektronicznych zapewnia odpowiedni przepływ gotówki wspierający zarówno pisarzy, jak i ekonomię.
  3. Elektroniczny format oszczędza środowisko, gdyż nie powoduje przedruków książek i kolejnych ściętych drzew.
  4. Dla miłośników posiadania książek na własność, a nie posiadających wystarczającej ilości miejsca na przechowywanie książek, książka elektroniczna jest idealnym rozwiązaniem.
  5. Kindle ma wbudowany słownik, gdzie można odszukać sobie nieznane słowo bez konieczności ruszania sięz miejsca.
  6. Jeśli ktoś dużo podróżuje, może kupić lub zabrać ze sobą kilkadziesiąt lub kilkaset książek, co nie byłoby możliwe przy papierowych egzemplarzach.
  7. Można sobie powiększyć czcionkę.

Nie wiem czy i jakie inne „czytacze” istnieją poza Kindle i poza czytaniem z ekranu komputera. Muszę przyznać, że pomysł wydaje mi się praktyczny, rozwojowy i w pewnych sytuacjach ułatwiający życie. Dopóki jednak mam nogi, pewnie po książki będę jednak chodzić do biblioteki lub księgarni. Ale gdyby to cacko potaniało, to pewnie bym się skusiła.

Tak dziś rano wyglądał świat z okien mojej sypialni.

Ranek w Syracuse 20081118
Ranek w Syracuse 20081118
Ranek w Syracuse 20081118

poniedziałek, 17 listopada 2008

poniedziałek, 3 listopada 2008 – Skaneateles Lake

Ostatnimi czasy każda wyprawa kajakowa jest jak kradzież kolejnej miłej chwili. Pomimo solidnego rynsztunku zimowego w jaki jesteśmy wyposażeni, coraz trudniej jest wyrwać się w wichurę, śnieg czy deszcz i nie przypłacić tego zdrowiem. Pogoda powoli odbiera nam weekendową wolność, więc wymykamy się kiedy tylko się da.

W poniedziałek przed wyborami prezydenckimi wzięliśmy wolne. Wybraliśmy się z dwiema kajakarkami z naszego klubu na nieoficjalny spływ jeziorem Skaneateles do miasteczka i z powrotem. Atmosfera była dramatycznie różna od pory letniej. Jezioro nie wyglądało przyjaźnie. Woda była wzburzona, a otaczające jezioro wzgórza były ciemne, mroczne i ogołocone z liści, prawie wrogie. Niebo było zachmurzone, a promienie słoneczne rozrzedzone do stanu nieostrej mglistej poświaty. Widok ten bardzo przypomniał mi charakterystyczne polskie pejzaże olejne przedstawiające wiejskie sceny zimowe, na których widnieją ogołocone drzewa, ubrani w kożuchy i czapy chłopi, konie, sanie, chałupy, a słońce świeci przytłumionym zimnym światłem przedzierając się przez gęste i niskowiszące chmury. Jezioro było opustoszałe, a przy porcie wielki dźwig ładował zapakowane uprzednio w folię jachty do przechowania na zimę. Pomimo tej mrocznej przedzimowej aury płynęło się fantastycznie i w niejakim skupieniu, bo należało trzymać kurs na miasteczko i nie dać się zaskoczyć falom. W końcu dopłynęliśmy do nieco mulastego brzegu przy molu miejskim. Stamtąd wyciągnęliśmy kajaki na brzeg i udaliśmy się pieszo do pizzeri po drugiej stronie ulicy na zasłużony lunch. Skaneateles jest miasteczkiem pięknym, bogatym i tyć snobistycznym, więć absolutnie nie udało nam się wmieszać w tłum w naszym ekwipunku. Prawie wszyscy się na nas gapili i trudno im się było dziwić. Tutaj panie w pięknych płaszczach i panowie w eleganckich garniturach, a tu czwórka osób w kombinezonach niczym ze Star Treku i neoprenowych butkach, które zostawiały po sobie mokre ślady niczym po przejściu ślimaka lub jakiejś mokrej amfibii. Już na miejscu zakupiliśmy pizzę i delektowaliśmy się ciepłym posiłkiem oraz miłym towarzystwem, żarty sobie strojąc z gapiów. Droga powrotna minęła szybko. Płynęliśmy naprzeciw falom, które z pianą rozbijały się o dziób. Tym razem mieliśmy towarzystwo w postaci motorówki z dwojgiem nurków na pokładzie. Pomachaliśmy sobie wesoło jakby rozumiejąc, że wszyscy cierpimy na tą samą chorobę.

Mój cel na ten rok: mieć na koncie 50 spływów. Brakuje mi jeszcze trzech.
sobota, 15 listopada 2008

Postanowiłam zacząć aktywny proces odchamiania. Siebie. Kiedyś byłam ambitną i oczytaną osobą. Kiedy w końcu przedarłam się przez lata studiów w Polsce i w USA, ułożyłam sobie życie, zaczęłam numerkowo-analityczną pracę i aktywne sporty, które pochłaniają większość mojego wolnego czasu – przestałam zaglądać do książek. Zupełnie. Ostatnio postanowiłam to zmienić. Mój plan jest prosty: po prostu czytać. W obu językach. Cokolwiek. O ile ze zdobyciem angielskojęzycznych książek nie ma problemu, to o polskie książki jest trudniej. Wczoraj odnowiłam swoją bardzo zardzewiałą przyjaźń z lokalną biblioteką, która ma niewielkie polskojęzyczne zasoby składające się przede wszystkim ze starych historycznych ksiąg i poważnej literatury klasycznej. Wszytko jest pożółkłe i wytarte. Tym łatwiej jest dokonać wyboru i zapoznać się z różnymi lekturami pominiętymi przez lenistwo w szkole. Przy okazji odkryłam, że pomimo wielu lat kompletnego zanurzenia w języku angielskim, łatwiej i szybciej czyta mi się po polsku. Jeżeli macie do polecenia jakieś literacke perełki, bardzo proszę o namiary.

czwartek, 13 listopada 2008

sobota, 1 listopada 2008 – Jamesville Reservoir

Wypatrzyłam w książce Take a Paddle: Finger Lakes napisanej przez państwo Sue i Rich Freeman, że można pływać po Jamesville Reservoir, który jest niewielkim sztucznym zbiornikiem z ujściem do rzeki Butternut Creek. Zbiornik mieści się zaledwie parę mil od mego domu i pomyślałam, że fajnie jest mieć coś blisko jak się chce popływać, a ma się niewiele czasu.

Ochoczo wyruszyliśmy z mężem około południa. Jakież było nasze rozczarowanie, kiedy okazało się, że park jest zamknięty. Uparcie podjeżdżałam do każdej z trzech bram wjazdowych tylko po to, żeby się przekonać, że wszystkie są zabarykadowane. Niestety plaża była tak dalego, że nawet nie było mowy o przenoszeniu kajaków taki dystanst. Mój upór jednak na coś się przydał, bo przejeżdżając już po raz drugi wzdłuż parku wypatrzyłam czwartą bramę – dla pracowników. Też była zamnkięta, ale za to była blisko plaży. Pomimo oporów męża przed „nielegalnością” naszego przyszłego czynu, zaparkowałam na poboczu bocznej drogi tuż przed bramą i oświadczyłam, że rozładowujemy. Nie wiem dlaczego kobiety wydają się być bardziej skłonne to łamania prawa lub interpretowania prawa na swoją korzyść, dość, że gotowa byłam podjąć ryzyko zapłacenia madatu po to, by trochę pokajakować. Przy drodze nie było znaków żeby nie parkować, więc uznałam, że mogę. Mąż nie był zachwycony, ale przystał na mój plan, który zresztą uszedł nam na sucho, bo ani madatu, ani wywrotki tego dnia nie doświadczyliśmy.

Kajakowanie po zbiorniku o obwodzie 3 mil to jak spacer Dulskiego na Kopiec Kościuszki wokół kuchennego stołu: ruch niby jest, ale frajda nie ta sama. Głównym celem tego mini-spływu było wypróbowanie nowozainstalowanego oparcia siedzenia w kajaku męża, nad którym spędziliśmy liczne wieczory w piwnicy wynajdując w końcu własne rozwiązanie, z powodzeniem zresztą. Teraz członkowie klubu kajakowego udają się na pielgrzymki podziwiać mężowe oparcie mojego projektu i wspólnego wykonania. Opłynęliśmy cały staw w niecałą godzinę, a rzeczka Butternut Creek okazała się zbyt płytka, żeby nią popłynąć. Spływ był wystarczający aby rozruszać mięśnie i podelektować się coraz rzadszymi i chłodniejszymi promieniami słonecznymi. Latem Jamesville Reservoir ma otwartą plażę i aż huczy od życia. Jesieną – cóż, spokój i cisza zakłócone tylko skaczącymi ponad powierzchnię wody rybami.

Dziś rano jechałam do Rochester na doroczne służbowe spotkanie pracowników swojej firmy. Poranek był słoneczny i z przyjemnością skonstatowałam, że lubię jeździć, zwłaszcza w samotne trasy. Cisza i spokój to czas na refleksje i obserwacje. Moja poranna trasa wyniosła 100 mil w jedną stronę, przejażdżka niewiele dłuższa niż półtorej godziny. W swojej obecnej pracy jeżdżę rzadko, za to w poprzedniej ciągle byłam w trasie, czy to samochodem, czy to samolotem. Kiedyś to była normalka, że po niedzielnym obiedzie z mężem wsiadałam do swojej Hondy i jechałam do Nowego Jorku, gdzie pracowałam przez cały tydzień mieszkając w hotelach na Staten Island, Manhattanie, bądź Queens, skąd wracałam do domu w piątek wieczór. 300 mil jazdy było dla mnie niedługą i prostą wycieczką, taką akurat na pokolacyjny wypad. Częste wyjazdy służbowe uodporniły mnie na dystanse, które zaczęłam postrzegać w innym – amerykańskim – świetle. Tu nie mierzy się jak daleko jest punkt A od punktu B, a jedynie ile minut jazdy samochodem są od siebie oddalone. Dobrze rozwinięta infrastruktura, czyli autostrady, pozwalają na szybkie i łatwe pokonywanie dużych dystansów. Amerykańskie ceny paliwa są wciąż niższe niż w wielu innych krajach, przestrzenie są bardziej rozciągnięte, rodziny mieszkają daleko od siebie, dom i praca często są oddalone o spory dystans, więc siłą rzeczy samochód to taki drugi dom. Uwielbiam swój samochód, bo podobnie jak z moim kajakiem czuję się z nim bardzo zżyta: w końcu spędzamy ze sobą wiele czasu. Kiedy zmieniłam pracę na mniej wymagającą i zakończyłam podróże służbowe, podjęliśmy z mężem kajakarstwo i rozpoczęliśmy cotygodniowe podróże dla przyjemności. Nasze spływy kajakowe zwykle odbywają się zasięgu 100 mil od Syracuse i co niedziela pakujemy kajaki na samochód i jedziemy gdziekolwiek odbywa się spływ. Czasem pokonujemy ogromne dystanse w jeden dzień, jak na przykład Plattsburgh – Syracuse (600 mil w obie strony), albo wypadamy na lunch do Buffalo spotkać się z Kw i Kobietą Pracującą, bo Buffalo mieści się pomiędzy Toronto a Syracuse i jest idealnym miejscem na spotkanie. Samochód = wolność.

Amerykańska mobilność ma dużo szersze znaczenie niż jednodniowe wypady samochodem. Amerykanie zwykle nie przywiązują się do miejsca i zabierają się tam gdzie jest praca, lepszy klimat, szersze możliwości, lub gdzie im się bardziej podoba. Ziemia czy dom nie są powodem do pozostania w jednym miejscu: sprzedaje się je i kupuje bez specjalnych sentymentów. Ostatnio utkwił mi w głowie pewnien fragment książki Johna Steinbecka pt. Travels with Charley in Search of America, poleconej mi przez Anię przy okazji wpisu o moim jeszcze nie-niebieskim pudlu. Podczas swojej podróży po Stanach Steinbeck poznał pewne małżeństwo, które zamieszkiwało w przyczepie typu mobile home częściowo dlatego, żeby móc się łatwo przenieść za pracą. Pozwolę sobie przytoczyć ów fragment we własnym tłumaczeniu:

(…) zadałem im w końcu pytanie, które mnie nurtowało. Byli dobrymi, myślącymi, inteligentnymi ludźmi. Powiedziałem: „Jedną z największych wartości w życiu są korzenie, dorastanie na ziemi rodzinnej, w społeczności.” Jak oni zapatrywali się na wychowywanie swoich dzieci bez korzeni? Czy to dobre, czy złe? Czy im tego brakuje, czy nie?

Ojciec, przystojny, jasnoskóry mężczyzna o ciemnych oczach, odpowiedział. „Ilu ludzi dzisiaj ma to, o czym mówisz? O jakich korzeniach można tu mówić jak się mieszka w klitce na 12-tym piętrze? Jakie są korzenie na osiedlu mieszkaniowym gdzie setki i tysiące domów są prawie identyczne? Mój ojciec przyjechał z Włoch,” powiedział. „Wychował się w Toskanii w domu gdzie jego rodzina mieszkała przez może i tysiąc lat. Oto są korzenie dla ciebie: brak bieżącej wody, brak toalety i oni gotowali na węglu lub na suszonych gałęziach winogron. Mieli tylko dwa pomieszczenia: kuchnię i sypialnię, gdzie wszyscy spali, dziadek, ojciec i wszystkie dzieci. Nie było miejsca do czytania, do samotności. Czy tak było lepiej? Założę się, że gdyby mój staruszek miał wybór, odciąłby swoje korzenie żeby móc żyć jak tutaj.” Zatoczył ręką po swoim wygodnym pokoju. „Faktem jest, że on odciął swoje korzenie i przyjechał do Ameryki. Mieszkał w mieszkaniu lokatorskim w Nowym Jorku – jeden pokój, zimna woda i żadnego ogrzewania. Tam się urodziłem i tam mieszkałem jako dzieciak dopóty mój ojciec nie dostał pracy w północnej części stanu Nowy Jork przy winnicach. Widzisz, on wiedział wszystko o winnicach, to wszystko co wiedział. Teraz popatrz na moją żonę. Ona pochodzi z Irlandii. Jej rodzina też miała korzenie. „W bagnie torfowym,” powiedziała żona. „I żyli z ziemniaków.” Z czułością popatrzyła przez drzwi na swoją piękną kuchnię. „A nie żal wam poczucia stałości?” „A kto ma stałość?” Zamykają fabrykę, przeprowadzasz się. Dobre czasy i dobre rzeczy dzieją się, przeprowadzasz się tam, gdzie ci lepiej. Masz korzenie, to siedzisz i głodujesz. Weź pionierów z książek historycznych. Oni ciągle byli w ruchu. Kupowali i sprzedawali ziemię, migrowali.”(...)

Każdy znajduje sposób na życie. Większość populacji Stanów Zjednoczonych złożona jest z emigrantów, którzy z różnych przyczyn porzucili swoje korzenie. Tutejsza mobilność to styl życia, wybór, mentalność.

 
1 , 2
statystyka