Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
środa, 27 lutego 2013

Odkąd kupiłam samochód z silnikiem diesla jeżdżę jak anioł. Na początku myślałam, że to syndrom nowego samochodu, na który się chucha i dmucha, ale minęło już pół roku, a mój stan zen podczas prowadzenia auta stał się nieodłączną częścią mnie - zupełnie jakbym miała agenta polisy ubezpieczeniowej na tylnym siedzieniu. Nie żebym normalnie była agresywnym kierowcą, ale odkąd jeżdzę tym samochodem, prowadzę bardziej konserwatywnie i dużo trudniej jest mnie wyprowadzić z równowagi. W momencie kiedy znajduję się za kierownicą, ogarnia mnie niewytłumaczalny błogostan: nie denerwuję się, nie spieszy mi się, częściej wpuszczam innych kierowców w korkach, zatrzymuję się na przejściach dla pieszych. Zastanawiam się na ile ten stan spowodowany jest kojącym pomrukiem niskoobrotowego silnika.

20:09, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (2) »
czwartek, 21 lutego 2013

Obok reklam środków na impotencję i zatwardzenie, najczęściej chyba reklamowanym farmaceutykiem w amerykańskiej telewizji są krople na zespół suchych oczu. Do niedawna nie poświęcałam temu wiele uwagi, ale odkąd zaczęłam mieć problemy z oczami jakieś pół roku temu, temat oczu stał się dla mnie irytującą codziennością.

Od ponad dziesięciu lat nosiłam soczewki kontaktowe, ale nigdy nie miałam problemów z oczami. Latem ni z tego, ni z owego nabawiłam się zapalenia spojówek, które po wyleczeniu kroplami ze sterydami powracało jak bumerang. Zdianozowano to jako zapalenie o podłożu alergicznym. Oczy miałam tak surowe, że po wielu próbach machnęłam ręką na soczewki i po raz pierwszy w życiu zaczęłam nosić okulary na codzień.

Przyszła zima i zrobiło się o tyle gorzej, że zaczęłam szukać opinii u wyższego rangą specjalisty, czyli przerzuciłam się z optyka (optometrist) na okulistę (opthalmologist). Nie łatwo się było dostać, ale w końcu mieli wolny termin. Diagnoza: zespół suchego oka, czyli niewystarczająca produkcja łez, co powoduje chroniczne zapalenie powiek i spojówek, pieczenie, oraz niemożność wyłzawiania pyłków, które wpadają do oka. Jednym słowem kiepska jakość życia, gdzie nawet zamknięcie oczu nie pomaga, a czasem nawet pogarsza sprawę.

Lekarz obrał konserwatywną drogę ataku. Najpierw polecił aplikować ogólnodostępne sztuczne łzy cztery razy dziennie i stosować mokre kompresy z ciepłej wody. Kiedy to nie pomogło, zapisał mi maść do aplikacji na noc, gdyż podczas snu oczy mają tendencję się otwierać i w rezultacie wysuszać. Poza drastyczną utratą na atrakcyjności zaraz po przebudzeniu, maść zrobiła dla mnie niewiele. Kolejnym punktem programu była instalacja tymczasowych zatyczek w przewodach nosowo-łzowych (punctal plugs). Przewody nosowo-łzowe, znajdujące się w wewnętrznych kącikach oczu, mają za zadanie odprowadzać nadmiar łez do nosa, podczas gdy zatyczki mają za zadanie te odprowadzanie uniemożliwić, aby ta mierna ilość łez produkowana przez gruczoły łzowe pozostała w oku i je nawilżyła. Stosowanie tymczasowych rozpuszczalnych zatyczek pozwala przekonać się, czy ta metoda zadziała zanim zainstaluje się trwałe zatyczki silikonowe. Póki co widzę, że raczej nie zadziała, bo oczy jak były suche, tak są, w związku z czym raczej nie doczekam się stałych zatyczek, tylko wyciągnięcia ciężkiej artylerii: leków. Z tego co mi wiadomo na rynku jest tylko jeden lek w postaci kropel, który skłania gruczoły łzowe do bardziej szczodrej produkcji. Preparat nie tylko jest drogi, ale ponoć musi być stosowany przez resztę życia, co mi się zupełnie nie uśmiecha. Kontrolę mam w przyszłym tygodniu, więc werdyktu jeszcze nie znam, ale nie jestem zbyt optymistyczna.

Bardzo mi zależy, aby ten problem rozwiązać "od korzeni," czyli poznać i usunąć jego przyczynę, zamiast farmakologicznie leczyć jego skutki. Zrobiłam internetowe rozeznanie metod leczenia z miernym rezultatem. Jak tonący brzytwy chwytam się domowych rozwiązań typu suplement z olejku z wiesiołka, picie dużej ilości wody i używanie nawilżacza powietrza w domu i pracy, ale równie dobrze mogłabym skakać na jednej nodze po każdym posiłku.

Poza usunięciem problemu, nurtuje mnie jego przyczyna. Żaden z lekarzy nie zaoferował nic więcej niż wiek: z wiekiem produkcja łez spada. Ale czy to normalne, że zdrowa trzydziestoparolatka nie produkuje łez? Wątpię. Sądząc po częstotliwości reklam w telewizji, znaczna część nacji ma suche oczy. Dlaczego? Czy jest to kolejna choroba cywilizacyjna lub środowiskowa? Czy sposób ogrzewania i ochładzania pomieszczeń stosowany w większości budynków w USA nadmiernie wysusza oczy? Jeśli na dworze wieje, oczy zwykle łzawią bardziej, dlaczego więc nie przy wdmuchiwanym powietrzu? Fakt, jest zima, powietrze jest bardzo suche, a my w domu, w pracy, w samochodzie ciągle poddawani jesteśmy nadmuchom ciepłego powietrza, ale czy to jest prawdziwą przyczyną? A może jest nią ciągłe gapienie się w ekran? Co niweluje umiejętność naszego organizmu do prawidłowego funkcjonowania?

Wydaje mi się, że w moim przypadku przyczyna tkwi w długoletnim noszeniu soczewek kontaktowych. Wniosek ten opieram na znalezionej gdzieś informacji, że długotrwałe noszenie soczewek kontaktowych z czasem znieczula rogówkę oka, przez co mózg przestaje rozpoznawać, że oczy są w sytuacji gdzie potrzebna jest produkcja łez i nie wysyła odpowiednich bodźców. Moje oczy, chronione barierą soczewek, od lat nie łzawiły na wietrze czy przy krojeniu cebuli, bo nie musiały. One tego nie czuły. Teraz, bez soczewek, też nie łzawią. Kolega zasugerował eksperyment z powąchaniem słoika z chrzanem. Z braku chrzanu wpadłam na dość głupi pomysł zjedzenia kulki wasabi o średnicy dwuzłotówki, żeby zobaczyć co będzie. Nie polecam. Była to niemożliwa tortura podczas której myślałam, że się udławię. Palenie w gardle było aż do bólu, natomiast oczy ledwo mi się zaszkliły. Nie poleciała ani jedna łza. Tymczasem słuchając audycji radiowej czy czytając jakiś wzruszający tekst, płaczę jak bóbr i łzy mi się leją litrami bez żadnego problemu. Wniosek z tego, że moje gruczoły łzowe fizycznie nie mają problemu z produkcją łez, natomiast nie wiedzą kiedy powinny je produkować. Powinnam więc chodzić wiecznie smutna lub wzruszona.

Jeśli moja teza jest prawdziwa, to czy istnieje jakakolwiej metoda na zresetowanie mózgu żeby wysyłał odpowiednie bodźce w odpowiednim czasie?

środa, 20 lutego 2013

W moim ogromnym i bardzo dobrze zaopatrzonym supermarkecie, który ma też dział żywności międzynarodowej, można kupić wszystko do chrzanu oprócz... samego chrzanu. Są wszelakie pełne ciekawych dodatków sosy chrzanowe i wasabi (zmielony na gładko i zafarbowany na zielono chrzan), ale słoika ze zwykłym białym chrzanem nie ma. Nie wiem dlaczego akurat teraz, po tylu latach, natchnęło mnie koniecznie na chrzan, ale nie przyszło mi do głowy, że nie będę go mogła kupić. Nie pozostaje mi nic innego jak najechać dzielnicę Greenpoint po chrzan i Krupnik, bo będę tam w przyszłym tygodniu. Życie bez chrzanu jest do chrzanu.

Swoją drogą, wie ktoś może czy trudno jest taki korzeń chrzanu sobie wyhodować?

wtorek, 19 lutego 2013

Nie wiem czy jest to praktykowane w Polsce, ani na jakich zasadach działa, ale przefinansowanie kredytów hipotecznych jest popularną praktyką w USA.

Przefinansowanie kredytu hipotecznego to zaciągnięcie nowego kredytu na dom lub mieszkanie w miejsce obecnego kredytu na innych warunkach i/lub od innego banku. Są dwa główne powody, dla których warto przefinansować:

1. Oprocentowanie jest w tej chwili niższe od oprocentowania naszego obecnego kredytu i przefinansowanie zaoszczędzi nam znaczną sumę na odsetkach przez czas amortyzacji kredytu. Ponieważ będziemy płacić niższe odsetki, w rezultacie albo obniży nam się wysokość miesięcznej raty, albo będzie nas stać na skrócenie długości kredytu płacąc takie same raty miesięczne lub wyższe, a w rezultacie spłacimy kredyt szybciej i taniej od kredytu pierwotnego.

2. Przefinansowanie na dłuższy termin niezależnie od obecengo oprocentowania celem obniżenia miesięcznej raty w przypadku problemów finansowych, kiedy nie chcemy stracić domu.

Przefinansowanie jest równie skomplikowane jak zaciągnięcie nowego kredytu w przypadku zakupu domu czy mieszkania po raz pierwszy. Wiąże się z papierologią typu sprawdzanie dochodów, stanu kont, zdolności kredytowej, wartości domu itp. Do tego dochodzą niemałe opłaty bankowe i administracyjne, które w wielu przypadkach można "dopiąć" to nowego kredytu, który będzie większy o sumę opłat. Trzeba też się upewnić czy w obecnym kredycie nie mamy klauzuli nakładającej karę za zbyt wczesną spłatę kredytu. Aby wiedzieć, czy przechodzenie przez tę całą procedurę się opłaca, wystarczy skontaktować się z dowolnym bankiem i poprosić o przekalkulowanie tabel amortyzacyjnych na sumę kredytu po nowym oprocentowaniu i porównać z tabelą amortyzacji obecnego kredytu. Po odjęciu sumy oprocentowania i opłat nowego kredytu od sumy oprocentowania obecnego kredytu będzie wiadomo czy i ile na takim posunięciu zaoszczędzimy.

Jeśli się zdecydujemy na przefinansowanie, procedura trwa średnio od jednego do dwóch miesięcy. W dniu kiedy podpiszemy papiery (closing), nowy bank spłaci nasz poprzedni kredyt i zaczniemy spłacać nowy kredyt na nowych warunkach.

W niektórych przypadkach możliwa jest też modyfikacja obecnego kredytu z obecnym bankiem, co jest zwykle tańsze, ale banki często mają szczególne wymagania w jakich przypadkach kredyt można modyfikować. Najlepiej dowiedzieć się o modyfikację kredytu zanim podejmie się kroki przefinansowania.

Zrobienie rozeznania zarówno w przypadku modyfikacji jak i przefinansowania nic nie kosztuje, a oszczędności na odsetkach zwykle są ogromne - rzędu co najmniej jednego nowego samochodu, a często kilku.

czwartek, 14 lutego 2013

Dziś rano przy śniadaniu przyszła mi do głowy pewna myśl. Zapytałam więc męża o opinię.

- Czy uważasz, że te wszystkie poradniki, które czytam celem doskonalenia różnych aspektów swojego życia w rzeczywistości mają wpływ na poprawę jego jakości, czy moje czytanie okazuje się wyłącznie rozrywką?

Nastąpiła bardzo długa cisza.

- ...

- No? - ponagliłam.

- Nie wiem. Twoje życie moim zdaniem jest zupełnie w porządku, a procesy doskonalenia opisywane w tych książkach są skomplikowane i przysparzają Ci stresu.

Czyli co? Czytam poradniki jako hobby i wpędzam się do grobu stresem zamiast upraszczać sobie życie?

Według mnie, wiele przeczytanych przeze mnie książek miało bezpośredni, pozytywny i trwały wpływ na moje życie, ale najwyraźniej nie aż tak znaczący, żeby mąż uznał za warty świeczki. Może pogoń za ulepszaniem nie jest właściwą drogą, a powinnam zacząć czytać poradnik jak się cieszyć chwilą obecną? Bo weź tu się ciesz chwilą bez poradnika, jak zrobić to lepiej...

wtorek, 12 lutego 2013

W sobotę byliśmy z mężem na imprezie. Staliśmy w kuchni, gdzie on płukał nad zlewem talerzyk przed wstawieniem go do miski z brudnymi naczyniami. Na ten widok pewna nieznajoma odwróciła się do mnie z uśmiechem i powiedziała: "Dobrze go wytrenowałaś." Uśmiechnęłam się w odpowiedzi i powiedziałam, że wcale go nie trenowałam. Wewnętrznie zalała mnie krew.

Komentarze o trenowaniu mężów są bardzo częste i w zamierzeniu mają być komplementem dla żony. Dla mnie są obrazą. Mąż nie jest zwierzęciem cyrkowym, które się trenuje. Dobrze wytrenowany jest mój pies, a męża to ja sobie po prostu dobrze wybrałam.

Więcej na ten temat we wpisie Równouprawnienie a deska sedesowa.

niedziela, 10 lutego 2013

W Stanach Zjednoczonych na każdym kroku spotyka się inny akcent: mieszkańcy Bostonu mówią innym akcentem niż mieszkańcy miasta Nowy Jork, którzy mówią innym akcentem niż mieszkańcy innych rejonów stanu Nowy Jork, którzy mówią innym akcentem niż mieszkańczy południowych czy środkowych stanów, itd. Do tego dochodzą miliony emigrantów ze wszelkich zakątków świata, którzy rozmawiają z akcentem swoich rodzimych języków. Pytanie "Skąd jesteś?" - często tak oczywiste do rozpoczęcia ciekawej dyskusji z tubylcami - nie zawsze jest mile przyjmowane przez emigrantów, co stwierdzam na podstawie wieloletnich obserwacji.

Kiedy poznaje się nową osobę, poza jej wyglądem jej mowa jest jedną z najbardziej charakterystycznych cech. Jeśli ktoś ma obcojęzyczny akcent natchymiast mówi mi to, że ta osoba ma ciekawą historię i przebyła długą drogę aby znaleźć się w tym zakątku świata. Ciekawi mnie ta droga, ciekawią mnie korzenie tej osoby. Ale trzeba się dobrze zastanowić zanim zada się pytanie "Where are you from?", o ile w ogóle je zadawać. Zauważam, że kiedy je zadaję, wiele osób odpowiada miejscowością lub regionem w Stanach. Po twarzy widać, że trafiłam w czuły punkt, bo osobie zależy na asymilacji i kurczowo trzyma się faktu, że "from" znaczy ich obecne miejsce zamieszkania, czyli np. Chicago. Wielu emigrantów wstydzi się akcentu i czuje poirytowanie, że akcent jest dla nich "łatką" piętnującą ich jako nietutejszych. Wydawało mi się, że ponieważ ja też mam akcent, mam większe prawo od innych to pytanie zadawać, po czym w rewanżu podaję swój kraj pochodzenia, jednak niektórzy obcokrajowcy nie słyszą mojego akcentu i rozmowa przybiera lekko nieprzyjemną barwę. Nauczyłam się więc czekać aż oni mnie zapytają pierwsi, albo tematu w ogóle nie poruszać. Czasem jak rozmowa się sympatycznie rozwinie, decyduję się zapytać wprost o kraj pochodzenia: "What is your country of origin?" albo "Where are you originally from?"

To samo działa w drugą stronę. Ludzie prawie zawsze mnie pytają skąd jestem, a podchodzą do tego z różnych stron, np. "Słyszę lekki akcent, jaki to język?" Bycie pytanym też nie jest łatwe, bo po latach radosnych odpowiedzi, że z Polski, często okazuje się, że nie o to pytali, tylko o moje miejsce zamieszkania w Stanach. Jeśli podróżuję służbowo i odpowiem że z Polski, dla moich klientów ta odpowiedź często nie ma sensu. Z kolei kiedy odpowiem, że z Syracuse, od razu widzę po uśmiechu typu "o, akurat" , że chcieli znać miejsce mojego pochodzenia. Fraza "Where are you from?" może znaczyć (1) skąd jesteś, (2) skąd pochodzisz, (3) gdzie mieszkasz. Zmęczona zgadywaniem co mój rozmówca miał na myśli, często odpowiadam: Mieszkam w Syracuse, ale jestem z Polski (I live in Syracuse, but I'm originally from Poland). To wydaje się być złotym środkiem.

piątek, 08 lutego 2013

Udało mi się uciec z Nowego Jorku w samą porę przed śnieżycą. Miałam wylatywać dziś po południu, ale przewidując katastrofę w postaci przymusowego weekendu w Wielkim Jabłku udało mi się zmienić rezerwację na rano. I całe szczęście, bo loty popołudniowe zostały odwołane.

Wyszłam po 5-tej rano aby przejść się niecałą milę do metra, z walizką, plecakiem i torebką. Tam usiadłam na ławeczce i czekałam. Na końcu ławeczki usiadła kobieta, do której za chwilę dołączyła inna i rozpoczęły rozmowę w moim ojczystym języku. O tym, że jedna miała straszną zgagę całą noc i nie zmrużyła oka po tym, jak najadła się gorących pączków. "Gorące pączki to zabójstwo" - dowiedziałam się za chwilę od tej drugiej. Potem o pani do sprzątania, która myła półki przez 6 godzin, oraz o ziołowych lekarstwach na zgagę. W końcu jednak wydarzyło się coś ciekawszego: spod kubła ze śmieciami wystawił lepek szczupły, niewielki, najwyraźniej młody szczur. Wychodził tak z pewną nieśmiałością, ale co odwróciłam głowę żeby mu się lepiej przyjrzeć, uciekał. W końcu udało mi się unieruchomić głowę w jedną stronę aby go widzieć i rzeczywiście po pewnym czasie ośmielił się wyjść z kryjówki i mogłam mu się dobrze przyjrzeć, a był naprawdę ładny. Zaczął powoli iść w moją stronę, był już tylko o półtora metra, kiedy jedna z moich towarzyszek go ujrzała i zerwawszy się z ławki podniosła raban. Tym sposobem niestety mi szczura spłoszyła. Powiedziałam jej, żeby się nie przejmowała, bo szczur się jej bardziej boi niż ona jego i jedzenia jedynie szuka, ale obie kobiety tylko patrzyły na mnie jakbym się urwała z choinki. Akurat nadjechał pociąg.

Mała awaria w trasie, tylko kilkuminutowa, ale podniosła mi ciśnienie, bo czas uciekał. Potem drugi pociąg do samego JFK, długie do przejścia terminale, długie kolejki do zdania bagażu, do kontroli. Chyba igły ludziom w walizkach szukali w mojej kolejce, bo szło tak wolno, że już myślałam, że nie zdążę. Jednak zdążyłam i nawet kupiłam naprędce jakieś śniadanie. Sam lot już po załadowaniu pasażerów opóźniony, maszyny odśnieżające samolot, kolejki do startu, ale mi już teraz wszystko jedno, bo lecę do domu i nie obchodzi mnie jak długo to zajmie. Już na miejscu odbiór bagażu, mojego samochodu z parkingu i... do biura, popracować przecież trzeba, a nie tylko relaksować się w podróży i faunę nowojorską oglądać. To chyba najdłuższe piątkowe popołudnie mojego życia...

Kiedy wyjeżdżam służbowo najbardziej brakuje mi psa. Wiem, wiem... zżymacie się teraz, że psa, a nie męża. Męża mi też brakuje, ale: (1) mąż wie i rozumie, dlaczego mnie nie ma; (2) wie, kiedy wrócę; (3) rozmawiamy przez telefon kilka razy dziennie. A pies? On nie lubi, kiedy jego wataha jest niekompletna. Nasłuchuje mojego samochodu. Wyczekuje co noc. Wie, że w końcu wrócę. Ale jest mu źle.

Przechadzając się ulicami Nowego Jorku ilekroć widzę psa na spacerze kraje mi się serce i myślę o swoim. Już jutro wejdę przez drzwi i kupa futra wpadnie w szalony trans i zamerda się na śmierć ze szczęścia. Potem złoży swój ciepły, kudłaty łeb na moich kolanach, wtuli się we mnie całym ciałem. On i ja: czekamy na to samo.

Wieczorem ułoży się do snu pomiędzy mną a mężem i wyda długie, głębokie, gardłowe, pełne satysfakcji westchnięcie.

piątek, 01 lutego 2013

Jedną z czynności marnujących czas jest zostawianie komuś poczty głosowej w stylu "mam do ciebie sprawę." Jeżeli nie powiesz mi jaka to sprawa, to po co zostawiasz pocztę głosową? Jeśli nie masz konkretów, nie zostawiaj mi nagrania, tylko oddzwoń do mnie później.

Nowoczesne telefony pokazują kto i kiedy dzwonił. Od razu widzę, że był telefon od ciebie, ale teraz muszę zadzwonić na pocztę głosową, wstukać kod i przesłuchać twoją wiadomość tylko po to, żeby dowiedzieć się, że "masz sprawę." Ja już to wiem. Po wysłuchaniu wiadomość trzeba skasować. To wszystko zajmuje parę minut, kompletna strata czasu. Oddzwaniam, a ciebie nie ma. Ty oddzwaniasz, mnie nie ma. Tymczasem zostawiając nagraną wiadomość ze streszczeniem sprawy, często mogę ci natychmiast dać odpowiedź na twojej poczcie głosowej za pierwszym razem jak oddzwonię, nawet jeśli ciebie nie ma. Sprawa załatwiona. Prawda, że szybciej? Nawet jeśli nie mam natychmiastowej odpowiedzi, mam czas nad nią pomyśleć lub zebrać potrzebne materiały.

To samo zresztą dotyczy tytułów e-maili. Zawsze staram się streścić w tytule w jakiej sprawie piszę do adresata. Wtedy on czy ona może natychmiast zdecydować, czy mój e-mail czytać teraz, czy później, czy sprawa jest prosta czy skomplikowana.

Wszystko sprowadza się do szanowania czasu. Swojego i cudzego.

22:32, anetacuse , Praca
Link Komentarze (12) »
statystyka