Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
piątek, 26 lutego 2010

Odkąd przeszłam na wegetarianizm, temat konwenansów towarzyskich w kontekście bycia gościem i przyjmowania gości zaczął mnie frapować. Sfera zróżnicowanych kulturowo diet jest dla mnie nowa i poruszam się w niej po omacku.

Podczas moich lat w Polsce rzadko spotykało się kogoś o odmiennych nawykach żywieniowych. Słowo "dieta" odbierane było najczęściej jako dieta odchudzająca, a nie sposób żywienia. Szło się w gości i gospodyni podawała posiłek. Z grzeczności próbowało się wszystkiego, co było podane, gdyż słowo "nie" nie było akceptowane. Nie, dziękuję. A może jednak? Nie, naprawdę, więcej już nie mogę. Ale tylko odrobinkę, dla spróbowania. No dobrze. W "polskim kontekście," że tak pozwolę to sobie nazwać, niezjedzenie czegoś w gościach uznane byłoby raczej za afront. Podobnie jest z namawianiem do picia. Bardzo to było uwypuklone podczas moich wizyt w Polsce, kiedy mój amerykański mąż zdecydowanie nie chciał zjeść pewnych potraw i często wprawiał nasze gospodynie o złotych sercach w konsternację.

W Stanach większość imprez albo odbywa się w restauracjach, gdzie każdy zamawia sobie na co ma ochotę, lub w formie bufetu domowego. Nawet jeśli się siedzi przy stole, każdy nakłada sobie sam i gospodarz nie piluje każdego gościa, ani nie namawia każdego z osobna do spróbowania każdej potrawy. Jest to zupełnie inny styl i nawet jeśli się nie zje ani kęsa, można ujść z tym niezauważonym. Mimo wszystko, odrębny styl żywienia może wprowadzić w konsternację.

Kiedy goszczę u siebie, zawsze podaję coś mięsnego, ale przygotowuję też dużo różnych przekąsek wegetariańskich. Jeśli nie piję, mimo wszystko podaję alkohol, a jeśli goszczę byłego alkoholika, alkoholu nie podaję - nikomu. Jeśli goszczę kogoś, o kim wiem, że ma inne nawyki żywieniowe (alergię na orzechy, dieta bezglutenowa), zawsze staram się przygotować coś odpowiedniego. Kiedy idę do kogoś, a nie jest tu w zwyczaju przychodzić z pustymi rękami, najczęściej przynoszę wegetariańską przekąskę, gdyż nie oczekuję od gospodarzy, żeby podali jedzenie bezmięsne. Wtedy moja przekąska daje mi pewność, że przynajmniej będę miała co zjeść. Na imprezach gospodarze często nie mają pojęcia, że nie jem mięsa, a ja prawie zawsze znajdę sobie coś bezmięsnego do jedzenia i wychodzę obronną ręką. Sprawa zwykle wychodzi na jaw dopiero wtedy, kiedy widzę jakąś potrawę-niespodziankę i pytam o składniki. Wtedy następuje konsternacja ze strony gospodarzy. Zdarzyło się też, że gospodarze wiedzieli i gotowali coś specjalnie dla mnie, przez co czułam się niezręcznie. Zdarzyło się też, że gospodarze wiedzieli, a mimo to podali prawie wszystko z mięsem. Chociaż staram się być niezauważona i nie informuję innych o swojej bezmięsności, sporadycznie jest to problemem. Jeszcze inna sytuacja była w pracy, kiedy mieliśmy składkowe śniadanie z okazji przejścia na emeryturę jednej z koleżanek. Osoba odpowiedzialna za organizację zamówiła pizzę śniadaniową z mięsem, wiedząc doskonale, że ja mięsa nie jem.

Z jednej strony mój sposób żywienia to mój własny wybór i nie oczekuję od swojego otoczenia, żeby się dostosowało. Wyznaję zasadę dostosowania mniejszości do większości, czyli mnie do innych. Z drugiej strony jest wiele kultur o odmiennym systemie odżywiania o korzeniach religijnych, jak na przykład Żydzi. Zignorowanie ich koszerności "bo akurat są mniejszością" uważam za duże faux-pas. Kiedy się żyje w wielokulturowym skupisku należałoby znać podstawy żywienia innych kultur. Umiejętność dostosowania się do wyborów pewnych grup społecznych, czy nawet jednostek, jest miłą myślą. Czy więc powinno się uprzedzać gospodarzy, że się nie jada mięsa, czy milczeć? Jakie jest najlepsze wyjście z takiej sytuacji?

czwartek, 25 lutego 2010

Pchłonięta od kilku dni literaturą o egzotycznych ptakach oraz po rozmowie z hodowcą i weterynarzem, dokopałam się okropnej prawdy: to ja przyczyniłam się do śmierci Kolumba.

Główną przyczyną śmierci egzotycznych ptaków na uwięzi jest nieprawidłowa dieta składająca się głównie z nasion. Papugi powinny być karmione przede wszystkim owocami i warzywami (z wyjątkiem awokado), a w mniejszym stopniu nasionami i orzechami. Wynika to z tego, że nasiona i orzechy są tłuste i w nadmiarze z czasem powodują niewydolność organów wewnętrznych, przede wszystkim nerek i wątroby. Ptak doświadcza deficytu witamin i minerałów lub ogólnego niedożywienia, podczas gdy jego organy pracują ponad normę, aby strawić nasiona. Aby zapobiec deficytom żywieniowym, można kupić specjalny groszek, który - podobnie jak sucha karma dla psów - zawiera wszystkie niezbędne składniki. Prawda jest jednak taka, że egzotyczne ptaki powinny jeść wszystkiego po trochu. Z tego co się dowiedziałam, powinny się odżywiać dokładnie jak ja.

Na początku karmiliśmy Kolumba warzywami i owocami, ale wydawał się nieskory do ich jedzenia, więc z czasem tego zaniechaliśmy. Jadł mieszankę nasion specjalnie spreparowaną dla papug falistych i był na tyle wybredny, że jadł tylko i wyłącznie jedną mieszankę, a nie inne. Jeśli mu ją zmieniliśmy, odmawiał jedzenia przez dwa dni, po czym się uginaliśmy i przynosiliśmy mu "tę jedyną." Groszku witaminowego nie tknął, a owoce i warzywa jadał wyłącznie ze mną, tzn. kiedy ja jadłam. Podjadał mi jabłko czy banana z ręki, sałatę z talerza, czy kawałki truskawek ze zmiksowanego napoju osadzonego na brzegu szklanki. Karmienie go wyłącznie nasionami i blokami mineralnymi można porównać do karmienia dziecka tylko i wyłącznie tłustą wołowiną i tabletką witaminową.

Problem jest dwuczłonowy. Po pierwsze, nie zdawałam sobie sprawy, że on się źle odżywia. Po drugie, jak nakłonić pierzastego, żeby się odżywiał lepiej, skoro on nie chce? Odpowiedź jest prosta. Po pierwsze, czytać odpowiednią literaturę na bieżąco i wiedzieć dokładnie, jaka jest prawidłowa dieta dla jakiego gatunku. Po drugie, nie poddawać się: nakłaniać i świecić przykładem, skonsultować się z weterynarzem, oraz karmić zróżnicowaną dietą od małego. Moja papuga przedwcześnie zakończyła swój żywot w rezultacie niewydolności nerki i guza rakowatego najprawdopodobniej spowodowanych nieprawidłowym odżywianiem. Gorzka prawda, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że zdrowe odżywianie jest moim konikiem.

wtorek, 23 lutego 2010

Wpadłam w wir dobrze sobie znanej obsesji. Takiej samej jak przy szukaniu idealnego hodowcy psa, idealnego imienia dla psa, idealnego kajaka, idealnego samochodu, idealnego domu. Ha, przynajmniej szukanie idealnego męża mam już za sobą! No tak, bo dawno nic się nie działo. Życie bez obsesji jest nudne. Przytachałam z biblioteki stertę książek o ptakach. Wybór pomiędzy Nimfą a papużkami nierozłączkami oraz pomiędzy parką a jedynakiem. Celowo nie wybieramy papugi falistej, żeby nie porównywać jej do Kolumba. Szukanie hodowców o dobrej reputacji, którzy mają ręcznie karmione pisklęta. Szukanie nowej klatki, bo stara będzie za mała na Nimfę albo parkę nierozłączek. Uczenie się zwyczajów nowego gatunku. Wybieranie imion - już mam. W/w czynności napawają mnie euforyczną radością. Radością nadchodzącej pracy układania pisklaka od zera, uczenia go wszystkiego od początku, ptasich treli i świszczących nad głową ptasich szybowców. Tym razem go nauczę, aby pozwolił sobie obcinać paznokcie i drapać po łepku. Rozpiera mnie energia.

Kolumba pochowaliśmy owiniętego w ręcznik przy drzewku żywopłotu. Ziemia nie była mocno zmarznięta. Jego klatka powędrowała do piwnicy po wyczyszczeniu i okryciu folią, a na wysprzątanej szafeczce stoi lampa z sypialni. Zostaje włączona na noc, bo nie możemy się przyzwyczaić, że kąt Kolumba jest ciemny. Bez klatki na szafce od razu wiem, że go już nie ma, zamiast z przyzwyczajenia szukać go wzrokiem po każdym drążku. Kąt wygląda obrzydliwie czysty bez rozsypanych wokół łusk ziaren i błękitnego pierza. Wczorajszy wieczór spędziliśmy na oglądaniu kilkunastu filmików na YouTube z ptakami w roli głównej. Papugi bawiące się ze sobą, z kotami, wykonujące sztuczki. Bardzo to było terapeutyczne.

Kilka zdjęć Kolumba można obejrzeć TU.

poniedziałek, 22 lutego 2010

W domu tak cicho, że nie do zniesienia. Cicho pierwszy raz od 5-ciu lat. Wyć mi się chce. W rogu kuchni stoi pusta klatka. W pudełku w piwnicy leży Kolumb, nasza papuga falista. Jutro, za dnia, go pochowamy.

Kolumb miał pięć lat. Kupiliśmy go zaraz po ślubie jako młode pisklę. Miał przycięte skrzydełka, ale kiedy zaczęły mu odrastać, pomogliśmy mu nauczyć się latać. Uwielbiał z nami przebywać i latał po całym domu. Siedział na ramkach moich okularów, na palcu, na głowie, na ramieniu, nawet na elektrycznej szczoteczce w trakcie mycia zębów. Uwielbiał zrzucać sztućce i monety z blatu kuchennego na podłogę. Śpiewał non-stop i gadał do lusterka. Do jego repertuaru należały "pretty boy, night-night, you're so pretty, good boy" i parę innych krótkich fraz. Lubił się ganiać na piechotę po kuchennej podłodze. Latał szybko i zwinnie, czasem mijał mnie tak blisko, że czułam końcówki jego piór na swojej twarzy. Kąpał się pod kranem w moich dłoniach. Pił wodę i sok pomarańczowy z mojej szklanki. Lubił się grzać na laptopie.

To stało się tak nagle. Nigdy nie był chory. Wręcz przeciwnie, okaz zdrowia i w świetnym humorze. Dzisiaj też. To była taka zwyczajna niedziela, do czasu kiedy około ósmej wieczorem usłyszeliśmy jak spadł z drążka, a potem szamotanie. Kolumbowi zdarzało się spaść z drążka wiele razy, ale tym razem nie wstał. Jego łapki były bezwładne, szamotał tylko skrzydełkami. Dał się dotknąć i podnieść. Serce waliło mu jak oszalałe. Oddychał bardzo szybko i bardzo ciężko. Mrugał powoli, a głowę miał pod dziwnym kątem. Cierpiał. Zadzwoniłam na pogotowie weterynaryjne, gdzie mi powiedziano, że w Syracuse nie zajmują się nagłymi przypadkami ptaków. Dali mi numer do punktu pogotowia przy Cornell University. Zadzwoniłam, kazali mi go przywieźć. Ithaca, gdzie mieści się oddział, leży półtorej godziny drogi samochodem od nas, a ja nawet nie zdążyłam założyć butów. Na ręczniku, w pudełku, przygotowany do przewozu, po prostu umarł.

czwartek, 18 lutego 2010

Z czym kojarzą się Wam igrzyska olimpijskie? Mi kojarzą się z talentem, pracowitością, patriotyzmem, współzawodnictwem, spełnieniem marzeń i nareszcie czymś ciekawym do oglądania w telewizji. A z czym kojarzą Wam się sportowcy? Mi kojarzą się z sukcesem, dyscypliną, zdrowiem, wyborną kondycją psychiczną i fizyczną oraz etyką. Sportowcy, którzy zakwalifikowali się do wzięcia udziału w olimpiadzie nie znaleźli się tam przypadkowo. Są znani, podziwiani, stawiani za przykład. Dlatego trafia mnie szlag przy niektórych reklamach telewizyjnych.

McDonald's, jeden ze sponsorów olimpiady w Vancouver 2010, ogłasza się jako oficjalna restauracja olimpijska. Wielu znanych sportowców na małym ekranie wciska dzieciom kit, że śmieciowe jedzenie z McDonalda jest godne olimpijczyka. Robi mi się niedobrze. Dziecko może sobie pomyśleć, że jeśli jego/jej sportowy idol z uśmiechem zajada się w McDonadzie, to McDonald's najwyraźniej jest w porządku, a może nawet przyczynił się do ich sukcesu. Co mają na to powiedzieć rodzice? Coca-cola z kolei wmawia widzom, że jeśli kupili colę w ostatnich 82 latach, to przyczynili się do olimpijskiego sukcesu, bo Coca-cola sponsoruje igrzyska już od wielu lat. Reklama coli jest subtelniejsza od reklamy McDonalda, bo bardziej usprawiedliwa picie coli, niż zachęca. Niemniej jednak mam niesmak, bo moim zdaniem sławni sportowcy powinni dawać dobry przykład młodzieży i zachęcać do zdrowego jedzenia, a nie promować śmieci za grube dolary. Ale oczywiście tu właśnie chodzi o grube dolary, bo sportowcy utrzymują się głównie z reklam. Tylko czy ich zachowanie jest etyczne?

wtorek, 16 lutego 2010

Bardzo niewiele rzeczy można kupić bez opakowania, zwłaszcza jeśli chodzi o kosmetyki i artykuły spożywcze. Moje podejście do opakowań jest oszczędnościowo-ekologiczne, stąd temat od czasu do czasu staje się źródłem moich przemyśleń.

Kosmetyki

Bardzo modnym opakowaniem na mydła i kremy są butelki z pompką. Jest to rozwiązanie zarówno eleganckie jak i higieniczne, gdyż wyciskany produkt pozostaje nietknięty niczyją potencjalnie brudną ręką. Niestety ta forma doprowadza mnie do pasji, przede wszystkim dlatego, że dużo produktu się marnuje. Kiedy pompka przestaje działać pod koniec butelki, butla zwykle zawiera jeszcze spore ilości kremu czy mydła na dnie i na ściankach, więc żal mi jej wyrzucić. Żeby zawartość wydobyć buduję idiotyczne piramidy pozwalające butli stanie "do góry nogami" do czasu wydłubania ostatniej kropli kremu. Przy gęstych kremach w szklanych maciupeńkich butelczynach ta metoda zwyczajnie nie działa i sporo kremu się marnuje. Dlatego ostatnimi czasy przerzuciłam się na balsam do ciała w pudełku (gęsty typu "body butter"), a zamiast mydła w płynie kupuję mydło w kostce, co mi dodatkowo pozwala na nieużywanie nieekologicznych plastikowych butelek. W obu przypadkach mogę wykorzystać produkty do samego końca bez marnowania ani odrobiny. Wyjątkiem jest mydło do rąk w płynie, przy którym butelka z pompką sprawdza się znakomicie, bo ją napełniam z większej butli już od paru dobrych lat.

Artykuły spożywcze

Jedzenie, które kupuję od miejscowych rolników pakowane jest w kartonowe pudełka od innych produktów lub papierowe torby. To i owo jest w plastiku. Niektórzy rolnicy obniżają cenę jajek jeśli się przyniesie swoje opakowanie. Natomiast prawie wszystko w supermarkecie jest pakowane w plastikową folię lub kubeczki i niewiele można z tym zrobić. Można kupić większą butelkę, zamiast kilku małych, ale fakt pozostaje faktem, że wody czy jogurtu w rękach się nie przyniesie. Na zakupy przynoszę torby wielorazowego użytku, dzięki czemu nie akumuluję stosu plastikowych reklamówek w domu. A jeśli mi się trafią, używam ich do wyściełania koszy na śmieci.

Naczynia jednorazowe

Kawa, pasja narodu amerykańskiego, rzadko kiedy jest serwowana w filiżankach. No bo wszystkim się spieszy! Miliony papierowych i styropianowych kubeczków, misek, sztućców i talerzy zużywane są każdego dnia do podawania posiłków w tańszych restauracjach. Jeśli mam wybór, proszę o napój w porcelanowym kubku. Skoro już idę do kawiarni, mam wystarczającą ilość czasu, żeby spokojnie usiąść i delektować się kawą. Albo proszę o nalanie do własnego kubka. Niektóre przybytki sprzedają kubki wielorazowego użytku i obniżają cenę napoju jeśli się przyniesie ich kubek. Szkoda, że jest to tak mało popularne.

Zabawki, elektronika i inne

Nie wiem czy to moda amerykańska, czy też zjawisko zapakowywania wszystkiego na śmierć jest oznaką obecnych czasów. Nie raz zdarzyło mi się kupić coś tak szczelnie opakowanego w plastik, że bez nożyczek nie podchodź ("Palnikiem go, palnikiem" Stardust idealnie oddaje moją frustrację.) Szczelne plastikowe opakowania są irytujące, niebezpieczne (łatwo się nimi skaleczyć), nieekologiczne i po prostu zbędne. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego na przykład zabawki muszą być pakowane najpierw w kartonowe pudełko, potem w twardy plastik, a często jeszcze przytwierdzone drucikami tak, że żadne dziecko nie jest w stanie ich samodzielnie i bezpiecznie otworzyć. Jeżeli ktoś widział kubły ze śmieciami zaraz po Bożym Narodzeniu to wie, o czym mówię. Ludziska wystawiają 3-4 razy tyle śmieci co normalnie, z czego większość to zbędne opakowania. Po co, ja się pytam? Zaniechanie zapakowywania na śmierć byłoby tańsze, lepsze dla środowiska i oszczędziłoby czas. Niektórzy producenci już poluzowali pod presją dzisiejszej mody na ekologię i miejmy nadzieję, że trend pójdzie dalej. Byłoby to dobre nie tylko dla środowiska, ale też dla zdrowia psychicznego konsumentów.

Pamiętacie jeszcze luźne pęczki marchewki w wiklinowym koszyku, zaraz obok "gołego" bochenka chleba i kostki szarego mydła?

poniedziałek, 15 lutego 2010

Ostatnio na drogach paskudna breja. Mój samochód miał przód utytłany śnieżnym solankowym błotem tak grubo, że nie można było przeczytać tablicy rejestracyjnej. Żeby tego było mało, wszystkie szyby pokryte były warstwą zaschniętej solanki, tak że widoczność była kiepska. Nie tylko auto stało się źródłem docinków ze strony męża, teścia i znajomych, ale jego żałosny stan zauważyłam nawet ja.

Bardzo lubię swój samochód i pilnuję, żeby w środku był czysty, ale na zewnątrz zostawiam go samemu sobie. W końcu jest szary. W nocy wszystkie koty są szare, a w dzień wszystkie szare samochody wyglądają tak samo. Moje auto idealnie maskuje brud. Podczas 5-ciu lat posiadania samochodu, na palcach jednej ręki policzyć mogę ile razy auto doczekało się mycia karoserii. Nigdy w życiu nie byłam w myjni samochodowej, więc mycia odbywały się tylko latem. Po presją męża, nęcącego mnie zachecającą wizją czystego samochodu, wczoraj nadszedł czas na wycieczkę krajoznawczą do myjni. Akurat wracaliśmy od teściów z naszym psem na tylnym siedzeniu, kiedy mąż skręcił do znanej mu myjni laserowej, gdzie mycie odbywa się pod ciśnieniem bez konieczności dotykania samochodu myjkami.

Powoli wjechaliśmy do środka. Za nami zamknęły się drzwi garażowe i zdaliśmy się na pastwę zautomatyzowanego sprzętu. Wystające ramię zaczęło przesuwać się wzdłuż lewej strony z bardzo głośnym sykiem mocno uderzającej o szybę wody. Mój pies dostał szału i zaczął kręcić się w kółko. Zupełnie tego nie przewidziałam, bo przecież to był również mój pierwszy raz w myjni, a pies nie należy do bojaźliwych. W panice wgramolił się swoim 30-to kilowym cielskiem na wąskie oparcie pomiędzy dwoma przednimi siedzeniami, gdzie usadowił tyłek, przednie łapy wpakował mi na kolana, a ciężkim tułowiem przycisnął mnie do siedzenia, po czym zastygł w oczekiwaniu. Z tej pozycji z bardzo nieszczęśliwą miną obserwował przesuwające się wokół samochodu ramię. Wyglądał jak słoń siedzący na małym stołeczku, a ja ledwo mogłam oddychać. Nie mogłam go ruszyć nawet na milimetr. Kiedy w końcu opuściliśmy myjnię, on dalej siedział na przegródce, bo nie bardzo wiedział jak się zawrócić. Jego głowa prawie sięgała dachu i skutecznie blokował widok w lusterku wstecznym. W końcu pomogłam mu wymanerwować i bestia zlazła mi z kolan. Uff.

Kolejnej wycieczki z psem do myjni nie planuję, ale myślę, że skuszę się na wycieczkę bez psa, bo mój samochód wygląda wręcz znakomicie. Zupełnie jak nie mój. Ba, zupełnie jak nówka! Chyba się uzależniłam.

czwartek, 11 lutego 2010

Dzisiaj Tłusty Czwartek, a mi się przypomniał bardzo piękny okres mojego życia. Może nie tyle piękny, co nad wyraz smaczny i wybornie beztroski. Okres randkowania z moim mężem.

Mało mieliśmy czasu dla siebie w tygodniu, więc nadrabialiśmy w weekendy. W piątki po mnie przyjeżdżał i wybieraliśmy się na pizzę, a potem na pączki. Zamawialiśmy całą dużą pizzę i zjadaliśmy wszystko (tak: całą pizzę) dokładnie po połowie. Potem wybieraliśmy się do cukierni pączkowej Krispy Kreme. Krispy Kreme to legenda. Cukiernia jest małą zautomatyzowaną fabryczką pączków, w której cały proces robienia pączków można oglądać przez szybę od początku do końca. Jak zaszłam tam pierwszy raz, to powoli dreptałam za taśmą produkcyjną z otwartymi ze zdziwienia ustami jak mały dzieciak. Na samym końcu linii były gotowe pączki i bardzo miły pan czekał na mnie z pączkiem w ręku: "Would you like a free sample, Ma'am?" Pokiwałam tylko głową i przyjęłam darmowego pączka "na spróbowanie." Rozpływał się w ustach! Można by myśleć, że po darmowym pączku niczego więcej człowiekowi nie trzeba, ale po jednym zawsze chciało się więcej. One były tak lekkie w smaku... Lubowaliśmy się w zwykłych lukrowanych z serii "original." Zawsze chcieliśmy kupić "tylko" pół tuzina, ale zawsze jakoś tak wychodziło, że cały tuzin wychodził taniej, więc kupowaliśmy tuzin. Pół tego tuzina zjadaliśmy jeszcze tego wieczora, a kolejne pół na śniadanie w sobotę. Pączek za pączkiem popijany kawą. Ooooch!

Czy możecie to sobie wyobrazić? Mnie, zjadającą pół tuzina pączków tygodniowo plus pół dużej pizzy? No właśnie, stąd moja nostalgia, bo te czasy minęły bezpowrotnie. Po pierwsze, gdybym teraz tak jadła, nie zmieściłabym się w drzwiach. Po drugie, nie wiem dokładnie kiedy i dlaczego, ale pączki Krispy Kreme przestały mi smakować. Po trzecie, jedyna cukiernia Krispy Kreme w Syracuse zbankrutowała i już nie istnieje. Po czwarte, obecnie jestem w stanie zjeść najwyżej jeden kawałek pizzy, co stanowi zaledwie 1/8 pizzy, a nie 1/2. Jeśli zjem dwa, to pękam w szwach. Po piąte, oboje z mężem jemy dużo mniej niż wtedy i zupełnie inaczej. Zdrowiej, dużo zdrowiej. Ale jak miło powspominać!

Nie znaczy to, że stronię od pączków. Pączki uwielbiam, ale pozwalam sobie tylko od czasu do czasu. Niemniej jednak w tym roku mnie kusi, żeby sobie pofolgować. Dziś bowiem jest polski Tłusty Czwartek, a w przyszłym tygodniu jest amerykański Tłusty Wtorek. Czyli mogę sobie pofolgować dwa razy. Smacznego!

Jestem istotą przyziemną i praktyczną i nie lubię płacić więcej, kiedy mogę płacić mniej. Z tego powodu jestem klientką niskobudżetowego salonu fryzjerskiego sieci Supercuts.

Supercuts jest znane z tego, że obiecują taką samą fryzurę za każdym razem niezależnie od salonu. Coś jak McDonald's. Nowy Jork czy Los Angeles, hamburger w McDonald's będzie taki sam i tak samo fryzura w Supercuts. Moim zdaniem jest to bzdura, bo nawet jeśli fryzjerki przejdą przez identyczne szkolenie, nie zmienia to faktu, że efekt końcowy prawie nigdy nie jest taki sam, ale pal licho założenie jednolitości usług. Faktem jest, że w Supercuts włosy można sobie obciąć za $13, a z myciem, masażem głowy, pachnącym mokrym ręcznikiem na twarzy, modelowaniem i suszeniem za $20. Pasemka też tam robię za $20-$30, a wcale nie są złe. Żyć nie umierać.

Główną wadą Supercuts jest to, że trudno jest trafić na tę samą fryzjerkę, a jakość usług różni się drastycznie od jednej fryzjerki do drugiej. Przyziemnej mnie to wcale nie przeszkadza, alebowiem włosy to tylko włosy i można je odhodować lub ściąć. Spartaczysz? No big deal. Zdarzało mi się więc trafić na fryzjerkę wspaniałą, ale też i mniej wspaniałą, po której mąż mi w domu poprawiał nożyczkami. Tak czy inaczej jak już trafię na fryzjerkę wspaniałą, staram się pamiętać jej imię, ale prawie nigdy potem na nią nie trafiam. Bo: (1) akurat nie pracuje, (2) jest kolejka i jadę do innego salonu (mam ich 6 w promieniu 10 mil), (3) nie chce mi się czekać akurat na nią. Zeszłego lata trafiła mi się super fryzjerka o imieniu Kim, ale od tamtej pory ani razu na nią nie trafiłam, choć ZAWSZE o nią pytałam. No właśnie. Wczoraj wieczorem wybrałam się na ścięcie (hehe) i były tylko dwie panie. Żadna mi nie wyglądała na Kim, więc nawet nie pytałam. W ogóle przestałam się pytać o ich imiona, bo po co, skoro i tak na tę samą nigdy nie mogę trafić? Jak już wychodziłam, okazało się, że TA DRUGA fryzjerka to była Kim. Tylko, że ja jej nie poznałam. Moja fryzjerka za to obcięła mi włosy na medal, więc nie narzekam.

Czasem myślę, żeby tam pójść tylko po to, żeby umyto mi włosy i położono ten gorący ręcznik na twarz. Taki niskobudżetowy luksus ;).

wtorek, 02 lutego 2010

Różne wózki widziałam, ale takiego jeszcze nie. Bardzo mi się podoba.

statystyka