Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
piątek, 27 lutego 2009

Zgadałam się właśnie z koleżanką z pracy na temat jedzenia. Ona podgrzewała w mikrofali swój gotowy mrożony lunch SmartOne, a ja pieczoną pierś kurczaka z ziemniakami i dynią acorn squash – pozostałość z obiadu. Koleżanka zdziwiła się, że codziennie przynoszę lunch z domu i zawsze jest on przeze mnie własnoręcznie przygotowany od podstaw. Potem podzieliła się osiągnięciem swojej siostry, która schudła 30 funtów na diecie „nie z pudełka” – czyli po wyeliminowaniu ze swojej diety wszelkich gotowych szybkich potraw z pudełka typu Macaroni & Cheese, instant mashed potatoes, itp. Czy rzeczywiście jedzenie półproduktów może być aż tak tuczące? Bo że jest niezdrowe, co do tego nie mam wątpliwości.

Skoro już mowa o dietach, dwa dni temu podano w wiadomościach o „rewolucyjnym” odkryciu dotyczącym diet odchudzających. Przeprowadzono badanie, w którym 811 osób z nadwagą podzielone zostało na cztery grupy i każda z grup zastosowała inną dietę: dwie diety były niskotłuszczone, a dwie wysokotłuszczowe. Wnioski powalają z nóg: jeżeli zmniejszysz ilość spożywanych kalorii i dorzucisz trochę ruchu – schudniesz. Niezależnie od stosowanej diety. Kabaret „Otto” na to wpadł już wiele lat temu i bez kosztownych badań, kiedy panowie śpiewali o diecie-cud: „Chcesz zeszczupleć? Nie żryj tyle.” Teraz pozostaje zbadać czy w Syracuse, Chicago, Houston i San Jose po zachodzie słońca robi się ciemno.
czwartek, 19 lutego 2009
Niewiele ponad godzinę temu odszedł mój najukochańszy Dziadek. A ja nie mogłam z Nim być.

Dziadek w 2005 r.

poniedziałek, 16 lutego 2009
W pracy powołano specjalny komitet ekologiczny, żeby wyszukiwać źródła oszczędności środków i ochrony środowiska. Pierwszy pomysł to odzysk drukowanego papieru, na którego niezapisanej stronie można robić notatki. Papier taki oddaje się do naszej drukarni, która złoży z niego notesiki według zamówienia. Koszt złożenia notesu ze zużytego papieru: $56 za godzinę. Ot i pomysł szlag trafił, bo dla wydziału taniej kupić nowy, a nie wszyscy lubią pisać na luźnych kartkach.
17:30, anetacuse , Praca
Link Komentarze (6) »
piątek, 13 lutego 2009

Mój dziadek to mężczyzna z charakterem. Apodyktyczny i zdecydowany, pod skorupą czarującego i często nie znoszącego sprzeciwu faceta ukrywał dużą wrażliwość. Od niego można się było spodziewać dobrej rady bądź zasłużonego krytycyzmu, ale niezależnie od sytuacji zawsze był dla wszystkich podporą. Razem z moim ojcem i nieżyjącą już od dwudziestu lat babcią wychował mnie na porządnego człowieka. Zawodowo pracował umysłowo i daleko zaszedł. Po godzinach pracował fizycznie na rzecz rodziny, aby żyło nam się dobrze i wygodnie. Własnoręcznie zbudował trzy domy, posadził niejeden las i wykonywał ciężkie przydomowe prace fizyczne. Był silny jak wół i miał niespożyte zasoby energii. Zdałoby się, że wszystko umiał. Zreperował bądź zbudował ci co tylko chciałaś, wystarczyło poprosić. Był gawędziarzem z ogromnym poczuciem humoru oraz niezwykle żywą mimiką twarzy i gestykulacją. Po śmierci mojej babci do jego typowo męskiej roli doszła mu rola „kobiety pracującej” – jak się sam lubił określać. Prał, prasował, sprzątał, gotował, a nawet piekł wyborne ciasto czekoladowe z nazwą na literę „m.” Na mój przyjazd zawsze przygotowywał ucztę ze śledziem, wędlinami i własnoręcznie ukiszonymi ogórkami.

Kiedy dwa tygodnie temu po raz pierwszy zobaczyłam go nieprzytomnego na oddziale intensywnej terapii był to najtrudniejszy moment w moim życiu. Podłączony do niezliczonej ilości kroplówek i rur, pokłuty i posiniaczony, blady i zapadnięty, wyglądał tak strasznie, że trudno było powstrzymać łzy. W niczym nie przypominał dawnego siebie. Pomimo swego ciężkiego stanu miał przebłyski świadomości i poznawał nas. Lekarze byli powściągliwi, ale widać było, że nie liczą na poprawę.

Tydzień później zaczęto mu zmniejszać dawki leków aby go wybudzić i sprawdzić czy da radę sam oddychać. Nie tylko dał radę oddychać, ale z godziny na godzinę wyglądał coraz lepiej. Przeniesiono go z intensywnej terapii na normalny oddział. Jego rekonwalescencja nie będzie prędka ani łatwa, ale najważniejsze, że nadal jest wśród nas. Mamy go takiego jakim zawsze był: kochanego i apodyktycznego. Trudno mi będzie się dziś pożegnać, ale czuję wdzięczność i ulgę, że mieliśmy czas na wspólne spędzanie czasu i rozmowę. Dziś po raz kolejny będę mu mogła powiedzieć „do następnego razu.”

wtorek, 03 lutego 2009
Czas się zatrzymał. Północno-wschodnia Polska o tej porze roku jest zimna, nieprzystępna i opustoszała jak Antarktyda, zwłaszcza w weekendy. Tutaj i teraz czas kieruje się innymi prawami, huśta się w tą i z powrotem jak wahadło, ale nie idzie do przodu. Każdy dzień jest podobny do kolejnego, jest szaro i ciemno, bo słońce zachodzi jeszcze wcześniej niż w Syracuse. Moja rzeczywistość w Stanach wydaje się nieprawdziwa. Wszystkie sprawy służbowe i prywatne pozostawione tam, za oceanem, zatrzymały się i jakby nie istnieją. Nie mam obowiązków, nigdzie nie muszę być, do nikogo nie muszę dzwonić, nikt mnie nie szuka. Czas przepływa pomiędzy jedną wizytą u ukochanej osoby a drugą, a mierzony jest każdym nierównym uderzeniem serca, każdym samodzielnym lub wspomaganym przez maszynę oddechem, każdą kroplą destylowanej wody wyciśniętej na spierznięty język i każdym dotykiem ciepłego czoła czy dłoni. Pomiędzy wyprawami do szpitala żyję cierpliwym oczekiwaniem kolejnej wizyty. Taki stan zawieszenia jest dziwnie kojący, bo nie ma złych ani dobrych wiadomości i nie trzeba podejmować żadnych decyzji. Cieszę się więc każdą chwilą spędzając dni w swojej kapsule czasu.
statystyka