Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
czwartek, 22 stycznia 2015

Klient ma na karku kontrolę, więc od 4 tygodni (z przerwami na inne, ale równie intensywne zajęcia) grzebię się w stosach arkuszy kalkulacyjnych pełnych tysięcy części zamiennych elektronicznych i oprzyrządowania wyszukując igieł w stogu siana, porównując, wyłapując duplikaty, normalizując opisy i przygotowując pliki do ładowania nowych danych, które nie mogą być duplikatem już istniejących. Ślepnę i garb mi od tego rośnie, a plików napływa coraz więcej, a wszystkie mają być gotowe na wczoraj. Na dodatek nadal nie mam biura, więc pracuję na tylko jednym i to małym monitorze. Tym sposobem zleciał mi styczeń.

Biuro jest w trakcie remontu i powinniśmy się móc wprowadzić pod koniec marca. Póki co przyzwyczaiłam się do bycia w domu i zupełnie mi do nie przeszkadza.

Innym faktem wartym odnotowania są zawody sportowe w pracy (fitness challenge), które mają trwać do początku maja. Zrobili z nas trzy drużyny wg. lokalizacji geograficznej i codziennie notujemy przebieżone mile. Bieganie i chodzenie jest liczone w milach, a inne sporty są normalizowane i też przeliczane na mile wg ustalonego przelicznika. Schudnięte funty też przeliczane są na mile. Co tydzień wystawiane są podsumowania. Tym sposobem zaczęłam biegać, ale trochę za intensywnie podeszłam do tematu i zdążyłam się trochę wykończyć. Będę musiała trochę zwolnić (tzn. w moim przypadku zredukować zbyt ambitny dystans), aż się przyzwyczaję. Za to joga 2-4 razy w tygodniu całkiem mi służy.

Tak poza tym, postanowiłam jeszcze raz przeczytać całą serię Harrego Pottera, którego przeplatam z drugim tomem Gry o tron.

23:03, anetacuse , Praca
Link Komentarze (5) »
wtorek, 06 stycznia 2015

Zacznę od tego, że absolutnie się nie nudzę, zwłaszcza nie przez ostatnie kilka miesięcy. Ba, mogę wręcz powiedzieć, że tak ciekawie nie działo się u mnie od lat. Niemniej jednak moja ostatnia decyzja wymiany domowego komputera z peceta na maca dostarczyła mi morza nowych atrakcji tak absorbujących, że uciekły mi godziny życia.

Swoje laptopy trzymam długo i jestem w tej chwili na trzecim. Pierwszym laptopem, po złożonym domowymi metodami jedynym desktopie 386, był Dell. Wytrzymał 6 lat i 8 miesięcy po czym odszedł śmiercią nagłą i chyba naturalną. Potem był (jest) Sony Vaio. Ten trochę szwankował od początku, to wiatrak do wymiany, to problem z ekranem, ale nadal chodzi po 5,5 latach - tyle, że jak mucha w smole. Specyfikacje ma niezłe i można by przeinstalować OS, ale mi się nie chce, bo to dużo roboty, kupa danych do przeniesienia, a hardware wiek swój ma i nie wiadomo ile pochodzi. Pomyślałam, że zamiast czekać aż się pecet znienacka przekręci, powinnam go wymienić już teraz.

Pomysł na maca zrodził się jakiś czas temu i ostatnim razem przegrał z "nie chce mi się" i "wszystkie oprogramowanie mam na Windows", oraz "jakie to cholerstwo drogie." Tym razem do decyzji przyczyniły się "a co mi szkodzi, jeszcze tego nie próbowałaś", "jakie oprogramowanie? - prawie wszystko jest w chmurze", oraz "SSD (solid state drive) też są drogie." Nie ukrywam, że posiadanie siatki asekuracyjnej w postaci starego Sony i służbowego peceta decyzję mi ułatwiło. W Nowy Rok przytachałam do domu MacBook Air 11 cali.

Kto kiedykolwiek przesiadał się z peceta na maca lub odwrotnie wie, że do przyjemności to nie należy. Coś jakby wypuścić rybkę na pustyni, albo wielbłąda do oceanu. Ja niefortunnie zaczęłam od (a jednak) oprogramowania finansowego, które okazało się bardzo mizerne w wersji na maca, a eksport danych i sortowanie bałaganu przyprawiło mnie o ból zębów i głowy. Po niecałych dwóch dniach odkryłam też, że wyjątkowo paskudnie pracuje mi się na tak małym ekranie. Całe szczęście sklep z elektroniką gdzie kupiłam sprzęt przyjął lekko użytego maca do wymiany na MacBook Air 13 cali. Uff.

Zaczynając wszystko od nowa już na 13-to calowym ekranie zaniechałam eksportu danych i skonfigurowałam oprogramowanie finansowe od zera jednocześnie ucząc się obsługiwać nową wersję na nowej platformie i odkrywając prymitywne niedociągnięcia i brak wielu funkcji w porównaniu z wersją na Windows. Stwierdziłam, że da się z tym żyć. Przeniosłam bibliotekę iTunes używając Migration Assistant bezpośredno pomiędzy mac'em a pecetem przez wi-fi, co skończyło się niezamierzoną instalacją nowego konta dla mojego użytkownika. Dzięki wujkowi Google znalazłam jednak metodę na obejście tego irytującego stanu rzeczy i cała muzyka znalazła się na właściwym koncie. Skonfigurowałam polską klawiaturę. Rozwiodłam się z mężem, tj. założyłam mu własne konto Apple, bo już i tak paprały nam się telefony i wszystkie dane pływały sobie bez ograniczeń z jednego telefonu na drugi, oraz przekierowywały się nam rozmowy z jednego na drugi jak telefony były blisko siebie. Im dłużej babrałam się w systemie, tym bardziej mi się podobał i w końcu z ulgą stwierdziłam, że to jednak była decyzja, której nie będę musiała żałować.

To, co najbardziej podoba mi się w jabłku to estetyka i ergonomia, fizyczna i psychiczna. Nie jest to logiczna lista rzeczy, ale takie psychiczne "feels right, feels good" - dobrze się na nim pracuje, wszystko wydaje się takie jak raz. No i trackpad po prostu wymiata - wszystko można załatwić bez odrywania palca.

P.S. Ha, właśnie odkryłam, że dylemat "jabłko" czy "pecet" ostatnim razem został przedstawiony tu na blogu do opinii czytelników: 

http://syracuse.blox.pl/2008/10/Czas-na-rozwod.html

statystyka