Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
czwartek, 31 stycznia 2013

Kilka tygodni temu siedziałam późnym wieczorem na lotnisku czekając na samolot. Czekałam od wielu godzin, było mi zimno i byłam bardzo zmęczona. Zamarzył mi się kubek gorącej herbaty, który po dłuższym poszukiwaniu udało mi się w końcu kupić. Herbata była droga i niezbyt gorąca. Popijając ciepły napój mój wzrok nagle zatrzymał się na gniazdku. Pomyślałam, że gdybym tylko miała grzałkę, mogłabym sobie robić własną herbatę czy kawę rozpuszczalną w dowolnym miejscu, w którym jest dostęp do wody i gniazdka. Potrzeba mieć tylko grzałkę, kubek i torebkę z herbatą.

Nigdy nie spotkałam się z grzałką w Stanach, ale wyszukiwanie "immersion heater" na stronie Amazona przyniosło rezultaty. Koszt zakupu grzałki za $7 zwróci się średnio po 3-4 nie kupionych napojach. Siedmiodolarowa wolność.

Co ciekawe, nikt z moich amerykańskich kolegów nigdy takiej grzałki na oczy nie widział.

piątek, 25 stycznia 2013

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami i za oceanem, pewna pani od polskiego w pewnej polskiej szkole wpajała klasie zasady pisania listów. Wśród tych zasad znalazło się również wyrażanie szacunku dla odbiorcy poprzez zwracanie się do niego lub do niej z wielkiej litery:

  • Mówię Ci, Basiu, to była najpiękniejsza wystawa na jakiej kiedykolwiek byłam!
  • Nie wiem czy spodoba Wam się mój plan, ale pozwólcie, że go tu opiszę.
  • Mam do Pani dość osobliwą prośbę.

Tymczasem w polskojęzycznym internecie wyrośli, jak grzyby po deszczu, wielbiciele wszelakich "ci" za wszelką cenę pisanych z wielkiej litery zupełnie bez powodu:

(Link to oczywiście tylko kolejny przykład zdania, w którym "ci" powinno być pisane z małej litery, a nie przykład błędu.)

O ile nikt nie ma w zwyczaju pisać "tamci" z wielkiej litery w środku zdania, o tyle całe rzesze pisują "ci" z wielkiej litery w środku zdania pomimo, że nie jest ono użyte jako zwrot osobowy.

Moją osobistą preferencją jeste używanie "Ci" z wielkiej litery jeśli zwracam się do konkretnej osoby, ale jeśli podaję przykład ogólny gdzie "ci" reprezentuje bliżej nieokreśloną grupę, to piszę z małej.

01:57, anetacuse , Język
Link Komentarze (21) »
czwartek, 24 stycznia 2013

Określenie osoby mającej tendencje do wbijania noża w plecy innym kiedy tylko się odwrócą, przeważnie w przenośni. Słowo najczęściej używane w kontekście zawodowym do określenia osób, które prą do celu po trupach kosztem innych.

Back - plecy (rzeczownik).

Stab - ukłuć, wbić (czasownik).

17:58, anetacuse , Język
Link Komentarze (11) »
środa, 23 stycznia 2013

Ostatnio wpadła mi pod choinkę pewna książka, która diametralnie zmieniła moje podejście do rzeczy i swojego najbliższego otoczenia. Dodam, że wpadła mi w dość oryginalny sposób, gdyż mój tata, który kupił sobie papierowy egzemplarz, bardzo mi ją polecał, ale że nie miałam możliwości jej nabycia (nie licząc zakupu i wysyłki egzemplarza z Polski), zeskanował mi ją, obrobił i wysłał na Kindla. Książka to "Sztuka minimalizmu w życiu codziennym" autorstwa Dominique Loreau.

Książka jest przede wszystkim o tym jak odgracić i uporządkować swoją przestrzeń życiową, ulepszając tym samym jakość życia i redukując stres. Pomimo, że wiele pomysłów w książce wydaje się oczywiste, podczas gdy inne wydają się radykalne i kontrowersyjne, efekt końcowy - przynajmniej w moim przypadku - jest bardzo elektryzujący: diametralnie zmienia się spojrzenie na otaczający cię świat. Poza praktyką minimalizmu autorka książki podkreśla także jak ważne jest otaczać się przedmiotami ładnymi, solidnymi, o pozytywnej konotacji emocjonalnej, takimi które lubimy i które sprawiają nam przyjemność.

Inną ciekawą kwestią jest dawanie prezentów, które autorka przedstawia jako obarczanie otrzymującego czymś, czego być może nie chce, nie potrzebuje lub mu się nie podoba. Wg. autorki, z czym się absolutnie zgadzam, najlepsze prezenty to takie "do konsumpcji" typu kawa, herbata, butelka wina, czekoladki, perfuma, masaż, bilet do teatru, świeczka zapachowa czy usługa typu sprzątanie domu, które nie muszą być przechowywane i odkurzane na czyjejś półce.

Zdecydowanie jestem winna nadmiernej konsumpcji z długą listą zakupów, których żałuję i z którymi rozstanę się bez żalu. Z drugiej strony bardzo przywiązuję się do wybranych przedmiotów codziennego użytku i bardzo o nie dbam. Po przeczytaniu tej książki po raz pierwszy zdałam sobie sprawę jak bardzo jestem zasypana rzeczami, których nie potrzebuję. Mój dom nie wydaje się zagracony, a jednak przeprowadzka po przeprowadzce zabierałam ze sobą rzeczy, których albo nie używałam nigdy, albo od dobrych kilku lat. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z absurdu tej sytuacji. Niby nikomu nie przeszkadzają leżąc gdzieś na dnie szafy, ale po co? Pod moim dachem zaczęła się Wielka Czystka.

Na początku myślałam, że uporam się z tym w weekend lub dwa, ale kiedy zaczęłam robotę, dałam sobie na to rok. Problem z odgracaniem leży w tym, że chciałabym pozbyć się nadmiaru rzeczy ekologicznie, czyli najlepiej nadając im drugie życie u kogoś, komu się przydadzą lub kogo ucieszą, a nie wysyłać je na śmietnik. Zaczęłam patrzeć na rzeczy inaczej. Weźmy np. bardzo zagraconą szufladę kuchenną. Wcześniej ją otwierałam w celu znalezienia np. chochli. Widziałam jej zawartość wybiórczo, czyli właśnie chochlę lub inne przydatne rzeczy, bo te nieprzydatne były dla mnie od lat niewidzialne. Po przeczytaniu książki nastąpiła u mnie swoista inwersja: po otworzeniu tej samej szuflady natychmiast widziałam wszystko to, czego właśnie NIE używam i NIE potrzebuję. Natychmiast to usunęłam niczym szumowiny z powierzchni rosołu. Pozbywam się przedmiotów wg. trzech kategorii:

1. Rzeczy, których nie potrzebuję. 

2. Rzeczy, których nie używam lub używam tylko sporadycznie i mogę się bez nich obyć.

3. Rzeczy, których nie lubię.

Dodatkowo, rzeczy dzielę na te dobre/funkcjonalne i te do kitu. Te pierwsze komuś oddaję, te drugie wyrzucam. Skoro ja ich nie lubię, czemu miałabym je opychać innym?

Najlepszym ujściem mojego nadmiaru stało się biuro. Wystarczy wystawić przedmiot z notką "free" przy kuchni i przeważnie do lunchu już go nie ma. Niektóre droższe przedmioty wystawiam na sprzedaż, ale niewiele i zawsze najpierw pytam wśród znajomych.

Odgracanie jest niebywale terapeutyczne. Nagle znalezienie chochli zajmuje mi dużo mniej czasu, bo szuflada już nie pęka w szwach. Czuję zwolnioną przestrzeń swego domu fizycznie i psychicznie, jest mi lekko na duszy, a te same codzienne zadania stają się stopniowo jeszcze łatwiejsze. Powoli i metodycznie wyrzucam, oddaję, planuję, kupuję. Tak, kupuję więcej rzeczy. Nagle zapragnęłam niektóre rzeczy zastąpić czymś lepszym, ładniejszym, bardziej ergonomicznym, solidniejszym, z czym nie mam złych wspomnień. Rzeczy, które kupuję lub planuję kupić nie są kolejnym przedmiotem w domu, ale następcą. Nie dodaję, tylko odejmuję i zastępuję. Książka pomogła mi też pohamować pewne zakupy w kontekście długiego rzędu przedmiotów, które niedawno udało mi się "wyprowadzić." Myślę o tym, ile wysiłku kosztowało mnie pozbycie się czegoś i od razu staję się mniej skora do nieprzemyślanego zakupu. 

Ten trend przeniósł mi się również na biuro, w którym urządziłam jednorazową czystkę, oraz na męża, który w końcu zaczął wyrzucać niektóre swoje zeszmaciałe ubrania. Wyrzucamy, oddajemy, sprzedajemy, sprzątamy, porządkujemy i przeorganizowujemy. Czego i Wam życzę.

wtorek, 22 stycznia 2013

Ostatnio u Sporothrix przeczytałam bardzo ciekawy i pouczający artykuł nt. problemów z oczami spowodowanymi wyhodowanymi na powiece roztoczami. Artykuł zainteresował mnie m.in. dlatego, że w ostatnim okresie napadają mnie powtarzające się zapalenia spojówek i powiek, tymczasem ani jeden ze specjalistów, u których się konsultowałam nawet się nie zająknął o higienie oka ani potencjalnych przyczynach moich kłopotów. Oczywiście nie wiem na pewno, czy dorobiłam się żyjątek, ale zależy mi na propagowaniu artykułu Sporothrix ze względu na sprawę podejścia do higieny oka.

Nie wiem jak wychowano Was, ale mi tłuczono do głowy, że skóra wokół oczu jest bardzo delikatna i sie łatwo wysusza, więc nie należy używać mydła, a najlepiej używać mleczka kosmetycznego. Różnie mi wychodzi, czasem używam mydła, czasem mleczka, ale najczęściej używam samej ciepłej wody. Jak się okazuje, higiena oka jest bardzo ważna i najlepiej nadaje się do niej szampon z dodatkiem olejku z drzewa herbacianego.

To tyle ode mnie. Bardzo zachęcam do przeczytania źródła tutaj:

http://sporothrix.wordpress.com/2013/01/20/buszujace-w-rzesach/

Powszechnie wiadomo, że wiele elektronicznych książek w domenie publicznej można ściągnąć zupełnie legalnie i za darmo z sieci. Tymczasem pewien człowiek o nazwisku Andrzej Skorwon skonstruował katalog, który umożliwia przeszukiwanie i ściąganie polskojęzycznych książek domeny publicznej bezpośrednio na czytnik z dwóch serwisów: Wolne Lektury i Bookini.pl. Ponieważ katalog jest dostępny zarówno w formacie .mobi jak i .epub, działa on na wszystkich czytnikach, które współpracują z tymi formatami.

W skrócie przedstawia się to tak:

1. Jednorazowo ściągasz katalog w odpowiednim formacie na swój czytnik stąd: 

https://github.com/andsko/ebook_catalog

2. Używasz katalogu na czytniku do znalezienia książki.

3. Mając włączone wi-fi lub 3G na czytniku, klikasz na książkę aby ją bezpośrednio ściągnąć na czytnik.

Więcej informacji na blogu Świat Czytników: 

http://swiatczytnikow.pl/katalog-ksiazek-z-bookini-i-wolnych-lektur-prosto-na-czytnik

poniedziałek, 14 stycznia 2013

W maju wybieramy się na parę dni do Chicago odwiedzić przyjaciół. Oczywiście liczę również na spotkania z tamtejszymi blogowiczami. Mam dylemat taki, że nie mogę się zdecydować jak tam dotrzeć. Bilety lotnicze są drogawe. Jeśli wziąć pod uwagę opłaty parkingowe, za bagaż i za opiekę nad zwierzętami, suma krótkiego wypadu będzie się równać niezłym wakacjom. Jest pociąg we w miarę przystępnej cenie, ale jakby się chciało wykupić kuszetkę, to też kosztuje to majątek. Osobiście skłaniam się do wyjazdu samochodem. To bagatela 700 mil i jakieś 11-13 godzin podróży w jedną stronę. Do tej pory jeździłam do Maine i Quebec, co zajmowało 10 godzin. Wprawdzie jadąc samochodem ma się dwa pełne dni w plecy, a pociągiem dwie pełne noce, ale latanie już też nie jest aż tak czasowo wydajne jakby się wydawało. Co myślicie?

piątek, 11 stycznia 2013

Tygodniowa podróż w okolice Waszyngtonu okazała się wyjątkowo ciekawa. Praca nad nowym projektem, w nowym miejscu i z nowymi ludźmi, spotkanie ze znajomymi blogowiczami pierwszy raz w realu, spotkanie ze starym przyjacielem po latach i kilka wypadów z klientami wystarczyły, aby ekscytacja i pęd życia spędzały sen z powiek.

Rejon Waszyngtonu jest bardzo ładny. Jest dużo czyściej i schludniej niż np. w Nowym Jorku (mieście, nie stanie) no i klimat jest inny, więc pomimo zimy można się dopatrzeć więcej zieleni i jest dużo cieplej. Tylko korki takie same albo gorsze. Dojazdy z pomocą GPSa okazały się bezproblemowe, a bezpośredni lot z Syracuse do stolicy był przyjemnie krótki.

Projekt okazał się być z tych wyżymających mózg do sucha. Wysoki poziom koncentracji w tygodniu do reszty męczył, ale też przynosił satysfakcję. Nowy aspekt mojej pracy jest obiecujący i wygląda, że będę tu przyjeżdżać częściej, zwłaszcza że mam jeszcze jeden - inny - projekt dla tego samego klienta, nad którym mam pracować w najbliższych miesiącach. Poznałam też kolegów z tutejszego biura mojej firmy. Ogólnie tutejsze biuro jak i jego atmosfera bardzo mi przypadły do gustu.

Gwoździem mojego tygodnia było spotkanie ze Sporothrix i Miskidomleka. Ta przemiła (w realu ;)) para naukowców gościła mnie na kolacji i poświęciła mi swój wieczór na kilka godzin ciekawej rozmowy, która skończyła się tylko dlatego, że godzina była już niemłoda. Wieczór był ciekawy z wielu powodów. Po pierwsze, po komplikacjach ustalenia w miarę łatwego do dojazdu miejsca spotkania okazało się, że coś się w okolicy stało, bo zjechała się policja i straż pożarna, zamknięto most i w rezultacie cała okolica stała się skutecznie i kompletnie "zakorkowana." Podjęliśmy więc ryzyko porzucenia samochodów w nieautoryzowanym miejscu i wybrania się do ustalonej restauracji pieszo. Był to chłodny lecz przyjemny spacer zaakcentowany wymianą podstawowych danych na swój temat. Po drugie, moi towarzysze zaskoczyli mnie tego wieczoru dwa razy. Najpierw tym, jak bardzo byli młodzi. Znając ich przez internet (o tyle o ile) od kilku lat, spodziewałam się ludzi w moim wieku lub trochę starszych, tymczasem byli sporo młodsi. Drugi raz zaskoczyli mnie tym, że okazało się, że oni jednak SĄ starsi, a na młodszych tylko wyglądają. Sądząc po wyglądzie można przypuszczać, że mają bezpośredni dostęp do lubczyku młodości. Zanim opuściliśmy lokal zdążyliśmy wymienić się sporą liczbą faktów i opinii. Powrót nieco inną drogą był równie przyjemny tym bardziej, że zastaliśmy nasze auta w stanie nienaruszonym i obyło się bez mandatu. Mam nadzieję na więcej takich miłych spotkań.

Spotkanie ze starym przyjacielem po ponad 5 latach też było fajne. Wymieniliśmy się nowościami, ale tak naprawdę niewiele się zmieniło i było tak, jakbyśmy widzieli się dopiero wczoraj.

Tyle się w tym tygodniu wydarzyło, że mam wrażenie jakbym prowadziła podwójne życie. Rzadko aż tyle się dzieje na moich podróżach służbowych, zwykle pozostawiona sama sobie chodzę na samotne kolacje i spędzam czas z książką lub laptopem. Dziś tydzień dobiega końca i jestem zwyczajnie zmęczona. Mój lot powrotny jest dopiero przed 11 wieczór, więc czekają mnie długie godziny czytania na lotnisku, co mi zupełnie nie przeszkadza. Ale najpierw muszę skończyć dzień w biurze i tam dojechać.

Mój wirtualny świat znajomych blogerów robi się coraz bardziej realny. Jak do tej pory osobiście poznałam 7 osób z blogosfery i myślę, że to jeszcze nie koniec. Bardzo się z tego cieszę, bo takie znajmości bardzo wzbogacają jakość życia.

Jutro się w końcu wyśpię. Chyba?

21:15, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (9) »
czwartek, 03 stycznia 2013

Z nowym rokiem skończyła się tymczasowa ulga podatkowa na składkę Social Security (odpowiednik polskiego ZUS-u) wprowadzona przez rząd Obamy dwa lata temu, która obniżyła opłaty z 6.2% do 4.2% dochodów na okres dwóch lat. W rezultacie tegoroczna wypłata jest o 2% chudsza, bo znów nam odliczają 6.2%. 2% to dużo, zwłaszcza jeśli się to przeliczy na miesiąc z wyliczniem ile za to obiadów, baków paliwa czy innych dobrodziejstw można kupić. W moim przypadku utracona kwota była w stanie wyżywić mnie i męża przez dwa tygodnie.

Taka jednak natura ludzka, że zamiast się cieszyć z tymczasowego zysku (2% dodatkowego dochodu przez dwa lata), to się człowiek zżyma ze straty. Miliony ludzi odczuje tę zmianę na dniach. Wniosek? Kto daje i zabiera ten... wkurwia odbiorcę. Czy byłoby lepiej, gdyby tej ulgi nie było w ogóle?

wtorek, 01 stycznia 2013

128.7 funtów. Tyle w pierszym dniu roku 2013 wynosi moja waga. Marzenie ściętej głowy od dekady, osiągnięte przypadkowo dzięki chorobie. Ale nie tylko. 

Przejechałam do Stanów w 1999 roku ważąc ok. 130 funtów przy wzroście 5'7" (170 cm). Przez kolejne pięć lat waga "przeniosła się" do 140 i tam stanęła. Nieważne co robiłam, ważyłam w okolicach 140 funtów przez kolejne parę lat. W zasadzie już się z tym pogodziłam, bo najważniejsze, że waga była stała. 

W ostatnich trzech latach udało mi się osiągnąć co uznałam za niemożliwe: przekalibrowałam swoją wagę do zakresu 132-135 funtów i utrzymuję ją bez problemu. Do końca nie wiem, co było decydującym czynnikiem, że waga bardzo powoli spadła i tam została, ale przypisuję to po części zaprzestaniu brania tabletek hormonalnych oraz ćwiczeniom siłowym.

Ćwiczenia siłowe okazały się być moim złotym środkiem, który wyprzedził w rezultatach wszelkie ćwiczenia aerobowe. Ponieważ nigdy nie udaje mi się utrzymać stałej rutyny ćwiczeń ani siłowych, ani aerobowych, a tym bardziej jednych i drugich równolegle, ćwiczenia siłowe okazały się mieć lepsze długotrwałe efekty na mój organizm.

Przez ponad rok korzystałam z zajęć GroupPower na siłowni, ale ostatnio zrezygnowałam z członkostwa, gdyż za bardzo jestem w rozjazdach.

Zastanawiam się, czy uda mi się wykorzystać okazję nowoosiągniętego progu wagowego, aby na stałe przesunąć licznik poniżej 130. Czas pokaże.

statystyka