Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
niedziela, 31 stycznia 2010

Proszę się nie wystraszyć. Oto ja przed wieczornym spacerem z psem podczas nieziemsko niskiej temperatury, śnieżycy i wichury. Kiedy normalni ludzie siedzą w domu z kubkiem herbaty z rumem, ja zasuwam z psem po polach golfowych przy świetle księżyca. Bo psu tylko upały straszne, a temperatury arktyczne nie. I nie, pies nie nosi żadnych sweterków czy bucików, tylko to, w czym się urodził.

wtorek, 26 stycznia 2010

Ja z tych nietekstujących, ale w obliczu narodzin pewnego młodego człowieka w Irlandii, SMS-y okazały się najlepszą formą komunikacji. Jak przy pierwszych wieściach o przebiegu porodu odebrałam SMS-a o 5-tej nad ranem, odpisałam bratu w ślimaczym tempie kląc siarczyście do męża, że tyle lat przeżyłam bez, a teraz jakiś dzieciak uczy mnie pisać SMS-y jednym palcem w ciemnicy o nieludzkiej godzinie w sobotni poranek.

Dziś wysłałam bratu swoje ostatnie przemyślenia. Wyglądało to tak:

Ja: Usteczka ma  .

On: ? Ja tez mam;-)

Ja: &^$#@ z tymi smsami. Mialo byc 'usteczka ma olgi'.

On: Hehe:-) cwicz kciuk. Uszy za to nasze. Oldze sie dzis wydaje, ze jest najbardziej podobny do Ciebie:-).

Bo oczywiście ja tak zacięcie szukałam jak ustawić na wielkie litery, żeby napisać "Olga", że mi się niechący wysłało w połowie.

18:52, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (5) »

Nie wiem gdzie ja się uchowałam, ale dzisiaj po raz pierwszy w końcu dowiedziałam się, co to jest pizza śniadaniowa (breakfast pizza). Otóż jest to pizza z jajecznicą z bekonem, szynką i kiełbasą. Sądząc po szale amerykańskiego społeczeństwa na jej punkcie, chyba smaczna. Ja jednak obstaję przy płatkach owsianych na śniadanie i ewentualnie pizzy z warzywami na obiad.

17:05, anetacuse , Jedzenie
Link Komentarze (8) »
sobota, 23 stycznia 2010

Niespełna rok temu pożegnałam bardzo bliskiego mi członka rodziny. Dziś powitaliśmy nowego o tym samym nazwisku. Mój bratanek urodził się przez cesarskie cięcie niespełna pół godziny temu w Irlandii. 4.25 kg / 9.6 lbs - i tylko tyle na razie wiemy. Pierwsze dziecko po tej stronie rodziny od prawie 29 lat, czyli od urodzin mego brata. Now I'm off the hook ;).

Wiktor Karol w trzecim dniu życia:

piątek, 22 stycznia 2010

Miewam momenty, że chce mi się zaczynać życie od początku i dostaję chrapki na zmianę zawodu. Ostatnio główkowałam nad zostaniem dietetykiem (RD - Registered Dietitian). Bliższy wgląd w kolejne studia magisterskie szybko sprowadził mnie na ziemię.

Syracuse University (SU) posiada wiele ciekawych i obecujących studiów. Studia magisterskie, w zależności od programu, wymagają 30-40 godzin kredytowych (credit hours). Jedna godzina kredytowa to około 15-16 godzin zwykłych. Jedne zajęcia na semestr to zwykle 3 godziny kredytowe, a jeśli wliczone są ćwiczenia np. w laboratorium to 6 godzin kredytowych. Pisanie pracy magisterskiej też przeliczane jest na godziny kredytowe, za które - jak za wszystkie inne - płaci się czesne. Tak, ty urabiasz się po łokcie pisząc pracę, a uniwersytet za to zgarnia pieniądze. To samo jest z praktykami. Praktyki płatne czy nie, ty płacisz czesne dla uniwersytetu, żeby z nich skorzystać. Dochodząc do sedna sprawy, jedna godzina kredytowa na Syracuse University kosztuje $1,117. Czyli mowa tu o $3,351 za jedne zajęcia. Fakt, Syracuse University jest uniwersytetem prywatnym i drogim, a koszta studiów są różne na różnych uniwersytetach. Niemniej jednak powala mnie z nóg, że zrobienie magisterki na SU kosztuje $45,000-$50,000 licząc tylko koszt czesnego, opłat i podręczników.

Poza zapłaceniem za studia gotówką lub wzięciem pożyczki, istnieje opcja asystentury takiej jak Graduate Assistantship czy Teaching Assistanship. Asystentura polega na pracy na rzecz uniwersytetu około 20-tu godzin tygodniowo w zamian za pokrycie czesnego i skromną wypłatę. Asystentury są trudne do zdobycia jeśli nie jest się studentem doktoranckim, a przyznawane są najbardziej obiecującym lub najlepiej wykwalifikowanym na daną pozycję kandydatom. W zamian za tytuł magistra i zero długu w banku oddajesz w leasing ciało i duszę.

Czasem warto nabrać perspektywy i nie sięgać po każdy świecący się przedmiot.

niedziela, 10 stycznia 2010

Składniki na 8 placków tortilla o średnicy ok. 8 cali:

  • 1 szklanka mąki kukurydzianej (corn flour, nie corn meal)
  • 2/3 szlanki wody
  • 1/8 łyżeczki soli

Oprzyrządowanie:

  • Miarka do wody i mąki
  • Miska
  • Dwa grube kawałki folii (najlepiej zrobić z jednej torby Ziplock)
  • Prasa do placków tortilla lub ciężki przedmiot do ręcznego rozpłaszczania placków
  • Comal lub patelnia

Wyrobić ciasto żeby było miękkie. Podzielić na 8 części i utworzyć 8 kulek. Kulki powinny być wielkości piłki golfowej. Podgrzać suchą patelnię. Rozpłaszczyć kulkę ciasta pomiędzy dwoma kawałkami folii aby była bardzo cienka. Zakryć pozostałe kulki wilgotnym ręcznikiem, żeby nie wysychały. Piec gotowy placek na rozgrzanej patelni około 50 sekund z obu stron. Mają się pojawić bąble powietrza i brązowe plamy.

Doświadczenie pokazało, że bardzo ciężko jest ręcznie rozpłaszczyć kulki do odpowiedniej grubości, przez co placki wychodzą za grube i za małe. Ręczne spłaszczanie placków jest powolne i męczące. Trzeba też uważać, żeby nie zrobiło się zagięcie w folii, bo takie zagięcie rozetnie placek podczas wyciągania. Cała reszta prosta jak budowa cepa.

Moja pierwsza próba wyszła taka sobie właśnie ze względu na brak prasy do placków, niemniej jednak placki są zjadliwe oraz da się je pociąć, podsuszyć i używać jako chipsy tortilla. Mniam.

sobota, 02 stycznia 2010

Nie muszę Wam mówić jak bardzo interesuje mnie zdrowe żywienie i jak bardzo pilnuję co sobie wkładam do talerza. Im mniej przetwarzane, tym lepiej. Niestety nie jestem na tyle zamożna żeby rzucić pracę zawodową na rzecz założenia własnej farmy i hodowania własnego jedzenia, dlatego nadal polegam na przemyśle spożywczym. Kupuję gotowe placki tortilla, jak również chleb, salsę, makaron, krakersy, tofu, seitan i parę innymi rzeczy, których nie robię w domu od podstaw. Przy czym staram się dokładnie czytać skład kupowanych produktów, żeby nie kupować w ciemno. To też zabiera wiele czasu, stąd mam "sprawdzone" produkty i kupuję najczęściej te same.

Odkąd przeszłam na wegetarianizm 10 miesięcy temu, bazę kupowanych przeze mnie produktów musiałam zbudować praktycznie od podstaw. W ten sposób wyrobiłam sobie listę bezmięsnych rzeczy, które kupuję. Nie daj boże zachciałoby mi się przejść na absolutny weganizm, to musiałabym przestać kupować cokolwiek przetwarzanego, bo prawie wszystko zawiera jakąś formę nabiału. Na przykład teoretycznie beznabiałowa śmietanka do kawy firmy International Delight zawiera pochodną nabiału kazeinę, która nie jest uważana za nabiał przez FDA ze względu na sposób jej pozyskiwania, natomiast przez rabina jest uważana za nabiał i naznaczona symbolem KD. Przemysł spożywczy ogólnie lubuje się w ograbianiu produktów z ich naturalnych atrybutów tylko po to, aby w późniejszej fazie przetwarzania dodać sztucznie wprowadzane atrybuty, na przykład witaminy. I tutaj dochodzę do sedna sprawy.

Dziś wieczorem na obiad mieliśmy burrito. Podsmażane organiczne grzyby z cebulą, cukinią i seitanem podane na placku tortilla z salsą i kiełkami. Kiedy podsmażałam warzywa coś mnie tknęło i zaczęłam podczytywać opakowanie naszych ulubionych pełnoziarnistych placków tortilla, bo wyglądały trochę inaczej niż zwykle. Z miejsca trafił mnie szlag! W składzie placków znajdował się bowiem... olej z sardynek i śledzi oraz żelatyna z tilapi. W plackach tortilla! Moje nadzienie burritowe zjadłam z chlebem. Wkurzyło mnie, że producent zmienił skład swoich placków tak drastycznie bez uprzedzenia czy ostrzeżenia. Na opakowaniu dodano tylko, że placki są grubsze i zawierają tłuszcze Omega-3. Tłuszcze Omega-3 mogą pochodzić z siemienia lnianego, więc do głowy by mi nie przyszło szukać tam ryb.

Tak, my biedni Amerykanie bez własnego rozumu. Przemysł spożywczy nas uratuje! Od samych siebie. Jedz jogurt Activia na regularne sranie, a rybkę w plackach tortilla, bo inaczej nie poradzisz. Jestem zdegustowana.

piątek, 01 stycznia 2010

Minęły czasy, kiedy wracało się z imprez sylwestrowych o 4-tej czy 6-tej nad ranem, po czym przesypiało się pierwszy dzień Nowego Roku. Teraz nie tylko wątpię, czy wytrzymałabym do takiej nieludzkiej godziny, ale nawet mnie takie imprezowanie nie pociąga. Poza tym, żeby się dostać na jakąkolwiek imprezę z amerykańskiej suburbi trzeba jechać samochodem, a jak jechać, to nie pić. Żalu nie mam, tylko naturalnie nasuwające się porównania.

W tym roku moją sylwestrową rocznicę ślubu spędziliśmy z mężem niezwykle sympatycznie. W ciągu dnia odwiedziliśmy teściów w odległym o niecałą godzinę miasteczku i zabraliśmy ich na lunch. Wieczorem poszliśmy na romantyczną kolację do eleganckiej restauracji całe pół mili od naszego domu. No, może milę. Mąż spożył wykwintnie podany stek z tuńczyka Ahi, a dla królika sałata, edamame i dwie boskie truskawkowe martini. Reszta wieczoru odbyła się na skórze niedźwiedziej* przed kominkiem, przy świecach, choince, dobrej muzyce i winie. Program wieczoru, między innymi, zawierał obejrzenie naszego ślubu na laptopie i sesję fotograficzną głupawych-szczęśliwych zdjęć. Na koniec załapaliśmy się jeszcze na obejrzenie opadającej kuli na Times Square i noworoczny pocałunek. Nie ma to jak dobry początek Nowego Roku!

*czyt. dwie izolowane wygodne maty kempingowe

WSZYSTKIM WAM SERDECZNIE ŻYCZĘ SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!

17:07, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (2) »
statystyka