Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
środa, 28 stycznia 2009

Z powodu tragedii rodzinnej zawieszam pisanie do odwołania. Jutro lecę do Polski na ponad dwa tygodnie. Proszę o modlitwę za mego ukochanego dziadka, który teraz walczy o życie.

wtorek, 27 stycznia 2009

Wierzę w równouprawnienie kobiet i mężczyzn, również w odniesieniu do deski sedesowej. W moim domu rodzinnym pozycja deski sedesowej nigdy nie była problemem. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy po wejściu w dorosłe życie zostałam uświadomiona o Wielkiej Międzypłciowej Bitwie o Deskę Sedesową. Dostrzegłam to dopiero po wyjściu za mąż.

Sprawa deski nigdy nie ujrzała światła dziennego w moim małżeństwie, bo szczerze mówiąc wisi mi w jakiej pozycji jest deska. Od tego mam ręce, żeby położyć lub podnieść deskę do pozycji mi dogodnej. Natomiast dowiedziałam się, że większość moich znajomych płci żeńskiej mego poglądu na deskę nie podziela. Kiedyś gościliśmy u siebie znajome małżeństwo. Moja koleżanka z dumą poinformowała mnie, że jej mąż jest dobrze wytrenowany, bo zawsze opuszcza deskę sedesową. Hę? Wytrenowany??? Pomyślałam, że do trenowania jest pies, a nie mąż. Mąż to partner życiowy, z którym można najwyżej pójść na kompromis jak już komuś bardzo na tej desce zależy. A na głos zapytałam, o co chodzi z tą deską. Koleżanka wytłumaczyła, że skoro w domu mieszkają kobiety, to deska zawsze powinna być opuszczona. To się dopiero zdziwiłam! Argument mnie nie przekonał, bo równie dobrze można powiedzieć, że skoro w domu mieszkają mężczyźni, to deska zawsze powinna być podniesiona. Skoro ja sikam na siedząco, a mąż sika na stojąco, dlaczego on ma mi ustawiać deskę, a ja jemu nie? Wystarczająco miły jest fakt, że facet podniesie deskę, zamiast na nią nasikać. Dlaczego jednak ma podnosić deskę, żeby się wysikać, a potem ją opuszczać, a kobieta ma siadać na gotowe? Z punktu widzenia równouprawnienia, skoro mężczyzna może sobie podnieść deskę, to kobieta może ją sobie opuścić.

Zastanawiam się, czy problem z pozycją deski jest rzeczywiście tak szeroko rozpowszechniony jak mi się wydaje i czy tylko w Stanach. Słyszę o tym od wielu ludzi i widzę to w amerykańskich filmach. Np. w filmie „Bruce Almighty” tytułowy Bruce najpierw uczy psa załatwiać się do sedesu, a potem opuszczać deskę. Czyli chyba coś jest na rzeczy.

Dla niezdecydowanych proponuję rozwiązanie alternatywne: zawsze zamykać klapę od sedesu. Raz, że wtedy mniej bakterii lata po łazience i osadza się na twojej szczoteczce do zębów; dwa, że twój pies będzie się mógł napić wody jedynie z własnej miski; a trzy, że wtedy nikt nikomu nie musi specjalnie ustawiać deski.
poniedziałek, 26 stycznia 2009
Jak zwykle wstałam o 6 rano, nalałam sobie kawy i zasiadłam przed kompem. Chwilę później do kuchni wszedł mój mąż i położył mi rękę na ramieniu. Jak nie wrzasnę i nie skoczę! Spłoszony mąż cofną rękę i zaczął przepraszać, że mnie wystraszył. A ja się darłam, bowiem dokładnie w tym samym momencie kiedy on mnie dotknął, zza tylnej części monitora mego laptopa wylazł wielgachy pająk i zaczął pełznąć po ekranie. Nadal wrzeszcząc jak opętana wskazalam mężowi paluchem pająka. Błysk zrozumienia wypłynął mu na twarz i podążył po ręcznik papierowy szybko uśmiercając bestię. Jak na bardzo mroźny poranek ogarnęła mnie fala gorąca. Cóż, nie lubię dzielić się komputerem.
niedziela, 25 stycznia 2009

Jak długo można zamiatać brudy pod dywan? Jak długo można ignorować nieprawidłowo funkcjonujące sprzęty? Ano długo, ale tylko do czasu, aż się przepełni czara goryczy.

Jak się kupi stary dom, to różne rzeczy się psują. Jak się kupi nowy dom, to też różne rzeczy się psują, bo tak to jest z domami. Kiedy kupiliśmy nasz ponad pięćdziesięcioletni dom, daleki był on od ideału, o czym zresztą już raz pisałam. Mamy dwie łazienki, czyli dwie wanny, dwa zlewy i dwa sedesy, z czego dokładnie tylko połowa działała prawidłowo: sedes na górze, oraz wanna i zlew na dole. Z resztą są kłopoty, które nie były od razu oczywiste. Ostatnio brałam prysznic w działającej wannie na dole, kiedy nagle ujrzałam światło przez sitko otworu spływowego. Pojawiło się i znikło. Przetrałam oczy. Nie ma. Jest. Nie ma. Jest. Przekrzywiam głowę na wszystkie strony i zaczynam siebie podejrzewać o utratę zmysłów lub omamy wzrokowe. Wyłażę z prysznica. Z piwnicy wychodzi mój mąż z latarką w ręku. „Mamy przeciek” – ogłasza. „Świeciłeś latarką po rurach? – pytam. „Tak, patrzyłem skąd cieknie.” Ulga: nie mam omamów. Wkurw: mamy przeciek. I co robimy? Nic.

Tydzień później znów brałam prysznic i znów zobaczyłam światło w spływie. Jak poprzednio z piwnicy wyłonił się mąż z informacją, że teraz nie tylko cieknie, ale cieknie paskudnie.

Niedziela. Dzwonię do hydraulika, który każe mi zadzwonić w poniedziałek o 8 rano, wtedy sekretarka wyznaczy mi termin na ten sam dzień.

Poniedziałek. Akurat mamy wolny. Dzwonię o 8. Proszę sekretarki, żeby zadzwoniła i podała mniej więcej kiedy mam się majstra spodziewać. Obiecuje, że zadzwoni. Nie dzwoni. Około południa dzwonię pytać. Pan hydraulik ma jeszcze dwa przystanki przed nami, więc pewnie niedługo będzie. Dzwonię znów o piętnastej i chłodno przypominam, że czekamy już od 8 rano. Cały dzień zmarnowany. O siedemnastej przyjeżdża. Włączamy prysznic i zabieramy faceta do piwnicy. Nic. Woda w prysznicu leci, a na dole nie kapie nawet kropelka. Nosz szału można dostać. Mówię do faceta, tak łatwo to się pan nie wywiniesz. Skoro już tu jesteś, wybieraj: kibel na dole cieknie, umywalka na górze zbyt wolno spuszcza wodę, a kran w wannie na górze nie przestawia się na prysznic, a poza tym cieknie i nie da się go porządnie zakręcić. Facet wysłuchał z powagą, ale śmiały mu się oczy, a kurze łapki wokół oczu się zmarszczyły. Zaprowadziliśmy go na górę.

Umywalka. Wyszło na to, ze odpływ powietrza (dziurka tuż przy krawędzi zlewu po wewnętrznej stronie) jest zapchana i nieprawidłowo odbija powietrze. Facet chciał wymienić wylot z korkem, ale jak zaczął odkręcać kolanko, to mu się w dłoniach rozsypało od rdzy. Wymienił więc kolanko i wylot z korkiem, odepchał dziurę, ale zlew nadal wolno spuszcza większe ilości wody, bo dziura została zaprojektowana za mała. Ale i tak jest lepiej. Dużo lepiej. Za zlew nam chwilowo nie policzył.

Wanna. Popatrzył na nasz retro kran i powiedział, że może nam znaleźć części i go naprawić, ale dopiero w czwartek. Nie dziwota, że dopiero w czwartek, bo już prawie dziewiętnasta.

Wtorek. Biorę prysznic. Mąż idzie do piwnicy, a tam cieknie, że tylko wiadro podstawiać.

Czwartek. Przyjeżdża inny hydraulik z pomocnikiem, żeby zrobić ten kran w wannie na górze. Nie poddaję się i uruchamiam dolny prysznic, żeby im pokazać jak cieknie. Prowadzę do piwnicy. Ani kropli wody. Czuję, że tracę rozum. Jestem dobita, wkurwiona i zniechęcona.

Wanna na górze. Rozebrali kran. Nie da się zreperować, trzeba wymienić. To już jak wymieniać, to z dwóch kurków na pojedyńczy. Efekt domina: czego się nie dotknął, tam się sypie. Trzeba było rozbabrać całą ścianę, od kafelek po ścianę i płytę pilśniową, która była pofalowana i spleśniała od wilgoci po poprzednich właścicielach domu, bo my tej wanny nie używaliśmy z racji jej nieużywalności. Trzeba było wymienić wszystkie rury, odpływ, kran, prysznic – wszystko poszło. To co było, trzeba było żmudnie wycinać (odpływ w wannie), nowe rury spawać. Założyli nam kurki do zakręcania dopływu wody, bo mieliśmy tylko jeden, centralny, w piwnicy. Robota trwała od 14:20 do 19:15 włącznie z wyjazdem po części.

Wanna na dole. Z trzech facetów, nareszcie znalazł się jeden, który rozwiązał tajemnicę cholernego przecieku w piwnicy. Powodów było dwa. Pierwszy, że wokół kranu nie było uszczelnione silikonem. To wyjaśnia dlaczego ciekło tylko przy braniu prysznica, a nie przy używaniu samego kranu w wannie. Drugi, że wanna i ściany są zrobione z włókna szklanego, ale nie z jednego litego kawałka, tylko dwóch części. Poziomy styk łączący obie części nie został prawidłowo zasilikonowany, a obecny silikon odpada kawałami. Mamy go dokładnie usunąć, wysuszyć i zasilikonować mieszanką lateksu i silikonu. Facet nam zasilikonował wokół kranu. Rzeczywiście teraz przecieka dużo mniej. A tajemnica, dlaczego nie przeciekało przy hydraulikach? Rozwiązana. Otóż przeciek był od spływania wody po ścianie do szpary łączącej wannę z jej obudową oraz szpary wokół kranu, a kiedy się bierze prysznic woda odbija się od ciała na ścianę i stamtąd ścieka. Bez osoby pod prysznicem, prysznic może lecieć i cały dzień, ale od ściany z kranem woda nie odbija się wcale. Ot i zagadka warta Sherlock’a Holmes’a.

Hydraulicy policzyli nam $599, a o odpływie w umywalce w poniedziałek nawet nikt nie wspomniał. Wszyscy znajomi uważają, że policzyli nam bardzo tanio. Ale to jeszcze nie koniec. Wprawdzie mamy nowiusieńką baterię, odpływ i rury w górnej wannie, ale nadal nie mamy – bagatelka – kawałka ściany. Przez dziurę przy kranie możemy sobie pomachać do szafy z pościelą po drugiej stronie. Tak więc panie i panowie, we wtorek przychodzi facet zrobić (a) wycenę załatania dziury, aby wanna była używalna, oraz (b) wycenę przeróbki całej łazienki, żeby raz a dobrze wszystko zrobić i móc wreszcie z niej korzystać. Ach, radości posiadania domu.

Cdn...

czwartek, 22 stycznia 2009

W niedzielę wybrałam się do sklepu ze zdrową żywnością Natur-Tyme po siemię lniane, pestki słonecznika i dyni oraz nasiona sezamu. Przy okazji nie omieszkałam pogapić się na przeróżne produkty, o istnieniu których przeciętny człowiek nie ma pojęcia. Tym sposobem odkryłam DivaCup.

DivaCup to hypoalergiczne urządzenie menstruacyjne wielorazowego użytku w postaci silikonowego elastycznego kubeczka, który wkłada się bezpośrednio do pochwy. Kubeczek jest tak skonstruowany, że po złożeniu go na cztery wsuwa się go do środka po czym obraca 360 stopni, przez co odzyskuje swój pierwotny kształt, a jego szeroka pierścieniowata obwódka zasysa się do ścian pochwy i pozostaje na swoim miejscu. Ponieważ kubeczek umieszcza się w dolnej części pochwy, jego podstawa znajduje się tuż przy ujściu i wystarczy ją uszczypnąć, żeby ssawka puściła, a potem wysunąć i opróżnić. Jeśli jest założone prawidłowo, urządzenie nie cieknie i można z nim uprawiać każdy sport. DivaCup powinna być opróżniana co 12 godzin, a nieco częściej przy obfitym okresie. Po każdym cyklu należy ją gotować przez 20 minut. DivaCup jest ekologiczna, bowiem jej zawartość opróżnia się do sedesu, myje wodą z mydłem i ponownie używa, zamiast każdorazowego wyrzucania zużytych jednorazowych produktów. Dzięki temu, że zawartość kubeczka nie styka się z powietrzem do momentu wybrania go z pochwy, nigdy nie rozwija się przykry zapach często towarzyszący użyciu tamponów lub podpasek. DivaCup kosztuje od $20 do $36, co wychodzi taniej niż kupowanie jednorazowych produktów higieny intymnej. Zaleca się zakupienie nowego kubeczka raz na rok. Urządzenie jest zatwierdzone przez FDA i kanadyjski instytut zdrowia, więc jest legalne w całej Ameryce Północnej.

Wszystkie powyższe informacje zaczerpnięte zostały ze strony internetowej DivaCup i dotyczą kubeczka produkcji tej firmy.

środa, 21 stycznia 2009

Zimą światła dziennego jest jak na lekarstwo i zdecydowanie nie można go uświadczyć jak się kończy pracę o siedemnastej. Całe szczęście śnieg ma to do siebie, że nawet po zmroku umożliwia zupełnie przyzwoitą widoczność. Ostatnio nieustające mrozy i wieczny, jak się wydaje, zmrok zaczęły niekorzystnie wpływać na moją psychikę. Całe szczęście znalazłam nowy powód do radości: śmiganie na rakietach śnieżnych w lesie po zmroku. Wracam z pracy, przebieram się, zabieram rakiety i psa i huzia do lasu. Na początku chodziłam tylko ja i pies, ale pomimo dobrej widoczności i lampy LED w lesie ogarniała mnie jakaś dziwna psychoza i straszne myśli, które wprawiały mnie w zły humor. Ale od kiedy dołączył do nas mój mąż, wypady stały się jedną z najprzyjemniejszych części dnia powszedniego. Kiedy widoczny jest księżyc, śnieg mieni się maciupeńkimi kryształkami i las wygląda czarująco pięknie. Miarowy szybki chód i trzeszczenie śniegu pod rakietami przecina nocną ciszę i wprawia w dobry humor. Obserwowanie szalejącego ze szczęścia psa torpedującego zaspy w tempie błyskawicy przyprawia o śmiech. Wysiłek fizyczny utrzymuje stałą ciepłą temperaturę ciała, a miarowość ruchów wpływa kojąco na umysł. Po powrocie człowiek czuje się orzeźwiony i szczęśliwy.

P.S. Ogłaszam konkurs na zgrabną polską nazwę dla snowshoeing, które zastąpi „chodzenie w rakietach śnieżnych w terenie.”

sobota, 17 stycznia 2009

Zawsze twierdzę, że mamy tylko jedno życie i należy je maksymalnie wykorzystać. Im bardziej zdołamy udoskonalić poszczególne sfery naszego życia, tym wyższa wartość i satysfakcja z przeżytych chwil. Wierzę w samodoskonalenie i dążenie to lepszego bytu, bo nigdy nie ma tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej. Czy to wyniki w pracy, naprawy domowe, opieka nad dzieckiem, cementowanie związku partnerskiego, kajakowanie, parkowanie samochodu w kopertę, czy też szydełkowanie – zawsze jest możliwość ulepszenia zarówno samego procesu, jak i wyniku końcowego. Nigdy też nie należy zakładać, że wie się wszystko na dany temat.

Sex for DummiesOstatnio wpadła mi w ręce bardzo ciekawa książka autorstwa znanej seksuolog Dr. Ruth K. Westheimer pt. „Sex for Dummies” – czyli, niezbyt ładnie, seks dla opornych. Książka jest wyczerpującym poradnikiem dotyczącym życia seksualnego człowieka na różnych etapach życia i zawiera wiele praktycznych porad. Dr. Westheimer zgrabnie wprowadza w temat oraz jasno i z poczuciem humoru wyjaśnia wszystkie zagadnienia. Autorka zachowuje mistrzowską równowagę pomiędzy promowaniem podstawowych zasad moralnych, a bezpruderyjnością i otwartym podejściem do seksu, a jej poczucie humoru nie minimalizuje ostrzeżeń przed zagrożeniami. Zadziwiające jest ilu nowych rzeczy można się dowiedzieć o sprawach na pozór oczywistych i ile znanych zagadnień objawia się w nowym świetle. Książka ta powinna być lekturą obowiązkową niezależnie od płci, wieku (-naście i wzwyż), czy orientacji seksualnej. Gdybym miała nastoletniego syna lub córkę, osobiście kupiłabym jemu/jej tę książkę. Oczywiście nie polecam sprawiania nastolatkom takich prezentów bez uprzedniego zapoznania się z treścią, co może mieć pozytywne skutki uboczne dla rodziców. Zachęcam do przeczytania.

(Fot. http://www.amazon.com)

piątek, 16 stycznia 2009

Na początku tego roku podjęłam nieudany eksperyment z dietą warzywno-owocową dr. Dąbrowskiej. Pomimo porzucenia rygorów diety już w drugim dniu, nadal trzymam się jedzenia bardzo dużej ilości warzyw, owoców i zup. Dzisiaj zdałam sobie sprawę, że od czasu rozpoczęcia diety, czyli od ponad dwóch tygodni, ani razu nie musiałam usuwać kępy swoich włosów z sitka spływu prysznica. To, że po każdym myciu wypada trochę włosów jest normalne i do tego byłam przyzwyczajona przy nieco dłuższych włosach (dla tych, którzy wiedzą jak wyglądam melduję, że przez ostatni rok odhodowałam włosy z króciutkich na półdługie do połowy szyi ). Tymczasem teraz włosy mi praktycznie nie wypadają i nie noszę ich na ubraniach.

Obecnie jem tak zdrowo, że przeprogramował mi się żołądek i boli ilekroć zjem coś zbyt tłustego lub bardzo słodkiego. Zupełnie straciłam apetyt na niezdrowe jedzenie. Czuję się świetnie i bardzo lekko, ćwiczenia mi służą, pomimo że na wadze osiągnęłam jedynie mierne rezultaty. Wyglądam i czuję się tak dobrze, że waga przestała mnie obchodzić.
czwartek, 15 stycznia 2009

Ani niskie temperatury, ani śnieg nie są przeszkodą do całorocznego kajakowania, niestety zamarznięte na kość zbiorniki wodne jak najbardziej. Głową muru nie przebijesz, ani grubego lodu kajakiem. Mówi się „trudno” i odlicza dni do wiosny. W międzyczasie jest parę zajęć, którymi można umilić sobie czas oczekiwania.

  1. Oglądanie filmów z eskapad kajakowych.
  2. Oglądanie filmów instruktarzowych.
  3. Oglądanie zdjęć i czytanie raportów z minionych wypraw kajakowych.
  4. Spotykanie się ze znajomymi kajakarzami i dyskutowanie nadchodzącego sezonu.
  5. Planowanie spływów kajakowych.
  6. Gapienie się na kalendarz z malowniczymi zdjęciami kajakarzy w pięknych miejscach wiszący w biurze.
  7. Gapienie się na miniaturkę kajaka ozdabiającą biuro.
  8. Składanie wizyt w piwnicy i pokoju ze sprzętem, żeby pogapić się na sprzęt i kajaki.
  9. Wymyślanie nazwy i dekoracji dla swego kajaka.
  10. Dekorowanie kajaka.
  11. Wyciskanie na siłowni celem utrzymania kondycji mięśni służących do wiosłowania.
  12. Oglądanie katalogów ze sprzętem.
  13. Kupowanie sprzętu z przeceny.
  14. Czytanie magazynów kajakowych.
  15. Przyglądanie się z utęsknieniem wszystkim mijanym zbiornikom wodnym, czy aby jakimś cudem nie odtajały.

Od dłuższego czasu próbuję wymyśleć nazwę dla swojego kajaka i nareszcie wymyśliłam. Najpierw zrobiłam rozeznanie jakie panują konwencje w nazwach jednostek pływających i co oznaczają poprzedzające nazwy statków przedimki, jak np. w nazwie SS John W. Brown. Dowiedziałam się, że przedimki określają typ statku. Oto kilka przykładów:

DS - Diesel Ship, FV - Fishing Vessel, MS - Motor Ship, MTS - Motor Turbine Ship, MV - Motor Vessel, NS - Nuclear Ship, RV - Research Vessel, SS - Steam Ship, SSC - Semi-Submersible Craft, STR – Steamer, STV - Sail Training Vessel, TS - Training Ship, TSS - Turbine Steam Ship, USCGC - U.S. Coast Guard Cutter, USNS - United States Naval Ship, USS – United States Ship.

Postanowiłam nazwać swój kajak SK Bauer. SK = Sea Kayak (kajak morski), Bauer = imię mego psa. Nazwa będzie wyklejona dużymi czarnymi literami, a do tego kajak będzie wyklejony czarnymi odciskami psich łap. Jak tylko projekt wprowadzę w życie, oczywiście umieszczę zdjęcia.

wtorek, 13 stycznia 2009

Rakieta snieznaUprawianie chodzenia po śniegu w rakietach śnieżnych, po angielsku snowshoeing, jest bardzo popularnym sportem zimowym w północnych Stanach. Rakiety śnieżne mają za zadanie rozłożyć wagę danej osoby na większy obszar, żeby uniknąć zapadania się w śniegu. Rakiety służą do chodzenia lub biegania i umożliwiają zapuszczanie się w tereny mocno ośnieżone minimalizując zapadanie się i ułatwiając poruszanie się po terenie górzystym.

Są trzy typy rakiet śnieżnych: do terenu płaskiego, mieszanego i górzystego. W zależność od terenu rakiety wyposażone są w mniej lub bardziej agresywne metalowe zaczepy spodnie. Rakiety kupuje się w zależności od płci i wagi ciała. Rakiety dla kobiet mają węższe mocowania do butów, a rakiety dla mężczyzn odpowiednio szersze. W zależności od wagi osoby w pełnym rynsztunku, rakieta powinna być mniejsza lub większa celem optymalnego rozprzestrzenienia wagi. Początkowo rakiety wykonywano z drewna i wikliny, a obecnie wykonuje się je z aluminium i plastiku. Są lekkie i tak skonstruowanie, aby uniemożliwić gromadzenie się śniegu na wierzchu rakiety. Pod spodem mają ostre metalowe zęby, które skutecznie wbijają się z śniegową powierzchnię i minimalizują ślizganie. Z rakietami często używa się kijków narciarskich.

Rakiety przyczepiają się do butów podobnie jak narty i umożliwiają unoszenie pięty dokładnie tak jak przy normalnym chodzeniu. Bardzo ułatwiają chodzenie po nieubitych i nierównych szlakach lub puszystym śniegu, a są raczej zbędne na równych i ubitych szlakach, na których lepiej od rakiet sprawdzają się narty przełajowe. Pomimo, że ich użycie przypomina chodzenie, ze względu na ich szerokość i rozmiar angażują nieco inne mięśnie, więc trochę zajmuje się do nich przyzwyczaić.

Chodzenie w rakietach śnieżnych, zwłaszcza długodystansowe, jest dość męczące i jest idealnym sportem aerobowym, który wzmacnia i ujędrnia mięśnie nóg i pośladków. Rakiety pozwalają na zapuszczenie się w ośnieżone tereny, do których dotarcie bez rakiet byłoby absolutnie wykańczające.

 
1 , 2
statystyka