|
Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
poniedziałek, 30 stycznia 2012
Jak wszystkim wiadomo, w życiu pewne są tylko dwie rzeczy: podatki i śmierć. Dzisiejszego popołudnia zajęłam się tą pierwszą i złożyłam dwa zeznania podatkowe: federalne i stanowe. Dzięki zeszłorocznej pomyłce odkryłam, że rząd federalny nalicza podatek dochodowy od... ubiegłorocznego zwrotu podatkowego od rządu stanowego. Działa to tak. Podatnik zarabia, a rządy federalne i stanowe automatycznie odprowadzają podatki dochodowe. Podatnik składa zeznania, w których wychodzi, że odprowadzane podatki były albo nadpłacone (rząd nam wisi pieniądze), albo niedopłacone (my wisimy rządowi pieniądze). Więc jeśli rząd stanowy mnie opodatkował za rok 2010 i nadpłaciłam, w 2011 dostaję nadpłatę z powrotem. Kasę, za którą już zapłaciłam podatek dochodowy, bo to przecież część mojego rocznego przychodu. Wszystko jest fajnie do roku 2012, kiedy to rząd federalny wytyka mi zwrot mojej nadpłaty dla rządu stanowego jako dodatkowy przychód za zeszły rok, od którego w roku 2012 mam zapłacić podatek. Powyższy scenariusz mnie nie dotyczy, bo pomyłką właśnie było to, że w zeszłym roku dostałam zwrot od rządu stanowego, kiedy nie dostałam. Robiłam zeznania za pomocą Turbo Tax, ale że rok 2010 był bardziej skomplikowany niż inne, nie ufałam, że moje dane zostały prawidłowo zinterpretowane i nie złożyłam zeznań poprzez serwis, a udałam się do księgowego o bijącym sercu. Faktycznie moje zeznania różniły się znacznie od tych z Turbo Tax, i zamiast dostać $403 od rządu stanowego, musiałam im zapłacić $292. Kiedy w tym roku wróciłam do Turbo Tax, oprogramowanie pamiętało moje ostatnie niezłożone zeznanie i nagle zobaczyłam dodatkowy tajemniczy przychód w wysokości $403. Kiedy w końcu wyczaiłam skąd takie u mnie bogactwo i skrzętnie niedoinformowane oprogramowianie poprawiłam, mój zwrot od rządu federalnego poszedł w górę. Czy ja to sobie wyśniłam? Zapraszam amerykańskich podatników do podzielenia się doświadczeniami.
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Przed świętami byłam zaproszona do znajomych, gdzie poznałam pewną panią, która zachwyciła się moim polskim pochodzeniem i wyraziła ogromną chęć nauczenia się kilku polskich potraw. Jej przodkowie są z Polski, stąd zainteresowanie. Wychowała się na polskich potrawach, ale się ich nie nauczyła. Tym samym zrodził się pomysł na "Polish party", czyli imprezę promującą polską kuchnię. Pomysł okazał się wyjątkowo udany zwłaszcza na przełamanie zimowej nudy i marazmu. Goście przynieśli przystawki, a ja przygotowałam wszystko potrzebne do zrobienia pierogów z kapustą i grzybami i pierogów z jagodami oraz faworków. Plan był ambitny, ale się udał, a przy tym było dużo zabawy i wszystko zostało zjedzone. Poniżej: Demonstracja trzech technik lepienia pierogów.
Fajnie byłoby poszerzyć repertuar o domowej roboty pączki, makowiec, gołąbki albo kartacze. Jeśli ktoś z moich blogowych znajomych miałby ochotę zrobić kuchenny pokaz w Syracuse, to służę kuchnią i noclegiem. P.S. Czy ktokolwiek z Was potrafi zrobić sękacza?
sobota, 14 stycznia 2012
W nawiązaniu do mojego wpisu sprzed dwóch miesięcy, z kronikarskiego obowiązku informuję, że wkrótce po popełnionym wpisie oboje z mężem pozbyliśmy się smartphonów. Akcja była prosta: namierzyliśmy u członków rodziny dwa używane już niekochane telefony komórkowe "głupie" od tego samego operatora. Poszliśmy do punktu operatora i poprosiliśmy o przeniesieniu numerów na "głupie" komórki. Operator przeniósł szybko, bezboleśnie i za darmo. Nadal jesteśmy na tym samym kontrakcie, ale operator już nie może nam naliczyć za dane. Oszczędzamy ponad $50 miesięcznie. Nasze smartphony nadal działają na wi-fi. Można na nich robić wszystko co poprzednio oprócz dzwonienia. Punktów wi-fi jest wszędzie pełno, więc facebookuję i sprawdzam pocztę z mojego kieszonkowego komputera za darmo. P.S. Teraz noszę w torebce trzy telefony, ale to pikuś. Nigdy nie wychodzę z domu bez przynajmniej jednej butelki z wodą. W większości miejsc publicznych w Stanach są fontanny z wodą pitną, z których można pić bezpośrednio lub napełnić butelkę. We wszystkich restauracjach woda podawana jest za darmo. Piję dużo wody i często, jest moim głównym napojem i nieodłączną częścią mego dorosłego życia. Tylko dorosłego. W czasach mojego dzieciństwa, nie licząc zawsze popularnej mineralnej wody gazowanej, woda w ogóle nie była napojem samym w sobie. Nie znałam NIKOGO kto piłby samą wodę. Wychowałam się na piciu mleka, kakao, kompotu, herbaty, kawy inki, ewentualnie wody z sokiem, a w późniejszych latach kawy. W domu była mineralna woda gazowana, ale jej nieznosiłam. Oranżada była sporadyczną radością kupowaną w szkolnym sklepiku do wypicia "na miejscu." Do szkoły zabierało się drugie śniadanie, ale najczęściej bez żadnego napoju. Teraz w ogóle nie potrafię sobie wyobrazić jak potrafiłam funkcjonować pijąc tak małą ilość płynów. Coca-cola była rzadkością i ósmym cudem świata. Po 1989 zaczęły królować napoje gazowane, w coraz większej ilości domów na stałe zaistniały półtoralitrowe butelki Coli czy Fanty. Rynek zalały też wszelkiej maści soki. Potem nadszedł trend wody. Kupowało się zgrzewki gazowanej lub niegazowanej wody mineralnej, bo wszystkie media trąbiły, jakie to zdrowe. Dopiero wtedy woda naprawdę zaistniała na polskich stołach. Miałam 19 lat kiedy po raz pierwszy, za radą mojej kosmetyczki, zaczęłam pić wodę. Szczerze wtedy wody nie znosiłam i praktycznie zmuszałam się do jej picia. Teraz nie wyobrażam sobie życia jedynie na kompotach i herbacie. Powyższe spostrzeżenia są subiektywne i niekoniecznie odzwierciedlają prawdziwy stan tamtych lat. Proszę podzielcie się swoimi doświadczeniami: co piliście w czasach Waszego dzieciństwa, co pijacie jako dorośli, co podajecie do picia Waszym dzieciom? Jak było/jest w Polsce, a jak na obczyźnie?
środa, 21 grudnia 2011
Poznałam pewnego człowieka pochodzenia ukraińskiego, który czasem opowiada o swoich korzeniach i porównujemy podobieństwa i różnice. Znajomy pracuje i mieszka w USA, ale pochodzi z Kanady, gdzie jego babcia przyjechała z Ukrainy. O babci opowiada z mieszanką podziwu i strachu. Kobieta zacięta była i pracowita, twarda sztuka, której bały się zarówno jej dzieci jak i wnuki. Hodowała m.in. kurczaki i uprawiała marihuanę na wyrób ubrań, do końca swoich dni mieszkała w domu bez bieżącej wody i kanalizacji - z wyboru. Niezapomniany fakt z życia babci to to, że miała bilet na Tytanika, ale miała kłopoty z dojazdem i się na statek spóźniła.
czwartek, 15 grudnia 2011
Drogi Św. Mikołaju, Zdrowia, symetrii, precyzji, kątów prostych, gładkich powierzchni i równych linii na Gwiazdkę życzę sobie. Pies marzy o używanych korkach do uszu, najlepiej woskowych, a papuga o drewnianych lub plastikowych spinaczach do bielizny lub spinkach do włosów. W zamian zostawię Ci mleko sojowe i marchewkę, bo ciasteczka są niezdrowe i tuczą. Acha, i wchodź przez piwnicę, bo kominek mamy gazowy. Z góry dziękuję! A.
środa, 14 grudnia 2011
Dosłowne tłumaczenie na polski tego o czym napiszę mnie powala, jak widać po tytule. Wpis będzie o my bathroom vanity, czyli nowonabytej szafce łazienkowej z wbudowanym zlewem. Dla niewtajemniczonych taka szafka może wyglądać na przykład tak:
Zdjęcie stąd. Ale nie będzie o szafce, tylko po raz kolejny o jakości. Ręce, nogi i włosy opadają, jak trudno jest znaleźć coś dobrze wykonanego i za pierwszym razem. Szafka w sklepie nam się podobała ze względu na ciekawe rozwiązanie zlewu (po lewej stronie) oraz materiału. Kupiliśmy. Duża, więc została w sklepie do czasu odbioru przez naszego pana Złotą Rączkę. Majster przywiózł ją ze sklepu, rozpakował i odkrył, że była połamana. Zapakował, zawiózł z powrotem, wymienił na nową, zainstalował. Wróciłam do domu na gotowe. Fachowiec zainstalował jak należy, czego nie można było powiedzieć o konstrukcji gotowej szafki. Jedne drzwiczki zamontowane niżej od drugich, szuflady też nierówno zainstalowane, a jedna z gałek do szuflady zagwintowana krzywo (znowu gwint!), przez co nie da się jej przykręcić prosto. Ogólny wygląd ok, szafka fajna, ale dobijają mnie szczegóły. Oczywiście, że nie będę tego zrywać i oddawać do sklepu, instalacja dołączy po prostu do długiej listy projektów o krzywych kątach w krzywym domu, a po paru tygodniach zapomnę i przestanę zauważać (no, prawie, ale pomarzyć można). Wniosek nasuwa się taki, żeby żadnego zakupu do domu nie przywozić zanim się go w sklepie nie otworzy i gruntownie nie obejrzy. Albo mam pecha do kupowania chały, albo w większości sprzedają chałę. Jakości, moja klątwo! P.S. Albo jestem upierdliwa.
niedziela, 11 grudnia 2011
Wszystko zaczęło się niewinnie. Nasz dom w momencie zakupu miał niewielką wyspę w kuchni. Jednym z pierwszych projektów były nowe blaty i powiększony blat wyspy. Aż się prosił o światło. Mój teść - elektryk, zamontował nam światło nad wyspą trochę niekonwencjonalnie: kable poszły od gniazdka w sypialni na górze, gdzie zaistalowany został włącznik (tak, włącznik do światła w kuchni jest w górnej sypialni), a w kuchni do ściany przyczepiony został zdalny włącznik na baterie. Jak ktoś nie wie, to się nawet nie pokapuje. Światła nad wyspą to potrójne zwisające lampy miernej jakości robione w Chinach, ale takie akurat wtedy znaleźliśmy. Przy sporej ilości kabli dało się je umocować na "słowo honoru" za pomocą tylko jednej śrubki, bo druga nijak nie poszła. W tym stanie oświetlenie wisiało dobre 6 lat z przygodami nie większymi niż brak styku którejś z trzech żarówek, które trzeba było szturchnąć, żeby świeciły. Irytujące, ale nie koniec świata. Bardziej irytujące było to, że oświetlenie wymagało żarówek o wąskim gwincie, które ciężko było dostac w wersji świetlówkowej, a jedyne jakie były to świecznikowe, które wystawały dużo poniżej klosza. Tak więc używaliśmy żarówek zwykłych. Dzisiaj, przy okazji polowania na coś innego, znaleźliśmy świetlówki o wąskim gwincie, które radośnie zakupiliśmy. Przy okazji montażu, zdecydowałam się poodkręcać klosze do mycia, po czym zamontowałam całość lubując się jasnym i energooszczędnym efektem końcowym. Przez jakieś pół minuty, bo nagle wszystko zgasło. Wniosek był taki, że przy odkręcaniu kloszy poluzowały się (jeszcze bardziej!) kable, oraz że czas najwyższy pozbyć się tej irytującej chińskiej miernoty na rzecz czegoś nowego. Postanowiliśmy zdjąć zepsute oświetlenie. Kiedy przyszło do wyłączenia odpowiedniego obwodu elektrycznego, okazało się, że włączniki opisane są kompletnie na opak. Tak więc mąż wyłączał w ciemno, a ja latałam po domu i informowałam, co właśnie zgasło. Na wszelki wypadek wyłączyliśmy obwód do sypialni na górze i dwa obwody w kuchni, po czym odłączyliśmy oświetlenie i zabeczpieczyliśmy końcówki gołych drutów plastikowymi nakładkami i taśmą elektryczną. Pojechaliśmy do Home Depot w poszukiwaniu nowego oświetlenia wiedząc dokładnie jakie kupić, żeby nie było problemu z montażem. Znależliśmy fajne poczwórne oświetlenie halogenowe typu track lighting, które było najlepszym wyborem z niewielu odpowiadającym naszym wymaganiom. Estetycznie bardzo fajne i po naprawdę przystępnej cenie oraz, jak się pewnie domyślacie, również robione w Chinach. Do zamontowania żarówek halogenowych w wąskich kloszach zaledwie parę milimetrów szerszych w obwodzie dołączono gumową przyssawkę, którą za nic się nie dało przekręcić żarówki na właściwe miejsce. Dzięki szczupłym placom i dłuższym niż zwykle paznokciom, wkręciłam je opuszkami palców dorabiając się rozcięcia na prawym kciuku, bo żarówki okazały się niespodziewanie ostre. Wdrapaliśmy się z mężem na wyspę kuchenną celem przymierzenia lampy i zaplanowania instalacji. Podczas mierzenia spadł jeden z plastikowych kapturków na końcu druta i dostałam prądem po lewym kciuku. Mąż poszedł czym prędzej poodłączać obwody, ale znów trzeba było latać po domu i sprawdzać, bo poprzednim razem poodłączał zbyt wiele na raz, żeby wiedzieć, który jest który. Zaopatrzyliśmy się w turystycznie latarki zakładane na głowę niczym górnicy i przystąpiliśmy do instalacji. Robota okazała się wymagać niezwykłej zręczności placów i precyzji, a do tego była niespecjalnie wygodna. Śrubki to spadały, to nie chciały się wkręcać. Niespodziewanie dostałam prądem po środkowym palcu. Zaklęłam siarczyście, powodując taki niepokój u psa, że próbował się wdrapać na wyspę żeby mnie pocieszyć. Zapomnieliśmy odłączyć drugiego obwodu w kuchni... Mąż poszedł go wyłączyć i znów przystąpiliśmy do pracy. Trzeba było dobrać kąt, pod którym będzie wisiało oświetlenie, oraz połączyć trzy różne kable. Poszło całkiem nieźle i przy próbie generalnej jasne, wesołe światło zalało całą kuchnię. Zwycięstwo! Przy tak dobrym świetle okazało się jednak, że z jakiegoś powodu górna część nie przylega równo do sufitu i przy dotyku kolebie się nieco, a zainstalowaliśmy wszystko naprawdę solidnie. Wniosek był taki, że zdarł się gwint w pudełku w suficie, do którego przymocowaliśmy oświetlenie, co być może tłumaczy problemy z poprzednim. Żeby to naprawić, trzeba wymienić element w suficie, co raczej zleciłabym elektrykowi. Póki co zostawiliśmy jak jest, w końcu tamto światło, sporo cięższe, wytrzymało sześć lat, to pewnie też wytrzyma. Instalacja estetycznie okazała się bardzo udana. Kuchnia wydaje się większa nie tylko dlatego, że jest jaśniej, ale również dlatego, że nie ma już "kurtyny" trzech zwisajacych na kablach kloszy dzielących kuchnię na pół. Niestety żarówki halogenowe nie są energooszczędne, co mnie trochę boli. Jeśli zaś chodzi o gwinty, to te od oświetlenia nie były jedynymi, które dziś pomieszały nam szyki. Pierwszą były gwinty od choinki, made in China oczywiście. Okazało się, że gwinty do trzech śrub utrzymujących choinkę w stojaku też były zerwane, więc choinki nie dało sie prawidłowo umocować i trzeba byłą ją zwrócić. Na pocieszenie dodam, że instalacja dwóch wykrywaczy dymu poszła jak z płatka. Doświadcznie okazało się wysoce edukacyjne i rozrywkowe, chociaż absolutnie nie chciałabym zostać elektrykiem. Przy najbliższej okazji mam w planie testy i opis obwodów elektrycznych.
sobota, 10 grudnia 2011
Mam tyle naprawdę fajnych pomysłów na wpisy, ale mijam je jak drzewa widziane z pędzącego pociągu. Jestem tak zajęta, że każda minuta wydaje się wartościową wiecznością, w której mogę np. rozładować przynajmniej połowę zmywarki. Kalibracja życia prawie zakończona. Mam satysfakcjonującą pracę, w której się spełniam z widokiem na obiecującą karierę. Znów gotuję w domu bezmięsnie, chociaż mięso jadam sporadycznie poza domem. Chodzę na siłownię kilka razy w tygodniu, kiedy nie chodzę, to ćwiczę w domu - razem 6 dni w tygodniu ćwiczeń siłowych, jogi, aerobiku i biegania w zmiennych proporcjach już od 11 tygodni. W siódmy zaliczam przynajmniej spacer. Czytam znów mniej, ale po trochu, telewizji prawie nie oglądam. Najtrudniesza walka o czas to ta pomiędzy wieczornym relaksem a spaniem, ale i to powoli mi się ustawia. Cieszę się na nadchodzące święta i na tydzień wolnego pomiędzy Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem. Pogoda tej późnej jesieni nam bardzo dopisuje i mamy dużo więcej słońca i łagodnych temperatur, niż można by się było spodziewać. I jak dotąd - bardzo mało śniegu! P.S. Dla fanów serii "Millenium" Siega Larssona naprawdę polecam szwedzką adaptację filmową. Amerykańska wersja wychodzi chyba w Boże Narodzenie.
czwartek, 10 listopada 2011
Otoczna technologią ze wszystkich stron, niezauważalnie stałam się radioodbiornikiem. Słyszę, czytam, wchłaniam, analizuję, współczuję, cieszę się, przeżywam razem z innymi – w samotności, bez odzewu. Jestem jak jednokierunkowa autostrada, wszyscy do mnie przyjeżdżają, tylko ja nigdzie nie jadę. Pójdę na skróty i winą obarczę smartphona. Kiedy smartphona nie miałam, siadałam do komputera kiedy miałam czas. Przeczytałam, odpisałam, skomentowałam. Początkowo myślałam, że smartphone ułatwi mi komunikację: przecież wszystkie maile i wpisy blogowe dostaję tu i teraz, wiem natychmiast, nie muszę czekać. Wyszło inaczej. Dostaję, czytam, uśmiecham się do siebie, planuję – naprawdę! – planuję odpisać czy skomentować. Zanim dotrę do domu już nie pamiętam, nie mam czasu, czasem nawet nie odpalam komputera. Moje życie zubożało proporcjonalnie do wzrostu rachunku za telefon. „Mądrzejszy” telefon, wyższy rachunek i gorsza jakość komunikacji. Myślę, że czas powrócić do dumbphona, zjechać z jednokierunkowej autostrady i zacząć kontrolować ruch na dwupasmówce. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A jak kajakarstwo
Ekologia
Emigracyjne świat
Emigracyjne USA
Mamine
Różne
Wege
|