Z Greenville o życiu w USA
środa, 30 stycznia 2019

Postawiliśmy wszystko na jedną kartę z tą przeprowadzką. Mąż przez 20 lat zarządzał firmą certyfikującą kredyty nieruchomości na podstawie ksiąg wieczystych. W swojej branży zaszedł najwyżej jak się da. Rozważaliśmy, czy zostać w stanie Nowy Jork przez kolejne 10 lat aż dobije emerytury, czy też przeprowadzić się już teraz i podjąć ryzyko, że nie znajdzie pracy. Z kolei moja praca, choć stabilna, strasznie dała mi w kość i przeszłam przez niezłe turbulencje.

Wysokie nowojorskie podatki, nieludzko długa zima regionu Wielkich Jezior, możliwość poprawienia perspektyw w pracy dzięki obecności w największym biurze, rosnące ceny nieruchomości w Greenville oraz fakt, że życie jest krótkie to czynniki, które przyczyniły się decyzji, że powinniśmy wyjechać już - a nie za dekadę - niezależnie od tego, czy będzie druga praca, czy nie. Tak też zrobiliśmy.

Na miejscu okazało się, że jest zgodnie z przewidywaniami. Czy to kwestia kandydata po pięćdziesiątce, jankesa szukającego pracy na Południu, lokalnych "klik" czy też zwyczajnie braku popytu i stanowisk w tej dziedzinie, dość że kiedy mąż składał papiery o nieliczne otwarte stanowiska, do których miał 100% kwalifikacji - pies z kulawą nogą nie odpisał ani nie oddzwonił, nie wspominając już o rozmowie kwalifikacyjnej. Rozważaliśmy opcję otworzenia własnej działalności, ale to kupa roboty wyrobić sobie nową bazę klientów a wcale nie wiadomo, czy to gra warta świeczki. Poza tym, jedna pensja nam wystarcza, a przy podwójnych dochodach pary bezdzietnej odprowadzano nam tyle podatków, że niewykluczone, że drugi etat może się nam wcale nie opłacać.

Jest jeszcze inny kawałek tej układanki, o którym nie pomyślałam rozważając "za" i "przeciw" przeprowadzki. Wiadomo, że dwie posady to więcej pieniędzy, a jedna mniej, ale to ma drugie dno. Odkąd mąż nie pracuje, znacznie spadły nam miesięczne koszty paliwa, serwisu samochodu, taryf autostradowych i lunchy jedzonych poza domem, tymczasem wszelkie roboty związane z prowadzeniem domu, którymi się dotychczas dzieliliśmy, zostały w znacznej większości przejęte przez męża. To oznacza ogromną poprawę jakości życia dla nas obojga. Zamiast zajmować się sprawunkami po godzinach i w weekendy, mąż załatwia je w czasie moich godzin pracy, co dotyczy również uprawianych przez niego sportów. To sprawia, że wspólny czas wolny spędzamy razem tak jak nam pasuje. Jest mniej stresu, zabiegania czy napięcia. Teraz wcale nie jestem pewna, czy chciałabym, żeby on pracował, nawet jakby nadarzyła się okazja.

Chociaż podjęliśmy duże ryzyko, dotychczas nie żałujemy naszej decyzji. Żyjemy ostrożniej, ale świat stał się jaśniejszy (więcej słońca!), tempo życia zwolniło i jesteśmy odrobinę szczęśliwsi.

19:48, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (6) »
wtorek, 29 stycznia 2019

Bardzo często słyszę narzekania na "milenialsów," że są (niepotrzebne skreślić): leniwi, z nosem w telefonie (a kto dziś nie jest?), nieodpowiedzialni, lekkoduszni, głupi, bezstresowi, nie można na nich polegać, ciężko z nimi się dogadać itp, itd. Pracuję w młodej, prężnej firmie IT (wdrażamy gotowe oprogramowanie skonfigurowane go potrzeb klienta) gdzie znaczny procent stanowią właśnie milenialsi prosto po collegu i muszę powiedzieć, że moje doświadczenia są kompletnie odwrotne: pracuję z grupą ambitnych, pracowitych, inteligentnych i odpowiedzialnych młodych mężczyzn i kobiet i w głowę zachodzę, skąd oni się tacy biorą, skąd tyle wiedzą. Oczytani, obyci, opanowani, fiskalnie konserwatywni, pewni siebie - ale z umiarem, kompetentni, mili - po prostu sama radość z nimi pracować. Mąż uważa, że żyję w bańce i pracuję z tymi najlepszymi. Pewnie ma rację.

Wpis jednak nie o milenialsach miał być, a o delegacji zadań i o tym czego się ostatnio nauczyłam. Otóż ostatnio potykam się o pewien irytujący szczegół, który się powtarza: konsultantki które dla mnie pracują potrafią szybko i trafnie rozwiązać dane im zadanie, po czym okazuje się w czasie testów, że z punktu widzenia użytkownika rozwiązanie ma dość oczywiste braki logistyczne. Kiedy projektuję rozwiązanie i piszę specyfikacje, jest dla mnie oczywistym jaki problem zostanie rozwiązany i dlaczego klient tego rozwiązania potrzebuje, z czego wynikają pewne oczywiste podstawy budowy. Tymczasem w specyfikacji ograniczam się do danych technicznych i nie tłumaczę, dlaczego w ogóle to robimy, a potem okazuje się, że chociaż zbudowane rozwiązanie pasuje do napisanej specyfikacji, to jakaś drobna jego część nie sprawdza się w praktyce. I wtedy wychodzi, że gdyby one rozumiały po co to robimy, zminimalizowałybyśmy ryzyko głupich logicznych luk, bo od razu byłoby je widać. Ale one nie pytają, a ja nie tłumaczę - bo zapominam, że dla nich to wcale nie musi być oczywiste.

Mój plan na dziś odnośnie delegacji przyszłych zadań to zaczynanie od końca, czyli od tłumaczenia dlaczego coś jest problematyczne, jak to rozwiążemy, co klient zobaczy na ekranie oraz jak z tego będzie korzystał, a dopiero potem jak to napisać czy zbudować. Albo sprawię sobie zapinkę "Zapytaj mnie dlaczego!"

21:22, anetacuse , Praca
Link Komentarze (2) »

Ironią losu, kiedy w końcu prysnęliśmy na południe, nie tylko mamy "nienaturalnie" deszczową zimę, to jeszcze "nienaturalnie" zimną - "nienaturalnie" jak na tutejsze warunki wg. tubylców.

Oszczędzamy godziny tygodniowo nieodkopywania się ze śniegu. Samochód czasem trzeba odskrobać lub podgrzać, ale odśnieżać, solić, odszczotkowywać, zamiatać, odmarzać i ubierać się warstwowo nie trzeba. Ot, kurtkę na grzbiet założył i wyszedł - jakie to proste. Słońca jest więcej, a kiedy już świeci, to aura robi się natychmiastowo bardzo wiosenna. Są ptaki, nadal jest w miarę zielono i przyjemnie. Na dodatek jest dużo światła, bo aż do 18:00.

Mimo to, kiedy jest ziąb, aura w domu niczym nie różni się od aury domowej zimy północnej: ciepła harbata, skarpety, koc, flanelowa pościel, ciepła piżama no i kołdra. Niestety zimowej kołdry się pozbyliśmy, a do zostawionej jesienno-wiosennej trzeba teraz dokładać narzuty bo zimno jest i już. Podobnie suche powietrze od ogrzewania wdmuchiwanym ciepłym powietrzem i sucha skóra. Mimo wszystko podobne samopoczucie i trochę zimowej chandry. Chwilami żartuję, że wybraliśmy miejsce niewystarczająco południowe, ale raporty z bloga obok z Florydy donoszą, że i na Florydzie teraz zimno. Taki rok.

Tymczasem na północy mróż i śnieg, że tylko odłamać rzęsy. Nie tęsknię - ani za mrozem, ani za śniegiem i równie niecierpliwie jak na północy oczekuję wiosny. 

środa, 09 stycznia 2019

W tym tygodniu robiłam wdrożenie systemu w zakładzie produkcji kawy rozpuszczalnej i palarni kawy pewnej bardzo znanej firmy. Zaproszono nas na obchód fabryki, która jest ogromna. Ubrani w odpowiedni sprzęt BHP: buty robocze o stalowych czubkach, siatkę na włosy, zatyczki do uszu, okulary ochronne, kamizelkę odblaskową, kask i rękawiczki, wyruszyliśmy. Krótko po rozpoczęciu wycieczki zaczęła mnie boleć głowa. Pomyślałam, że to pewnie zmęczenie, odwodnienie, niedospanie, hałas albo może zmieniające się zapachy i temperatury różnych pomieszczeń. Z czasem ból był coraz intensywniejszy i zaczęło mi się robić niedobrze. Nie miewam migren, ale ten ból był nie do opisania i chciałam zwyczajnie zakopać się w ciemniej, chłodniej i cichej jaskini i zwinąć się w kulkę. Oprowadzanie trwało całe dwie godziny, po czym wróciliśmy do sali konferencyjnej. Jak tylko zdjęłam ubranie ochronne, natychmiast poczułam się dużo lepiej, a w przeciągu następnych dwóch minut ból głowy przeszedł zupełnie. Zdałam sobie sprawę, że za mocno podkręciłam napięcie plastikowych pasków kasku, które się reguluje za pomocą małego pokrętła aby pasowały do głowy. Jednym słowem, wsadziłam głowę w imadło i dziwiłam się, że boli. 

21:52, anetacuse , Praca
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 grudnia 2018

Amerykańska północ bardzo różni się od amerykańskiego południa. Moje porównanie opiera się wyłącznie na własnych spostrzeżeniach pomiędzy dwoma stanami, gdzie zamieszkiwałam: Nowym Jorkiem i Południową Karoliną.

Południowa Karolina jest dużo biedniejsza i znacznie mniej uregulowana od Nowego Jorku. Jest najbardziej konserwatywnym stanem w USA, podczas gdy Nowy Jork jest jednym z najbardziej liberalnych. Nowy Jork był dla mnie zbyt liberalny i zbyt uregulowany - między innymi dlatego stamtąd uciekłam. No i z powodu pogody. Skrajny konserwatyzm i religijność, z którego znane jest Południe, mnie nie uwiera, ponieważ mieszkam w mieście. Jak wszędzie, miasta przyciągają przyjezdnych - w Greenville napływ z północy można porównać do tsunami - i jak wszędzie, miasto nie jest prawdziwą reprezentacją wartości otaczającego go regionu.

Ludzie południa są bardzo religijni, kościołów pełno na każdym rogu. Mówią ze specyficznym - czasem trudnym do zrozumienia - akcentem, który bardzo lubię. Są bardzo grzeczni i przyjaźni - pod warunkiem, że nie siedzą za kierownicą. Popularne rozrywki to fanatyczne kibicowanie lokalnym drużynom - zwłaszcza futbolu amerykańskiego, wolontariat i aktywizm kościelny, kolekcjonowanie broni palnej, strzelanie do celu, myśliwstwo i jazda motocyklowa. Dzieci są dobrze wychowane, grzeczne, odnoszą się z większym szacunkiem do dorosłych. Większość mężczyzn jeździ pickapami. Kobiety wydają się bardziej zadbane i staranniej ubrane niż na północy, widać też dużo więcej bardzo młodych rodzin z małymi dziećmi - trend posiadania dzieci w bardziej dojrzałym wieku wydaje się był tutaj nie dotrzeć, choć słyszę też opinie, że to kwestia religijnego wychowania z pominięciem tematu antykoncepcji. Ilość palaczy niewspółmiernie większa niż na północy, a papierosy o dobre 75% tańsze - stan nie nalicza nieziemskich podatków, podobnie jest z paliwem.

Strasznie dużo wypadków samochodowych w piękne, słonecznie dni - wydaje się, że bez powodu. Samochody bez przeglądu - bo nie jest wymagany, ludzie jeżdżą bez pasów, używanie komórki w trakcie jazdy nie jest nielegalne. Hordy bezdomnych kotów. Przemoc, włamania. Trudno jednak ocenić, czy w tym przypadku porównuję północ do półudnia, czy też moje poprzednie życie na przedmieściach do obecnego życia w mieście. Są włamania i strzelaniny - zauważam je bardziej, bo są bliżej. W Syracuse też były. Przemoc jest tam gdzie bieda, a bieda jest wszędzie, wystarczy się rozejrzeć. Tak samo jak narkotyki. Na zakup broni nie potrzeba pozwolenia, aczkolwiek trzeba okazać tutejsze prawo jazdy i sprawdzają teczkę. Pozwolenie potrzebne jest tylko do noszenia broni. Do głosowania w wyborach nie trzeba się specjalnie rejestrować z podaniem partii jak w Nowym Jorku - jako mieszkaniec Południowej Karoliny, można głosować dowolnie w dowolnych wyborach - podczas gdy Nowy Jork ograniczał możliwość głosowania w wyborach wstępnych na podstawie zdeklarowanej partii.

W Południowej Karolinie jest odczuwalnie więcej miejsca na decydowanie o samym sobie.

środa, 26 grudnia 2018

Tak to jest kiedy zakłada się bloga o adresie i tytule związanym z określoną lokalizacją geograficzną: nie mieszkam już w Syracuse ani w stanie Nowy Jork. Od pół roku mieszkam w Greenville w Południowej Karolinie. Adres zostanie, tytuł już zmieniłam. Choć nadal kajakuję, blog już od dawna przestał być o kajakowaniu. Chciałabym wrócić do pisania, ale czy mi się uda - czas pokaże. Może zacznę pisać o pracy - a może o niczym.

Moje nowe miejsce zamieszkania przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Zacznę od pozytywów:

  • Miasto jest młode, prężne, rozrastające się i piękne. Pracuję i mieszkam blisko centrum, więc korzystam z atrakcji na bieżąco - jedną z moich ulubionych rozrywek to spacerowanie po mieście i po parku Falls Park przy wodospadach. 
  • Dużo dużo rzeczy mogę teraz załatwić pieszo zarówno z biura jak i z domu.
  • Nowy, parterowy dom, w którym nie trzeba ciągle czegoś wymieniać i naprawiać. 
  • Dużo więcej słonecznych dni i łagodniejszy prawie bezśnieżny klimat a mimo wszystko nadal cztery pory roku.
  • Bliski dojazd do pracy - ok 10 min.
  • Mąż nie pracuje - dużo mniej stresu, bo przejął niemal wszystkie obowiązki prowadzenia domu.
  • Wszędzie blisko.
  • Jesteśmy otoczeni pięknem i zielenią, co bardzo dobrze robi na psychikę. 
  • Ludzie są bardziej otwarci i przyjaźni.
  • Życie biurowe tętni energią, ciągle coś się dzieje, lubię pracować w większym biurze.
  • Mamy więcej znajomych.
  • Znaleźliśmy nowy klub kajakowy i są tu ładne jeziora do kajakowania. 
  • Podatki od nieruchomości o 75% niższe, paliwo tańsze.
  • Zimą słońce zachodzi dopiero ok. 17:20, więc nigdy nie wychodzę z pracy po ciemku, chyba że pracuję po godzinach.
  • Dużo wydarzeń kulturalnych na wyciągnięcie ręki.
  • Przyroda, podobnie jak stanie NY, bogata i w zasięgu szybkiego dojazu - zwłaszcza góry.

Jest też trochę negatywów:

  • Bardzo agresywni i niekompetentni kierowcy - trzeba dużo bardziej uważać.
  • Latem słońce wstaje późno - dopiero po 7-mej. Trudno się do tego przywyczaić.
  • Nie ma obowiązku przeglądu technicznego pojazdów - drogi są pełne gruchotów, co czyni jazdę jeszcze bardziej niebezpieczną.
  • Brak autostrad do wielu miejsc, do których jeździmy, więc dojazd zajmuje długo pomimo, że blisko.

Takie wrażenia z pierwszych 6 miesięcy. Zobaczymy, jak będzie w drugiej połowie roku.

16:46, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (7) »
środa, 30 maja 2018

Czasem się okazuje, że można nauczyć starego psa nowych sztuczek. Albo przynajmniej spróbować. W wieku 40-stu lat uczę się - proszę państwa - partaczyć.

Może "partaczyć" to nie jest dobry wybór słowa. Być może wybór słowa został tu skalany moją głęboko zakorzenioną opinią. Dobrze, wybierzmy nowe: robić coś wystarczająco dobrze. Ten wpis będzie o robieniu rzeczy "wystarczająco dobrze". Bo perfekcja jest wrogiem wydajności.

Sprawa wyszła pod natłokiem spraw w pracy i ogólnego niezadowolenia z życia. No i wyszło, że moje podejście do życia jest ogólnie szkodliwe. Próbuję więc czegoś nowego. Już tłumaczę.

Masz pozamiatać ścieżkę do domu. Do pozamiatania ścieżki, potrzebne są:

  1. Dobra miotła, nie jakaś tam byle jaka.
  2. Jakieś specjalistycznie ubranie do zamiatania. Z pewnością. Albo przynajmniej ubranie robocze.
  3. Muzyczka jakaś, bo jak tu zamiatać bez?
  4. Plan działania: kolejność, odkąd dokąd, no i koniecznie z wiatrem. No i żeby nie padało.
  5. Tak w ogóle, to trzeba wyznaczyć, gdzie ta ścieżka. Prowadzi do schodów wejściowych i trochę za, te "za" z pewnością też jest ścieżką. Czyli "za" też należy zamieść. Acha, ścieżka łączy się z wjazdem samochodowym, czyli wjazd jest ścieżką, czyli - zamiatamy i wjazd.
  6. Przy fundamencie rosną chwasty, które kolidują z pięknem ścieżki i z pewnością ich usunięcie jest nierozłączną częścią zamiatania ścieżki.
  7. Acha, do tych chwastów potrzebne są jeszcze rękawiczki i motyka.

Parę godzin później ścieżka nadal nie jest zamieciona, bo to przecież robota na co najmniej pół dnia, a dopiero się ubrałam i znalazłam odpowiednią miotłę. I motykę.

No więc uczę się brania byle miotły i zamiatania tylko ścieżki tak jak stoję, z buta, w 15 minut. Wtedy ścieżkę można "odhaczyć" i zamieść jeszcze 15 innych ścieżek. Te chwasty i wjazd mogą być na innej liście i doczekać (lub nie) swojej kolejności. 

Wpis mi wyszedł jadowity, ale coś w tym jest. Robię tak wielkie "halo" z wielu zadań, że się człowiek spoci na samą myśl o ich wielkości i wcale nie chce się do nich brać. Albo wszystko muszę mieć zrobione od A do Z i jeszcze wypolerowane. Albo zabiera mi to za długo, a i tak wszyscy mają w dupie sprawę chwastów. W rzeczywistości trzeba załatwiać sprawy fundamentalnie, a chwasty i tak poczekają.

Może to chwilowe objawienie, a może metoda na życie. Tak czy inaczej - życzcie mi powodzenia.

02:48, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (3) »
wtorek, 29 maja 2018

Ostatnio (bez definicji - ale wydaje mi się dość długo) nie jestem zadowolona z życia. Nie lubię siebie, jestem pełna złości, niecierpliwości i coraz głębiej zapuszczającego korzenie cynizmu. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej żyję od weekendu do weekendu, bywają momenty, że wolałabym nie być, bo zwyczajnie nie chce mi się być. Nie wiem czy to wymagająca i od jakiegoś czasu ponad moje siły praca tak mnie dobija, czy zwyczajnie mam kryzys wieku średniego... 

Właśnie dobiega końca trzydniowy weekend w okazji Memorial Day, czyli dnia pamięci. Po koniec zeszłego tygodnia wróciłam z trasy prywatno-służbowej (podpisanie papierów zakupu domu i UAT - User Acceptance Testing zaprojektowanego przeze mnie systemu) po ogromnym stresie i niedosypianiu, więc od czwartku obijam się po ścianach jak zombie i weekend poświęciłam na odsypianie, pakowanie się do przeprowadzki oraz innych obowiązkach rodzinno-towarzyskich. Dla siebie nie zrobiłam nic - od dawna joga leży odłogiem, a ja przytyłam kilka funtów.

Dziś był piękny dzień, a ja zaraz po przebudzeniu zaadoptowałam humor gradowy na samą myśl, że jutro trzeba do pracy i że w ogóle niczego fajnego ze sobą nie zrobiłam. Postanowiłam więc pojechać na zajęcia jogi na 9 rano. Niestety odcinek, gdzie mieści się moje studio właśnie zamykano na paradę świąteczną, więc wprawdzie się prześlizgnęłam zanim zamknęli barykady, ale na jogę dojechać nie bardzo było jak. Właściwie to może od tyłu dałoby się dojechać, ale na myśl, że mogłabym tam potem utknąć na parę godzin, ogarnął mnie paraliż i postanowiłam szybko się ewakuować. "Szybko" było już za wolno, bo drogę powrotną mi zamknęli i musiałam się dostać z powrotem trasą wybitnie okrężną. Tak byłam wściekła, że dobrze, że nikogo nie zabiłam. Jak już dojechałam do domu - bez mandatu całe szczęście, bo cała policja najwyraźniej była na paradzie - wpadłam na pomysł jak odratować sytuację. Otóż oznajmiłam mężowi, że za chwilę pojedziemy rowerami do miasteczka na paradę - pierwszy raz, odkąd tu mieszkamy. No i ostatni. Fajnie było, to niedaleko, zatrzymaliśmy się po drodze na śniadanie, a jak już zajechaliśmy do miasteczka... po paradzie nie było już ani śladu (za to moje zajęcia jogi jeszcze trwały). Tym sposobem dowiedziałam się o małomiasteczkowych paradach ekspresowych.

Jazda rowerem w piękny dzień mimo wszystko pomogła mi się rozchmurzyć, a po powrocie pojechaliśmy jeszcze na kajaki, a wieczorem pozbyliśmy się masy różnych rzeczy za pomocą Craigslist i krawężnika (co wystawisz, to zabiorą).

Byle do piątku...

czwartek, 24 maja 2018

Przeprowadzamy się do Południowej Karoliny. Dogryzła nam zima. Planowaliśmy to od lat, ale plan został przyspieszony, a wszystko potoczyło się niespodziewanie szybko: znaleznienie nowego domu jak i znalezienie kupca na stary dom trwało jeden dzień. Rynek nieruchomości jest gorący. Tym samym spełnia się moje marzenie o zamieszkaniu w nowowybudowanym domu: przeprowadzamy się do przytulnego, parterowego domku A.D. 2018 w pięknym i szybko rozrastającym sie miasteczku Greenville. Jedną nogą za płotem, bo zakup sfinalizowany, ale sprzedaż jeszcze nie: w Połuniowej Karolinie transakcję zakupu/sprzedaży nieruchomości można sfinalizować w 30 dni, a w Nowym Jorku potrzeba średnio 60-ciu. Tak czy inaczej przeprowadzka planowana jest pod koniec czerwca. 

Pracę będę mieć tę samą, bo w Greenville mieści się nasze największe biuro. Dojazd do pracy o rzut beretem. Sama robota przez ostatni rok z kawałkiem bardzo mi dogryzła - próbuję przeczekać, bo trafiają mi się same trudne i wielkie projekty. Potem się zobaczy. Mąż założy własną działalność.

Tego lata stuknęłoby mi 19 lat mieszkania w Syracuse. To kawał życia. Jestem gotowa na zmianę. Tutaj ciągle marznę. Chcę słońca i ciepła, nawet za cenę robali i gorących parnych lat.

Mam wielkie plany odnośnie nowego życia: przede wszystkim ułatwienia po kątem lepszego klimatu, zdrowszy tryb życia, więcej przyjaciół, więcej wydarzeń. Sam proces jest czasochłonny i stresujący, ale zebranie odwagi na tak wielki krok dodało nam energii i nadziei na fajniejsze jutro.

Pies ma 11 lat i coraz trudniej mu chodzić po schodach - parterowy dom w samą porę. Poza tym ma się dość  dobrze, choć gorący klimat na pewno nie przypadnie mu do gustu. Za do papudze jak najbardziej.

Nazwa bloga stanie się nieaktualna, ale nie zamierzam się nigdzie przenosić. I tak dawno już tu wygasł ogień. 

18:01, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (8) »
niedziela, 05 listopada 2017

Ponad miesiąc minął od mojego powrotu z Polski, czas udokumentować, zanim rozmyją mi się szczegóły... Minęło 5 lat od mojej ostatniej wizyty i w dalszym ciągu widzę zmiany na lepsze.

Pierwszy tydzień był chłodny i deszczowy, potem pogoda znacznie się poprawiła. Niestety w połowie wyjazdu przeziębiliśmy się, co trochę nam zepsuło radość.

Co mnie zachwyciło:

  • Nowy Boeing Dreamliner, którym miałam przyjemność lecieć z Nowego Jorku do Warszawy. Naprawdę najbardziej odjazdowy samolot jakim kiedykolwiek leciałam. Obsługa LOTu też była absolutnie idealna, a w toaletach prawdziwe róże. Żeby jednak nie było za dobrze, gratisowy alkohol przeszedł do lamusa.
  • Stopień rozwinięcia ścieżek rowerowych: są częścią chodnika, porządnie oznaczone, naprawdę bezpieczne. W Stanach tylko pomarzyć.
  • Praktycznie w każdej restauracji (włącznie z fast foodami) i hotelu wszyscy mówią po angielsku.
  • Hotel Marriott w Sopocie: najfajniejszy Marriott w jakim kiedykolwiek miałam przyjemność przebywać (a przebywałam w tuzinach amerykańskich Marriottów, gdyż to moja preferowana sieć hoteli w podróżach służbowych). Śniadanie (szwedzki stół) było nie z tej ziemi, podobał mi się wystrój i meble, w pokoju był czajnik bezprzewodowy (hura!) zamiast przelewowego ekspresu do kawy na modłę amerykańską (ugh), rewelacyjna obsługa, piękna lokalizacja nad samym Bałtykiem i świetnie wyposażony - włącznie z basenem na dachu i spa na parterze.
  • Uber. Nie wiedziałam, że jest. Tak sobie z głupia frant sprawdziłam na aplikacji jakiej używam u siebie i voila - ta sama aplikacja, wszystko działa tak samo, prędka i wygodna metoda poruszania się po Trójmieście. W Suwałkach nie ma.
  • Budowa autostrad. Eee, to trochę z mieszanymi uczuciami, bo budowa znaczy korki, ale faktem jest, że nigdy nie widziałam budowy dróg na tak szeroką skalę - a mówię o budowie koło Trójmiasta. Ile maszyn, ludzi, wysiłku - było to dla mnie niesamowite.
  • Kibel w autobusie z Warszawy do Suwałk. Wiem, wiem - kible w autobusie to żadna nowość, ale pierwszy raz tak miałam i jaka ogromna ulga!
  • Wreszcie można prawie wszędzie płacić kartą.
  • Muzeum emigracji w Gdyni - naprawdę rewelacyjnie zrobiona ekspozycja.
  • Google Maps bardzo dobrze sobie radzi na polskich drogach.
  • Brak dymu papierosowego w publicznych lokalach. Nie wiem od kiedy tak jest.
  • Poprawa usług w urzędach: milej, szybciej, lepsza organizacja (nie dotyczy absurdalnych przepisów).
  • Dowód osobisty zrobiono mi w tydzień.
  • Ludzie wydają się bardziej przyjaźni i wyluzowani.
  • Zamek we Fromborku.
  • Stare Miasto w Gdańsku. Akurat pogoda i samopoczucie nie dopisały, ale tam jest - jak wiadomo - fajnie.
  • Zwrot podatku VAT powyżej 300zł dla turystów.
  • Spopularyzowało się bieganie i ogólnie sporty w każdym wieku, na co się patrzy z przyjemnością.

Co mnie nie zachwyciło:

  • Debilne ronda co 2 minuty.
  • Usługi - nadal tu i ówdzie ściana, ale w mniejszości.
  • Hotel Marriott na lotnisku Chopina: zimna, snobistyczna obsługa, aczkolwiek czajnik bezprzewodowy też mieli, a nawet Nespresso.
  • Agresywni kierowcy.
  • Upierdliwość zakupu biletu z automatu na kolejkę miejską (Sopot). Bierze tylko monety, a sądząc z tego, jak długo jednej osobie zajęło kupić bilet, i ile innych osób potrzeba było do pomocy jednej osobie w zakupie biletu - najwyraźniej do tego potrzebny jest doktorat. I monety. Dodam, że trudności mieliśmy nie tylko my, ale miejscowi również.
  • Przegrzane kolejki miejskie. Ludzie, jest zimno. Wszyscy są poubierani w zimowe ubrania. Nie grzejta pociągu do temperatury "domowej," bo się potem wszyscy w tych ciuchach zgrzeją i wyjdą znowu na zimne.
  • Ceny. Znając polskie realia zarobkowe, ceny niektórych produktów są z kosmosu.
  • Brak dobrych dróg / autostrad w północnowschodniej Polsce. Z mojego wywiadu wynika, że się takowych nie doczekam raczej nigdy. Ma być autostrada, ale wyłącznie do Ełku. Dobre i to.
  • W dalszym ciągu trudności ze znalezieniem publicznych toalet.
  • Molo w Sopocie: płatne, po sezonie.
  • Akwarium w Gdyni. Byłam tam jako dziecko i zapamiętało mi się jako cudowne miejsce, a było zwyczajnie takie sobie - raczej nie warte ceny biletu.
  • Niemożność złożenia wniosku o paszport na podstawie przeterminowanego paszportu lub dowodu osobistego. Tak, wpadłam w błędne koło: przeterminował mi się polski paszport i dowód osobisty. Ja rozumiem, że na przeterminowanym paszporcie nie mogę jeździć (wjechać do kraju, który wydał paszport - tak), ale przecież przeterminowany paszport czy dowód nadal są dowodami, że jestem kim jestem, mam taką a nie inną datę urodzenia, tak a nie inaczej wyglądam. Stanęło na napisaniu podania o paszport tymczasowy, który został mi wydany na podstawie paszportu amerykańskiego, a na podstawie którego mogłam złożyć wniosek o paszport biometryczny. A całe to halo z powodu jakiś gnuśnych przepisów, że teoretycznie mogę zostać niewypuszczona z kraju bez paszportu polskiego - jako obywatel polski. Nie napiszę więcej, bo internet już ocieka morzem dyskusji na ten temat, ale fakt pozostaje, że wjechałam i wyjechałam na paszporcie amerykańskim i nikt mi nie robił problemów.
  • Zwrot podatku VAT powyżej 300zł dla turystów: tyle papierkologii, zachodu i dezinformacji, że prawie nie warto. 
  • Wkradająca się otyłość społeczeństwa, najbardziej widoczna w młodym pokoleniu - kompletna kalka przekroju w Stanach, jeszcze kilka lat temu nieistniejąca.
  • Znaczna część społeczeństwa nadal pali.

Z ciekawostek:

  • Na rynek weszły brylanty. Ciekawie obserwowało się asortyment w sklepach jubilerskich - kompletnie inna bajka.
  • Polecieliśmy LOTem, bo cena była wyjątkowo atrakcyjna - nigdy mi się wcześniej nie zdarzyło, żeby LOT był tańszy od innych połączeń. Nie wiem czy to dlatego, że po sezonie (wrzesień), czy promocja nowej floty Boeingów.
  • Na komórkowym planie międzynarodowym, na smartfonie funkcjonowałam dokładnie jak u siebie, co mi bardzo ułatwiło i uprzyjemniło pobyt.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 76