Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
środa, 08 lutego 2012

Nasz milusiński papug, konura niebieskoczelna o imieniu Cooper, dziś świętuje 2-gie urodziny. Czy może "wykluczyny"?

niedziela, 05 lutego 2012

Wyczytane w Reader's Digest 2/12 i sprawdzone: naprawdę działa! Telewizor i lustro bez najmniejszej smugi. Polecam!

P.S. A do parzenia kawy polecam prasę francuską.

sobota, 04 lutego 2012

Kilkakrotnie już pisałam o książkach elektronicznych i audio (Kindle w bibliotekach, wady i zalety elektronicznych książek,  wirtualna biblioteka, książki audio). Po długim zwlekaniu przy wyborze pomiędzy Amazon Kindle a Barnes & Noble Nook, w sierpniu zeszłego roku w końcu podjęłam decyzję i kupiłam Kindle 3 Keyboard Wi-Fi. Była to miłość od pierwszego wejrzenia. Książki kupuję na Amazon, często po bardzo niskiej cenie lub za darmo. Wypożyczam też książki z biblioteki, oraz przesyłam e-mailem pliki typu .doc i .rtf, które Amazon konwertuje na format Kindla i przesyła mi na czytnik. Prenumeruję też kilka magazynów. 

Gazety i magazyny na Kindle są w formacie okrojonym, co nie podoba się wielu wiernym czytelnikom, ale dla mnie to zaleta, a nie wada. Numery przychodzą przez internet, nie zawierają reklam, nie zawalają mi przestrzeni w domu i są rzeczowe bez zbędnych dodatków. 

Co lubię najbardziej w tej formie czytania to (1) możliwość posiadania ogromnej biblioteki przy sobie zawsze i wszędzie oraz (2) dyskrecja jaką zapewnia czytnik. Mogę czytać kilka książek równolegle i zmieniać co czytam w zależności od humoru bez dźwigania tomów. Kindle to dla mnie jeden z najbardziej udanych i kochanych zakupów.

Do tej pory szłam po najmniejszej linii oporu i nie eksperymentowałam z innymi formatami. Tymczasem niedawno odkryłam rewelacyjny i niezwykle rzetelnie pisany blog: swiatczytnikow.pl, na którym można znaleźć wszystko na temat czytników. Serdecznie polecam, jeśli temat Was interesuje. Pod wpływem tego bloga zaczęłam odwiedzać polskie serwisy oferujące książki elektroniczne i nawet ściągnęłam sobie "Lalkę" Prusa ze strony wolnelektury.pl w formacie .mobi, który bezproblemowo działa na Kindle. Myślę, że teraz moje horyzonty poszerzą się jeszcze bardziej. Jeszcze nie wiem jak polskie serwisy zareagują na amerykańską kartę kredytową, ale jak się dowiem, to napiszę. 

piątek, 03 lutego 2012

Przez dwa lata ignorowam ból biodra czekając, że może samo przejdzie, tymczasem się pogorszyło. W końcu zawlokłam swoje cztery litery na fizjoterapię i, poza wizytami dwa razy w tygodniu o 6:30 rano (co by moja produktywność pracowa nie ucierpiała), mam wykonywać ćwiczenia 4 razy dziennie. Mój problem, zdaje się, ma swoje źródło w asymetrii, trzeba więc wyrobić odpowiednie mięśnie i „przeprogramować” zarówno ciało jak i umysł na symetryczne użycie bioder.

Wdrożenie piętnastominutowych ćwiczeń 4 razy dziennie nie jest łatwe, ale wykonalne. Pierwsza seria w domu o 5:30 rano, potem w czasie lunchu na brudnym służbowym dywanie, potem jeszcze raz w domu tuż po pracy i przed snem. Podczas trzech z czterech sesji nie jestem sama, bo ktoś nade mną stoi, koło mnie leży, siedzi, wpatruje się, albo wtyka zimny mokry nos do mego ucha.

Bauer, największy przytulski, nigdy nie popuści okazji kiedy jedno z państwa znajdzie się w pozycji –nazwijmy ją – stacjonarnej. Jeżeli usiądziesz na kanapie / toalecie / krześle (niepotrzebne skreślić) lub położysz się na łóżku / kanapie / podłodze, puchaty przyjdzie i będzie domagał się uwagi, albo przygniecie cię swoim zbitym cielskiem, owinie się jak serpentyna wzdłuż twoich linii i upewni się, że jak największa powierzchnia jego ciała pokrywa się z twoją. Oczywiście najlepiej, żeby było miękko, bo na twardym jest niewygodnie. Tak więc kiedy kładę się do ćwiczeń, futrzasty szuka miejsca gdzie by tu przylegnąć, a jak nie znajduje to z góry spogląda mi w twarz z tymi swoimi zwisającymi puchatymi uszami i domaga się, żeby go głaskać / drapać / bawić się z nim. Ale jak mu się uściele poduszkę albo kocyk, to się ukontentowany położy.  Podobnie jest z innymi ćwiczeniami. Nie ma to jak wyciskać na ławeczce kiedy nagle poczujesz mokry nos wyniuchujący z lubością zakamarek twojej pachy. Dobrze, że waga kontrolowana, bo ze śmiechu można upuścić.

środa, 01 lutego 2012

Bauer, przytulanka nr 1, dzisiaj kończy 5 lat. 

wtorek, 31 stycznia 2012

Co to jest? Góra - dół - góra - dół - góra - dół? Pogoda w Syracuse...

Sobota i niedziela: 45 stopni F, słońce, błękitne niebo, miękki grunt - wiosna aż płuca z radości rozpiera. 

Poniedziałek: 23 stopnie F, 30 cali śniegu, pozamykane szkoły, zima aż dech zapiera.

I tak się toczy tegoroczna zima. Drastyczne skoki temperatury, opady i roztopy śniegu, wichury, zamiecie, mrozy, deszcze, błoto i kałuże. Ani na rakietach śnieżnych pochodzić, ani na rowerze pojeździć, ani z oponami zimowymi, ani bez. Jednego dnia wiatrówka, drugiego puchówka, trzeciego płaszcz przeciwdeszczowy, czwartego co wpadnie w ręce lub spadnie z wieszaka. Pies strajkuje i na spacery chadza wybiórczo. Wcale mu się nie dziwię.

03:34, anetacuse , Ameryka
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 30 stycznia 2012

Jak wszystkim wiadomo, w życiu pewne są tylko dwie rzeczy: podatki i śmierć. Dzisiejszego popołudnia zajęłam się tą pierwszą i złożyłam dwa zeznania podatkowe: federalne i stanowe. Dzięki zeszłorocznej pomyłce odkryłam, że rząd federalny nalicza podatek dochodowy od... ubiegłorocznego zwrotu podatkowego od rządu stanowego. 

Działa to tak. Podatnik zarabia, a rządy federalne i stanowe automatycznie odprowadzają podatki dochodowe. Podatnik składa zeznania, w których wychodzi, że odprowadzane podatki były albo nadpłacone (rząd nam wisi pieniądze), albo niedopłacone (my wisimy rządowi pieniądze). Więc jeśli rząd stanowy mnie opodatkował za rok 2010 i nadpłaciłam, w 2011 dostaję nadpłatę z powrotem. Kasę, za którą już zapłaciłam podatek dochodowy, bo to przecież część mojego rocznego przychodu. Wszystko jest fajnie do roku 2012, kiedy to rząd federalny wytyka mi zwrot mojej nadpłaty dla rządu stanowego jako dodatkowy przychód za zeszły rok, od którego w roku 2012 mam zapłacić podatek.

Powyższy scenariusz mnie nie dotyczy, bo pomyłką właśnie było to, że w zeszłym roku dostałam zwrot od rządu stanowego, kiedy nie dostałam. Robiłam zeznania za pomocą Turbo Tax, ale że rok 2010 był bardziej skomplikowany niż inne, nie ufałam, że moje dane zostały prawidłowo zinterpretowane i nie złożyłam zeznań poprzez serwis, a udałam się do księgowego o bijącym sercu. Faktycznie moje zeznania różniły się znacznie od tych z Turbo Tax, i zamiast dostać $403 od rządu stanowego, musiałam im zapłacić $292. Kiedy w tym roku wróciłam do Turbo Tax, oprogramowanie pamiętało moje ostatnie niezłożone zeznanie i nagle zobaczyłam dodatkowy tajemniczy przychód w wysokości $403. Kiedy w końcu wyczaiłam skąd takie u mnie bogactwo i skrzętnie niedoinformowane oprogramowianie poprawiłam, mój zwrot od rządu federalnego poszedł w górę.

Czy ja to sobie wyśniłam? Zapraszam amerykańskich podatników do podzielenia się doświadczeniami.

03:36, anetacuse , Ameryka
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 23 stycznia 2012

Przed świętami byłam zaproszona do znajomych, gdzie poznałam pewną panią, która zachwyciła się moim polskim pochodzeniem i wyraziła ogromną chęć nauczenia się kilku polskich potraw. Jej przodkowie są z Polski, stąd zainteresowanie. Wychowała się na polskich potrawach, ale się ich nie nauczyła. Tym samym zrodził się pomysł na "Polish party", czyli imprezę promującą polską kuchnię.

Pomysł okazał się wyjątkowo udany zwłaszcza na przełamanie zimowej nudy i marazmu. Goście przynieśli przystawki, a ja przygotowałam wszystko potrzebne do zrobienia pierogów z kapustą i grzybami i pierogów z jagodami oraz faworków. Plan był ambitny, ale się udał, a przy tym było dużo zabawy i wszystko zostało zjedzone.

Poniżej: Demonstracja trzech technik lepienia pierogów. 

Technika sklejania pierogów

Fajnie byłoby poszerzyć repertuar o domowej roboty pączki, makowiec, gołąbki albo kartacze. Jeśli ktoś z moich blogowych znajomych miałby ochotę zrobić kuchenny pokaz w Syracuse, to służę kuchnią i noclegiem. 

P.S. Czy ktokolwiek z Was potrafi zrobić sękacza?

sobota, 14 stycznia 2012

W nawiązaniu do mojego wpisu sprzed dwóch miesięcy, z kronikarskiego obowiązku informuję, że wkrótce po popełnionym wpisie oboje z mężem pozbyliśmy się smartphonów. Akcja była prosta: namierzyliśmy u członków rodziny dwa używane już niekochane telefony komórkowe "głupie" od tego samego operatora. Poszliśmy do punktu operatora i poprosiliśmy o przeniesieniu numerów na "głupie" komórki. Operator przeniósł szybko, bezboleśnie i za darmo. Nadal jesteśmy na tym samym kontrakcie, ale operator już nie może nam naliczyć za dane. Oszczędzamy ponad $50 miesięcznie.

Nasze smartphony nadal działają na wi-fi. Można na nich robić wszystko co poprzednio oprócz dzwonienia. Punktów wi-fi jest wszędzie pełno, więc facebookuję i sprawdzam pocztę z mojego kieszonkowego komputera za darmo. 

P.S. Teraz noszę w torebce trzy telefony, ale to pikuś.

23:37, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (5) »

Nigdy nie wychodzę z domu bez przynajmniej jednej butelki z wodą. W większości miejsc publicznych w Stanach są fontanny z wodą pitną, z których można pić bezpośrednio lub napełnić butelkę. We wszystkich restauracjach woda podawana jest za darmo. Piję dużo wody i często, jest moim głównym napojem i nieodłączną częścią mego dorosłego życia. Tylko dorosłego.

W czasach mojego dzieciństwa, nie licząc zawsze popularnej mineralnej wody gazowanej, woda w ogóle nie była napojem samym w sobie. Nie znałam NIKOGO kto piłby samą wodę. Wychowałam się na piciu mleka, kakao, kompotu, herbaty, kawy inki, ewentualnie wody z sokiem, a w późniejszych latach kawy. W domu była mineralna woda gazowana, ale jej nieznosiłam. Oranżada była sporadyczną radością kupowaną w szkolnym sklepiku do wypicia "na miejscu." Do szkoły zabierało się drugie śniadanie, ale najczęściej bez żadnego napoju. Teraz w ogóle nie potrafię sobie wyobrazić jak potrafiłam funkcjonować pijąc tak małą ilość płynów. Coca-cola była rzadkością i ósmym cudem świata.

Po 1989 zaczęły królować napoje gazowane, w coraz większej ilości domów na stałe zaistniały półtoralitrowe butelki Coli czy Fanty. Rynek zalały też wszelkiej maści soki. Potem nadszedł trend wody. Kupowało się zgrzewki gazowanej lub niegazowanej wody mineralnej, bo wszystkie media trąbiły, jakie to zdrowe. Dopiero wtedy woda naprawdę zaistniała na polskich stołach. Miałam 19 lat kiedy po raz pierwszy, za radą mojej kosmetyczki, zaczęłam pić wodę. Szczerze wtedy wody nie znosiłam i praktycznie zmuszałam się do jej picia. Teraz nie wyobrażam sobie życia jedynie na kompotach i herbacie.

Powyższe spostrzeżenia są subiektywne i niekoniecznie odzwierciedlają prawdziwy stan tamtych lat. Proszę podzielcie się swoimi doświadczeniami: co piliście w czasach Waszego dzieciństwa, co pijacie jako dorośli, co podajecie do picia Waszym dzieciom? Jak było/jest w Polsce, a jak na obczyźnie?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 46
statystyka



free counters