|
O kajakarstwie, zdrowym żywieniu i życiu w USA
czwartek, 19 listopada 2009
Jako, że sumiennie zbieramy kupy po naszym psie w torebki, trzeba coś z nimi zrobić do czasu wywozu śmieci. Torebki z kupami trzymamy w wielkiej donicy z ziemią koło domu, gdzie nikomu nie wadzą ani wyglądem, ani wonią. Raz na tydzień, w dzień wywozu śmieci, donicę z torebek opróżniamy. Ostatnio znaleźliśmy torebki porozrzucane wokół donicy. Myśleliśmy, że to wiatr, choć nigdy wcześniej się to nie zdarzyło, bo kupy są ciężkie, a donica głęboka. Poszłam je pozbierać, ale torebki były... puste. Porozcinane, jakby je ktoś nożem załatwił. Jedna kupa walała się nieopodal, ale większości... po prostu brakowało. To normalne, że kruki, skunksy, wiewióry i inne zwierzęta dopadają plastikowych toreb ze śmieciami jak ktoś nie ma pojemnika i rozwalają je w promieniu kilku metrów, bo w śmieciach jest jedzenie. Ale kupy? Jakie zwierzę zjada psie kupy???
wtorek, 17 listopada 2009
Nowojorczycy borykają się z nadchodzącą koniecznością zakupu nowych tablic rejestracyjnych począwszy od 1. kwietnia przyszłego roku. Pretekst jest taki, że rzekomo obecne tablice rejestracyjne są wysłużone i słabo widoczne, bo ich odblaskowość wyblakła. Trudno w to uwierzyć, bo moje pięcioletnie tablice w nocy świecą aż miło, męża ośmioletnie też. Prawdziwy powód jest taki, że czymś trzeba załatać dziurę w budżecie. Tablice mają przynieść ok. $130 milionów dochodu. Za rejestrację samochodu płaci się $45 co dwa lata, nowe tablice mają dodatkowo kosztować $25, a jeśli chce się zatrzymać ten sam numer, to ten przywilej będzie kosztował dodatkowe $20. Zbędny koszt za zbędne tablice, tym bardziej, że tablice były już raz zmieniane w 2001 roku, a proponowane nowe są naprawdę brzydkie.
Afera z tablicami zmobilizowała Nowojorczyków do działania. Dwie figury publiczne, County Clerks Patricia Ritchie i George Williams, rozpoczęły dwie niezależne od siebie petycje mające na celu zahamowanie procesu wprowadzenia nowych tablic. Głos demokracji przyszedł e-mailem od sąsiadów i kto żyw rozsyłał linki do petycji swoim nowojorskim znajomym. Normalnie nie znoszę spamu i prawie nigdy nie wysyłam masowych e-maili, ale tym razem zrobiłam wyjątek. Wynik szybko było widać w lokalnej prasie: 100,000 Nowojorczyków opowiedziało się przeciw tablicom, 11 senatorów opowiedziało się przeciw tablicom, a gubernator powiedział, że to rozważy, o ile dostanie propozyję na inne metody łatania budżetowych dziur. Bitwa o tablice nie jest jeszcze przesądzona, ale demokracja zrobiła swoje. E-mail nagłośnił opinię umożliwiając szybkie rozprzestrzenienie petycji, a politycy robią wszystko, żeby nie podpaść swoim wyborcom. Miejmy więc nadzieję, że nowych tablic nie będzie. A sloganem ostatnich czasów jest to: TEA - Taxed Enough Already
poniedziałek, 16 listopada 2009
środa, 11 listopada 2009
Mój szwagier jest dyrektorem banku i ma biuro o szklanej ścianie zewnętrznej. Dzisiaj do biura, taranując ścianę, wjechała mu samochodem staruszka. Stłuczone szkło poleciało wszędzie, a on wyskoczył zza biurka jak kot ledwo unikając staranowania samochodem, co było widać na oglądanym później filmie z kamery CCTV. Pani pomylił się pedał hamulca z pedałem gazu. Roztrzęsiony szwagier zadzwonił na policję, a w międzyczasie poprosił staruszkę, aby pozostała w samochodzie do czasu przyjazdu władz. Zgodziła się, po czym poprosiła szwagra o... spieniężenie jej czeku, skoro i tak tam musi siedzieć. W ostatnią sobotę mój znajomy "zaliczył" sarnę samochodem. Szkody ogromne, samochód na straty, sarna nie przeżyła, a on szczęśliwie cały i zdrowy. Zaraz po wypadku pierwszy mijający go samochód zatrzymał się z pytaniem, czy potrzebuje pomocy. Następne trzy zatrzymały się z pytaniem, czy mogą wziąć sobie martwą sarnę.
wtorek, 10 listopada 2009
Od dłuższego czasu interesuję się ekologią. Jakiś czas temu zadałam sobie pytanie, co mogę zrobić JA, aby oszczędzać energię i spowolnić proces zaśmiecania naszej planety. Zaczęłam myśleć o swoich codziennych czynnościach przez pryzmat środowiska. Przełożyło się to na drobne zmiany, jakie stopniowo wprowadzam w swoim życiu aby zredukować swój carbon footprint, czyli ślad węglowy.
W planie lub w trakcie rozważań:
Co marnotrawię:
A jakie są Wasze pomysły na ekologiczne życie?
czwartek, 05 listopada 2009
Amerykanie są strasznymi kawoszami i piją kawę litrami. Tutaj jednak nikt nie parzy kawy po turecku przez zalewanie zmielonej kawy wrzątkiem. Tutaj również nikt nie pija kawy rozpuszczalnej, bo nią się powszechnie gardzi. Kawę rozpuszczalną pija się tylko w warunkach ekstremalnych, jak eskapada na szczyt Kilimandżaro. Do parzenia kawy powszechnie używany jest ekspres do kawy (coffee maker), który przepuszcza gorącą wodę przez bibułkowy filter wypełniony kawą grubo mieloną. Przyznam, że na początku taka kawa wydawała mi się lurowata, ale się przyzwyczaiłam. Tak czy inaczej, Amerykanie pijają kawę tylko "czystą," broń boże z jakimiś fusami, mułami, czy osadami. Tymczasem kiedy zajdzie się do jakiegokolwiek sklepu kawowego typu "Starbucks" czy "Barnes & Noble," na półkach stoi kilkanaście eleganckich dzbanuszków French press o różnych kształtach i rozmiarach. Najczęściej firmy Bodum. Niektóre nawet Made in Poland. Pomyślałby ktoś, że Amerykanie są fanami tej metody parzenia. Ale nie. Kupiłam sobie taki jakiś czas temu. Przeczytałam recenzje innych kupujących i prawie każdy narzekał na osad. Bo to koniec świata, że coś się na dnie osadza! Dzbanki powszechne są wśród wielbicieli biwakowania, bo większość uznaje kawę z French press za lepszą od kawy rozpuszczalnej. Sama zaczęłam używać swojego dzbanuszka do parzenia kawy w domu i przyznam, że kawa wychodzi bardziej "charakterna" niż z bibułkowego filtra ekspresu do kawy, pomimo osadów. Nie licząc biwakowiczów, nie znam nikogo, absolutnie nikogo w Stanach, kto używa French press do parzenia kawy. Sklepy natomiast prezentują śliczne i drogie dzbanuszki jako modne i europejskie. Ja tu czegoś nie rozumiem. Czy one są tylko na pokaz, czy naprawdę je ktoś kupuje? Wczoraj naszła mnie myśl, że może by zrobić placki ziemniaczane. Placków ziemniaczanych nie jadłam od czasu wyjazdu do Stanów, czyli ponad 10 lat. Oczywiście nie byłabym sobą, gdyby mi się nie zachciało eksperymentować. Moje placki miały być z yam'u, co w języku polskim funkcjonuje po nazwami, za Wikipedią, wilec ziemniaczany / batat / patat / słodki ziemniak. W Stanach yam i sweet potato to dwa różne gatunki, chociaż nazw używa się zamiennie. Po przerobieniu pierwszego batata na papkę stwierdziłam, że nic z tego nie będzie. O ile ziemniak zwykły zamienia się w wodnistą, gładką masę po starkowaniu, batat zamienia się w suche pomarańczowe wióry a la marchewka. Nie poddając się, starkowałam dodatkowo kilka czerownych ziemniaków i cebulę, żeby wyrównać konsystencję. Masa wyglądała całkiem do rzeczy. Doprawiłam, dodałam trochę oliwy, ale oczywiście nie miałam jajka. Postanowiłam nie dodawać też mąki. Rezultat był totalnie mizerny, alebowiem placki za Chiny nie chciały trzymać się kupy i w rezultacie usmażyłam papkę a la kasza manna. Machnęłam więc ręką, na obiad zrobiłam kanapki, a resztę masy upiekłam w piekarniku w nadziei, że wyjdzie babka ziemniaczana. Wyszła, ale kroić się nie dała, więc po wyjęciu kawałka nadal przypomina górę kaszy mannej. Choć wizualnie jest nieciekawa, smakowo jednak zjadliwa. Co do batatów, polecam robienie z nich frytek. Batat należy obrać, pokroić w paski, posypać wybranymi przyprawami i pokropić olejem, po czym upiec w piekarniku w 375 stopni F przez jakieś pół godziny, przewracając frytki w połowie pieczenia na drugą stronę. Co do placków ziemniaczanych, przypomniały mi jak bardzo nie lubię obierać ziemniaków. Niemniej jedan zbieram się do podejścia nr 2, tym razem bez cudowania.
środa, 04 listopada 2009
Polityka polega na tym, że osoba ubiegająca się o posadę, której nigdy wcześniej nie wykonywała i o której ma blade pojęcie, jest wybrana na tę posadę przez obywateli, którzy o owej posadzie mają jeszcze bledsze pojęcie, a wybierają na podstawie nie kwalifikacji kandydata, a (1) przynależności partyjnej, (2) miejsca zamieszkania, (3) elokwencji, (4) godnej zaufania facjaty, (5) znajomo brzmiącego nazwiska, lub innych zwodnych kryteriów. Tak więc głosowałam wczoraj w wyborach starając się dokonać jak najrozsądniejszego wyboru na podstawie biografii, dotychczasowych sukcesów i aktywności społecznej kandydatów. Niestety wybory na stołki lokalne nie są aż tak oświecone jak wybory prezydenckie, na przykład, i dużo trudniej jest zaznajomić się z kandydatami. Loteria, panie, loteria.
środa, 28 października 2009
Mąż dziś założył dawno nieużywane spodnie i z niezadowoleniem odkrył, że brak w nich dwóch guzików. Zamiast wykazać empatię dla przykrej sytuacji guzikowej, odpłynęłam myślami w krainę, w której bardzo dawno nie byłam. W moim rodzinnym domu była metalowa puszka po landrynkach, różowa z niebieskimi kolibrami i kolorowymi kwiatami, w której moja babcia trzymała guziki. To był cały kalejdoskop guzików, który wydawał mi się najciekawszym skarbem na świecie. Były guziki perłowe, srebrne, złote, z kości słoniowej, drewniane i plastikowe; obleczone skórą, dzianiną bądź materiałem; starodawne i wpółczesne; płaskie i wypukłe; okrągłe, podłużne, kwadratowe i trójkątne. Niektóre miały kotwice marynarskie, inne krateczkę, jeszcze inne kropki; miały dwie dziurki, cztery dziurki lub pętelkę; były maciupkie lub nieprzyzwoicie wielgachne. Lubiłam opóżniać zawartość puszki na koc i przyglądać się wszystkim guzikom po kolei. Guziki miały też dziwny, specyficzny zapach i czasem wystające z dziurek strzępy nici. Jak komuś urwał się guzik i go zgubił, zawsze dało się coś dopasować. Dlaczego w moim domu nie ma ani jednego guzika? |
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
A jak kajakarstwo
Anglojęzyczne
Ekologia
Emigracyjne świat
Emigracyjne USA
Mamine
Różne
Wege
|