Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
niedziela, 05 listopada 2017

Ponad miesiąc minął od mojego powrotu z Polski, czas udokumentować, zanim rozmyją mi się szczegóły... Minęło 5 lat od mojej ostatniej wizyty i w dalszym ciągu widzę zmiany na lepsze.

Pierwszy tydzień był chłodny i deszczowy, potem pogoda znacznie się poprawiła. Niestety w połowie wyjazdu przeziębiliśmy się, co trochę nam zepsuło radość.

Co mnie zachwyciło:

  • Nowy Boeing Dreamliner, którym miałam przyjemność lecieć z Nowego Jorku do Warszawy. Naprawdę najbardziej odjazdowy samolot jakim kiedykolwiek leciałam. Obsługa LOTu też była absolutnie idealna, a w toaletach prawdziwe róże. Żeby jednak nie było za dobrze, gratisowy alkohol przeszedł do lamusa.
  • Stopień rozwinięcia ścieżek rowerowych: są częścią chodnika, porządnie oznaczone, naprawdę bezpieczne. W Stanach tylko pomarzyć.
  • Praktycznie w każdej restauracji (włącznie z fast foodami) i hotelu wszyscy mówią po angielsku.
  • Hotel Marriott w Sopocie: najfajniejszy Marriott w jakim kiedykolwiek miałam przyjemność przebywać (a przebywałam w tuzinach amerykańskich Marriottów, gdyż to moja preferowana sieć hoteli w podróżach służbowych). Śniadanie (szwedzki stół) było nie z tej ziemi, podobał mi się wystrój i meble, w pokoju był czajnik bezprzewodowy (hura!) zamiast przelewowego ekspresu do kawy na modłę amerykańską (ugh), rewelacyjna obsługa, piękna lokalizacja nad samym Bałtykiem i świetnie wyposażony - włącznie z basenem na dachu i spa na parterze.
  • Uber. Nie wiedziałam, że jest. Tak sobie z głupia frant sprawdziłam na aplikacji jakiej używam u siebie i voila - ta sama aplikacja, wszystko działa tak samo, prędka i wygodna metoda poruszania się po Trójmieście. W Suwałkach nie ma.
  • Budowa autostrad. Eee, to trochę z mieszanymi uczuciami, bo budowa znaczy korki, ale faktem jest, że nigdy nie widziałam budowy dróg na tak szeroką skalę - a mówię o budowie koło Trójmiasta. Ile maszyn, ludzi, wysiłku - było to dla mnie niesamowite.
  • Kibel w autobusie z Warszawy do Suwałk. Wiem, wiem - kible w autobusie to żadna nowość, ale pierwszy raz tak miałam i jaka ogromna ulga!
  • Wreszcie można prawie wszędzie płacić kartą.
  • Muzeum emigracji w Gdyni - naprawdę rewelacyjnie zrobiona ekspozycja.
  • Google Maps bardzo dobrze sobie radzi na polskich drogach.
  • Brak dymu papierosowego w publicznych lokalach. Nie wiem od kiedy tak jest.
  • Poprawa usług w urzędach: milej, szybciej, lepsza organizacja (nie dotyczy absurdalnych przepisów).
  • Dowód osobisty zrobiono mi w tydzień.
  • Ludzie wydają się bardziej przyjaźni i wyluzowani.
  • Zamek we Fromborku.
  • Stare Miasto w Gdańsku. Akurat pogoda i samopoczucie nie dopisały, ale tam jest - jak wiadomo - fajnie.
  • Zwrot podatku VAT powyżej 300zł dla turystów.
  • Spopularyzowało się bieganie i ogólnie sporty w każdym wieku, na co się patrzy z przyjemnością.

Co mnie nie zachwyciło:

  • Debilne ronda co 2 minuty.
  • Usługi - nadal tu i ówdzie ściana, ale w mniejszości.
  • Hotel Marriott na lotnisku Chopina: zimna, snobistyczna obsługa, aczkolwiek czajnik bezprzewodowy też mieli, a nawet Nespresso.
  • Agresywni kierowcy.
  • Upierdliwość zakupu biletu z automatu na kolejkę miejską (Sopot). Bierze tylko monety, a sądząc z tego, jak długo jednej osobie zajęło kupić bilet, i ile innych osób potrzeba było do pomocy jednej osobie w zakupie biletu - najwyraźniej do tego potrzebny jest doktorat. I monety. Dodam, że trudności mieliśmy nie tylko my, ale miejscowi również.
  • Przegrzane kolejki miejskie. Ludzie, jest zimno. Wszyscy są poubierani w zimowe ubrania. Nie grzejta pociągu do temperatury "domowej," bo się potem wszyscy w tych ciuchach zgrzeją i wyjdą znowu na zimne.
  • Ceny. Znając polskie realia zarobkowe, ceny niektórych produktów są z kosmosu.
  • Brak dobrych dróg / autostrad w północnowschodniej Polsce. Z mojego wywiadu wynika, że się takowych nie doczekam raczej nigdy. Ma być autostrada, ale wyłącznie do Ełku. Dobre i to.
  • W dalszym ciągu trudności ze znalezieniem publicznych toalet.
  • Molo w Sopocie: płatne, po sezonie.
  • Akwarium w Gdyni. Byłam tam jako dziecko i zapamiętało mi się jako cudowne miejsce, a było zwyczajnie takie sobie - raczej nie warte ceny biletu.
  • Niemożność złożenia wniosku o paszport na podstawie przeterminowanego paszportu lub dowodu osobistego. Tak, wpadłam w błędne koło: przeterminował mi się polski paszport i dowód osobisty. Ja rozumiem, że na przeterminowanym paszporcie nie mogę jeździć (wjechać do kraju, który wydał paszport - tak), ale przecież przeterminowany paszport czy dowód nadal są dowodami, że jestem kim jestem, mam taką a nie inną datę urodzenia, tak a nie inaczej wyglądam. Stanęło na napisaniu podania o paszport tymczasowy, który został mi wydany na podstawie paszportu amerykańskiego, a na podstawie którego mogłam złożyć wniosek o paszport biometryczny. A całe to halo z powodu jakiś gnuśnych przepisów, że teoretycznie mogę zostać niewypuszczona z kraju bez paszportu polskiego - jako obywatel polski. Nie napiszę więcej, bo internet już ocieka morzem dyskusji na ten temat, ale fakt pozostaje, że wjechałam i wyjechałam na paszporcie amerykańskim i nikt mi nie robił problemów.
  • Zwrot podatku VAT powyżej 300zł dla turystów: tyle papierkologii, zachodu i dezinformacji, że prawie nie warto. 
  • Wkradająca się otyłość społeczeństwa, najbardziej widoczna w młodym pokoleniu - kompletna kalka przekroju w Stanach, jeszcze kilka lat temu nieistniejąca.
  • Znaczna część społeczeństwa nadal pali.

Z ciekawostek:

  • Na rynek weszły brylanty. Ciekawie obserwowało się asortyment w sklepach jubilerskich - kompletnie inna bajka.
  • Polecieliśmy LOTem, bo cena była wyjątkowo atrakcyjna - nigdy mi się wcześniej nie zdarzyło, żeby LOT był tańszy od innych połączeń. Nie wiem czy to dlatego, że po sezonie (wrzesień), czy promocja nowej floty Boeingów.
  • Na komórkowym planie międzynarodowym, na smartfonie funkcjonowałam dokładnie jak u siebie, co mi bardzo ułatwiło i uprzyjemniło pobyt.
środa, 09 sierpnia 2017

Nie wiem kiedy dokładnie to się stało, ale te książkowe i filozoficzne porady o "życiu w teraźniejszości" stały się moją rzeczywistością. Przypuszczam, że sprawiła to moja praca.

Wracając pamięcią do lat szkolnych człowiek zawsze miał cel, żeby skończyć szkołę, dostać się do dobrego ogólniaka, potem na studia, wszystko po to, żeby dostać dobrą pracę, żeby móc przetrwać, a jeszcze lepiej - godnie żyć. Mówi się, że zawsze potrzebujemy nowych celów, ale czy to prawda? Doszłam do etapu, że po prostu... jestem. Ciągle pracuję nad samoudoskonalaniem, w domu i pracy, ale to dla mnie hobby, a tak zwyczajnie nie mam żadnych konkretnych celów poza robieniem dobrej roboty we wszystkim, czego się podejmę. Jestem i to mi wystarcza. Oczywiście mam plan emerytalny i planuję za 5-10 lat sprawić sobie mały wygodny dom w cieplejszym klimacie, ale to wszystko. Poza tym najdalsze plany to ewentualnie przyszłoroczne wakacje, może następny weekend. Bywają dni, że jestem tak pochłonięta pracą, że 5-ta godzina wydaje się odległą przyszłością, a co dopiero nadchodzący weekend. Kiedy wybieram się za dwa dni na drugi zakątek kraju, jest to dla mnie odległe wydarzenie, o którym nie warto myśleć do czasu wieczoru lub poranka przed (w zależności od pory lotu) - kiedy to się człowiek spakuje. Czas się wygodnie rozciąga, kiedy półtoradniowy weekend w domu pomiędzy wyjazdami wydaje się tygodniem - tyle wtedy można zrobić. Pewnie, nie jestem w rozjazdach ciągle, to przychodzi falami, ale przez to, że bywam - czasem po 9 tygodni pod rząd - mam zupełnie inne podejście do czasu. Funkcjonuję w bańkach minut, zwłaszcza bardzo sobie cenię podróże samolotem, kiedy jestem w mile odizolowanym świecie własnych myśli, muzyki lub książki. Dzięki temu, że pracuję nad wieloma projektami, z wieloma ludźmi, w wielu miejscach sporo rozpiętych geograficznie, ostatnie 3 lata jawią mi się niczym dekada: coś, co wydarzyło się zaledwie rok temu wydaje się być zapomnianą, bardzo odleglą przeszłością.

Uwielbiam spędzać czas z mężem, ale lubię też być sama w trasie. Nie mam problemu z jadaniem samej w restauracjach, czasem podróżuję sama, czasem z klientami, czasem ze współpracownikami. Jest ciekawie, czasem łatwo, czasem parszywie trudno. Czasem nie dosypiam, czasem mam doły, ale nieważne co się zdarzy - zawsze wracam do oazy domowej, którą jeszcze bardziej cenię. 

Mogłby ktoś pomyśleć, że brak mi ambicji do "robienia kariery." Sęk w tym, że odkąd osiągnęłam poziom architekta (w mojej firmie "architekt rozwiązań" to osoba, która projektuje dopasowanie gotowego oprogramowania z półki do konkretnych wymagań klienta i robi plan wszelkich integracji do innych systemów, a potem to wdraża z pomocą konsultantów lub bez) mam ogromną autonomię w pracy i naprawdę lubię to co robię (z wyjątkami). Pozycje "wyżej" to kierownik zespołu lub (kochany w USA) "waniliowy" kierownik projektu, który traci kontakt z samym oprogramowaniem, a ja wolę rozwiązywać ciekawe problemy i konfigurować oprogramowanie niż zarządzać ludźmi czy rozkładem zadań zespołów.

Tym sposobem trwam.

P.S. Jak czytelnicy ostatniego wpisu się zapewne domyślają, ostatnio u mnie się polepszyło: dostałam nowy projekt (a w zasadzie dwa). Ogromny, skomplikowany, ale nowe problemy do rozwiązania i ciekawi, świetni ludzie dostarczyli mi odskoczni od ostatniego "wykolejonego" projektu, który przysporzył mi gór stresu i bólu. Wprawdzie mój "wykolejony" projekt (który nadal przysparza mi stresu i bólu ale z dalszej perspektywy, więc nabrałam dystansu) w końcu podniesie się z popiołu i kiedyś go trzeba będzie skończyć - nie martwię się tym dzisiaj. Chwilo - trwaj.

02:04, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (3) »
czwartek, 06 lipca 2017

Coś napisać?

Jak się może domyślacie, praca porwała mnie i przepuściła przez wyżymaczkę. Nie wiem, czy da się w skrócie, ale spróbuję. 

Po fabryce soku pomarańczowego zrobiłam wdrożenie 3 fabryk ciężarówek i autobusów. Przez 7 miesięcy było łatwo i przyjemnie oraz bez wyjazdów, ale nadeszła pora stawiania systemu i było jak zwykle, czyli stresująco. Projekt miał kilka ciekawych (czyt. trudnych) osobowości, opóźnienia hinduskiego zespołu, kupa straconego czasu. Potem odwlekanie, popychanie terminów. Też jak zwykle. Potem stawianie na raty - zaopatrzenie oddzielnie od obsługi i naprawy maszyn. Poszło. Potem kilka ogromnych kłód pod nogi - starcia z księgowością. W końcu poszliśmy z tym zaopatrzeniem i po półtora dnia trzeba było wyciągnąć wtyczkę i wpuścić ich do starego systemu z powodu poważnego defektu po stronie ich innego systemu, z którym mój system był zintegrowany, czego nikt nie wyłapał przy testach. Tymczasem mi się skończył kontrakt, a oni musieli to stawiać sami już beze mnie, co nawet im się udało. Niestety po miesiącu księgowi tak narzekali, że fabryka wyciągnęła wtyczkę po raz drugi i ostatni, czyli więcej jak połowa mojego wdrożenia poszła się paść. Niby nie mój problem, nie moja kasa wyrzucona w błoto, ale żal, bo ogólnie wdrożenie wyszło dość zgrabnie i przy odrobinie cierpliwości dało by się wszystko wygładzić. To są tzw. "growing pains", ale nie wszyscy to rozumieją. Najfajniejszą częścią projektu było stawianie systemu w fabryce w Monterrey w Meksyku. Robiłam szkolenie po angielsku z pomocą tłumacza, nawigując w systemie ustawionym po hiszpańsku, co było o wiele bardziej ciekawe. Wdrożenie dwujęzyczne również było ciekawym doświadczeniem, a poza tym bardzo dobrze pracowało mi się w Meksyku: fabryka była dużo czystsza i lepiej zorganizowana niż obie fabryki tej samej firmy w USA; ludzie świetni i dużo solidniej przykładali się do szkoleń, wyglądało też, że dużo bardziej im zależało; do pracy dowożono mnie i odwożono codziennie; ogólnie było jak na wakacjach czego nie mogę powiedzieć o żadnym innym wdrożeniu. 

Na jesieni doszedł mi projekt firmy produkującej helikoptery, ale im robimy drobne zajęcia usprawniające system, więc nie jest to pełnoetatowe. Projekt dystrybutora chemikaliów przemysłowych się wykruszył z powodu restrukturyzacji firmy.

W styczniu uderzył we mnie meteor, czyli dostałam swój obecny projekt, który właśnie się wykoleił. Koszmar stulecia. Kontrakt rządowy, wdrażanie floty (ang. fleet, co oznacza wszystko od samochodów, po samoloty, helikoptery, łodzie motorowe, ATV itp, itd) całego stanu, ok. 25000 wszystkiego. Jesteśmy na podkontrakcie u firmy, która wygrała przetarg na tę 'misję niemożliwą.' Szczęściarze! Projekt zaczął się w styczniu, ale mogłam go objąć dopiero pod koniec marca kiedy skończyłam ciężarówki i autobusy - mój kolega prowadził go za mnie. Wybrano mnie, bo jestem ponoć najlepsza w papierkologii i upierdliwych szczegółach, ale to i tak nas nie uratowało. Projekt był duży i skomplikowany, akurat na półtoraroczne wdrożenie, ale na 6-cio miesięcznym grafiku - bo MUSIAŁ być skończony do 31 lipca br. Ponoć. Prawie się żeśmy pozabijali, żeby to jakoś przepchać: nieludzkie godziny, weekendy, każda sekunda dnia wypełniona robotą jak na niekończącym się wyścigu, zespół 6 ludzi do prowadzenia i koordynacji, aby wszystko posuwało się jak należy i nikt nie marnował czasu. Nie powiem, zespół miałam świetny, dokonaliśmy paru cudów, ale niestety za mało i za późno, za wolno i nierówno - czyli jak nie zrobisz i tak jest niewystarczające. Miałam poczucie opróżniania oceanu łyżeczką. Był stres, problemy ze spaniem. Niestety ci z działu sprzedaży naopowiadali różnych bajek żeby to kolanami przepchać, oprogramowanie wymagało tony dostosowań na zamówienie, programowania itp., a prowadzący projekt po stronie klienta nigdy nie wdrażał tak skomplikowanego systemu i chciał dostać księżyc, na dodatek zmieniali wymagania z tygodnia na tydzień. Biurokracji przy tym po same uszy, dwie agencje robiące audyt, przy tym właściciel kontraktu plączący się non stop pod nogami. No i w końcu po sesji testowej nr 2, klient nas znokautował w dwóch rundach po 90 minut każda, po czym powiedział, że "dla nas to jest nieważnie kiedy wdrożycie, bylebyście to zrobili dobrze." Po tym, kiedy "spaliliśmy" budżet próbując dopiąć termin. Kiedy wszystko było zaklepane - m.in. loty na szkolenie. Kiedy odwołałam planowane od 2 lat wakacje w Polsce, które miały mieć miejsce w przyszłym tygodniu. Te dwie rundy były jak przesłuchanie w sądzie i czułam się na ławie oskarżonych. Nigdy nie widziałam niczego podobnego w swojej 12-to letniej karierze, a moja szefowa w jej 20-to letniej. Tak czy inaczej - projekt został tymczasowo zatrzymany. Dopinamy co możemy, zabrali mi większość zespołu aby ratować godziny w budżecie, ślęczę nad dokumentacją, "dowodami" itp. Jeszcze tak ze 2-3 tygodnie, a potem koniec. Ci od głównego kontraktu wypełniają papiery, żeby dostać więcej kasy na skończenie (96% było zrobione), zanim to zostanie podpisanie - nie wiadomo, kto będzie dostępny żeby to doprowadzić do końca. Może ja, a może kto inny. Marzy mi się, że kto inny... W zasadzie to wyszło dobrze, bo odzyskałam część swojego życia i lata. Cały lipiec miałam być w rozjazdach, a tak siedzę w domu i planuję biwaki.

Firma nam się rozrasta, zatrudniamy krocie nowych ludzi, ale nie wydaje mi się, że to jest dobrze. Za szybko, za agresywnie. W grudniu w formie nagrody za osiągnięcie celów fiskalnych firma zabrała nas włącznie z osobą towarzyszącą na 4-ro dniowe wakacje na Karaibach - Republika Dominikany. Nie powiem, było super, ale jak popatrzę na ostatnie 6 miesięcy swojego życia to wolę nie jechać na Karaiby a mieć bardziej normalną pracę, która nie wysysa z człowieka ostatnich soków.

Dzięki ostatnim 6-ciu miesiącom opracowałam kilka dodatkowych metod radzenia sobie ze stresem: aplikacja do medytacji, aplikacja z białym szumem (white noise) połączona ze słuchawkami redukującymi hałas plus suplementy ziołowe do spania, plus joga kiedy mam czas, no ale joga to u mnie jest normą już od kilku lat. Ogólnie uważam, że joga to najlepsza rzecz jaką mogłam dla siebie zrobić. 

Była też rozdzierająca i dość nagła śmierć w moim zespole: żona mojej szefowej dostała pod koniec marca diagnozę rzadkiego i bardzo zaawansowanego raka wątroby - dali jej 6-8 miesięcy życia bez chemii i dłużej z chemią. Niestety się pomylili, gdyż zmarła pod koniec maja. Szefowa tymczasem również balansowała mój projekt, aby uratować go przed utonięciem - na darmo. W marcu prowadziła normalne życie z ukochaną osobą. W maju była już wdową. 

Zimą w końcu VW wykupił od nas oba diesle. Proces się ciągnął, ale ogólnie był bardzo dobrze zorganizowany. Zapłacili prawie tyle, za ile kupiliśmy oba auta parę lat wcześniej, do tego było parę postronnych kompensat od VW i od Bosch - producenta oprogramowania. Oboje przesiedliśmy się na Subaru - mąż na Outbacka, ja na Crosstreka. Radość była nieco krótka, bo w zeszłym tygodniu na dzień przed wyjazdem na biwak na długi weekend świąteczny i parę dni po zmianie oleju u dealera w samochodzie męża, w drodze z pracy lampka oleju zabłysła na chwilę, po czym 10 minut później zatarł się silnik. Facet od lawety potwierdził, że nie było w nim ani kropli oleju - wyciekł sobie, bo ktoś czegoś nie dokręcił. Teraz mamy problem, bo nikt ci oczywiście nie da nowego samochodu ani silnika, więc samochód jest na dwa tygodnie w naprawie i będą mu tam wymieniać co mogą. Oczywiście był to nasz samochód holujący, więc trzeba się było nagimnastykować jak w ogóle jechać na ten biwak. Mój Crosstrek został zamówiony z hakiem holującym, ale trzeba było zainstalować adapter do wtyczki (z 4 do 7), tymczasem nikt tego nie chciał zrobić i woziliśmy się pół dnia zanim znaleźliśmy chętnego o odpowiedniej wiedzy, żeby to zainstalować. Udało się. Biwak też się udał. Pobiłam rekord niesprawdzania maila służbowego przez 5 dni. Dealer dał nam samochód zastępczy, który wprawdzie nie holuje, za to można nim dojechać do pracy.

W zeszłym miesiącu stuknęła mi 40-tka, z czym muszę przyznać miałam spore trudności jak tylko licznik tego roku zmienił końcówkę na '7', za to sprawiłam sobie oryginalny prezent: operację zmiejszenia piersi. Operacji poddałam się pod koniec marca pomiędzy jednym projektem a drugim i straciłam dokładnie 3 dni pracy. Było to coś, co marzyło mi się od dawna, bynajmniej nie ze względów estetycznych, ale praktycznych. Operacja była pod narkozą, tego samego dnia wróciłam do domu. Był to mój pierwszy tego typu styk z amerykańską służbą zdrowia (porównując np. do wycięcia migdałów czy wyrostka w Polsce) i muszę przyznać, że było to bardzo pozytywne doświadczenie. Jestem również bardzo zadowolona z efektu - nie jest na tyle znaczący, aby był zauważalny dla osób postronnych (ani nawet moich znajomych), natomiast bardzo ułatwia mi życie.

Obiady z pudełka porzuciłam na rzecz... gotowania z książki kucharskiej. Niektórzy dochodzą do celu drogą okrężną, tak było u mnie. Po prostu kupiłam sobie sprawdzoną książkę kucharską wydaną przez instytut America's Test Kitchen i zaczęłam gotować potrawy wegetariańskie. Nie, żebym obecnie była wegetarianką, ale jak już mam gotować to wolę bezmięsnie, a mięso jadam od czasu do czasu. Fajnie było dopóki praca mi nie zeżarła wieczorów, ostatnio lodówka świeci pustkami, trzeba się będzie znowu wziąć w garść.

Zimą odwiedziła mnie koleżanka z ogólniaka, co było bardzo ożywiające i sympatyczne. Nie widziałyśmy się od czasów matury - albo może trochę po. Poszłyśmy na łyżwy - pierwszy raz od kilku lat.

Pies ma 10 lat i trzyma się świetnie. Papuga ma 7 i też wszystko dobrze, chociaż ostatnio jest na diecie bo weterynarz powiedział, że jest za gruby. Nadal biwakujemy z przyczepą teardrop, kajakujemy dużo mniej niż kiedyś, bo mamy za mało czasu żeby się wozić na całodniowe wypady w weekendy, za to więcej jeździmy rowerami. W zeszłym roku nabyliśmy "grube rowery" - czyli coś jak rower górski, ale o cudownie, idiotycznie grubych oponach. Świetnie się nimi jeździ - nazywam go "rowerem górskim dla idiotów." Dlaczego? Bo w terenie potrzeba mniej umiejętności i zdolności technicznych, a więcej mięśni - ten rower jeździ po wszystkim i jest dużo bezpieczniejszy. Z punktu widzenia fizyka jest głupi, bo potrzeba dużo więcej energii żeby nim jechać - stawia paskudny opór, ale z punktu widzenia pracownika biurowego jest genialny - jak się ma mało czasu, to człowiek się zmacha dużo szybciej i napracuje jak wół bardziej niż na takiej kolarzówie...

Z odkryć muzycznych ostatniego roku (z kawałkiem): Elle King, Amy Winehouse, Jem, Lindsey Stirling, Caro Emerald. Ta ostatnia jest po prostu genialna i jestem totalnie uzależniona - polecam.

Z odkryć telewizyjnych: Shameless (oryginalna brytyjska wersja), Humans, the Tunnel - telewizji nie oglądam wcale, za to łapię seriale na Amazon Prime od czasu do czasu i czasem nawet coś naprawdę dobrego się trafi.

Z książek: ostatnio trafia mi się dobra literatura faktu, np. 'Od zwierząt do bogów. Krótka historia ludzkości'. Niestety mam tak mało czasu na czytanie, że przeczytanie jakiejkolwiek książki zajmuje mi wieki, no i mam napoczętych kilka na raz.

Znów na diecie, znów hoduję włosy, znów wymyślam kolejne i nieoryginalne plany usprawniające. Czasem działa, czasem nie. 

Do następnego razu i dziękuję, że czasem ktoś tu zagląda.

--------------------------------------

Wpis dedykuję Cutiepie: nie dość, że popełniła wpis o umarłych blogach który był zawstydzająco-motywujący, to jeszcze niechcący zapędziła mnie na stronę Bloxa, a skoro już, to czemu nie...

czwartek, 28 lipca 2016

Kiedy raz na parę lat gramy na loterii i bawimy się w "co bym zrobiła gdybym wygrała", zatrudnienie domowego kucharza jest zwykle na mojej liście. Wiem, że gotowanie jest dla wielu ludzi świetnym hobby, że można w domu tworzyć cuda dla podniebienia, ale nie mam do tego ani czasu, ani zapału, ani chęci, ani cierpliwości. Nie gotuję z przepisów, bo to za dużo zachodu i czasu. Ot, wwalam do gara co popadnie, improwizuję - ma być prosto i szybko. W tym roku podróże służbowe i stres tak mi dały w kość, że kiedy już byłam w domu myślenie o tym, co włożyć do talerza przekraczało moje możliwości.

O ile w przeszłości wszelkie reklamy na Fejsbuku spływały po mnie jak po kaczce, tak się złożyło że ostatnio ich reklamy trafiają w samo sedno moich słabych życiowych punktów. Tym sposobem dowiedziałam się o ciekawej usłudze (nie jednej - jest ich kilka), która ułatwia gotowanie w domu. Muszę przyznać, że jestem zachwycona.

Działa to tak: zapisujesz się, wybierasz typ tygodniowego pakietu - u nas 3 posiłki na tydzień dla dwóch osób. Możesz zaznaczyć, że jesteś wegetarianinem lub nie jesz wieprzowiny / wołowiny / owoców morza itp. Wybierasz dzień przesyłki. Firma raz na tydzień wysyła ci dobrze izolowany i wyłożony lodem karton ze składnikami na 3 obiady wraz z przepisami. Nie trzeba robić zakupów spożywczych ani szukać udziwnionych składników: wszystko jest w pudełku oprócz soli, pieprzu i oliwy. Jeden ząbek czosnku, czy łyżka mąki, czy też dwie łyżki octu. Rozdzielam składniki do trzech dużych plastikowych misek i wsadzam do lodówki (niektóre firmy mają już poodzielane w osobnych plastikowych torbach). Potem gotuję z nich obiady. 

Obiady są prawie zawsze pyszne. Niektóre trudniejsze, niektóre łatwiejsze do przyrządzenia, mniejszy lub większy bałagan w kuchni, ale zwykle mieszczą się w godzinie włącznie z ich zjedzeniem. Dwie porcje są dość duże, zwykle mam resztki na lunch lub nawet dwa. Uczę się nowych kuchennych sztuczek i łatwych w powtórzeniu pomysłów. Cenowo jest nieźle: przesyłki są darmowe, a cena jednego obiadu to $10. Fakt, samemu można zjeść taniej, ale zapatrzenie się w rzadko używane składniki byłoby drogie na początku, a składniki z czasem by się przeterminowały. W tym systemie oszczędzam mnóstwo czasu na nie planowaniu i nie wymyślaniu obiadów, potem na nie robieniu większych i bardziej skomplikowanych zakupów spożywczych. Oszczędzam też pieniądze, bo nie marnuję jedzenia i nie wychodzę do restaurcaji bo w domu "nie ma co jeść". Z dostawy w danym tygodniu można zrezygnować (aczkolwiek przed konkretną datą), można też zamieniać posiłki w menu na inne jeśli coś nie odpowiada.

Do tej pory próbowałam dwóch firm. Jedna ma większy wybór, ale mniej zaufane hurtowe źródła i używa dużo plastkiu w opakowaniach, druga mniejszy wybór, ale miejscowych zaopatrzeniowców i mniej opakowań. Są jeszcze przynajmniej dwie inne firmy, ale nie bardzo chce mi się bawić w dodatkowe testy. 

Jedyną wg. mnie wadą tego systemu jest nieekologiczność pomiędzy wysyłką a marnotrawstwem opakowań. Ogólnie jednak jest to naprawdę niezłe rozwiązanie dla bardzo zajętych ludzi: ktoś inny układa ci menu, robi zakupy i postawia pod sam nos, ty tylko gotujesz i zjadasz. 

Poza obiadami mam też doroczną działkę warzyw z miejscowego gospodarstwa rolnego. Pomiędzy jednym a drugim wypady po zakupy spożywcze stały się krótką i nawet przyjemną eskapadą.

Dodam, że moja wybrana firma oferuje też prenumeratę wina (małe, półlitrowe butelki, 6 na miesiąc), które przychodzą z opisem winnic i atrybutów samego wina i są łączone z obiadami. Można się więc przy okazji dokształcić na temat wina.

Poza poprawieniem sobie kulinarnej jakości życia, cieszę się bardzo fajnym latem. Fakt, jest susza, ale mi to nie przeszkadza - w końcu przestałam marznąć. Gościliśmy tego lata mego tatę, pojechaliśmy na wakacje do Arizony - w końcu zobaczyłam Wielki Kanion, byliśmy na kilku świetnych biwakach. Poza tym kajaki, rowery, spacery, książki. No i oczywiście pracuję pełną parą nad dwoma projektami, które jak do tej pory bardzo dobrze idą, a projektowanie obu rozwiązań przychodzi mi łatwo i sprawia dużo radości. Moja młoda współpracownica, którą mi przydzielono sprawuje się rewelacyjnie i muszę przyznać, że praca w parze jak do tej pory sprawdza się rewelacyjnie.

20:12, anetacuse , Jedzenie
Link Komentarze (4) »
czwartek, 26 maja 2016

Z krainy pomarańczy wyszłam cało. Mój pierwszy lot solo. Po ogromnych turbulencjach i licznych problemach technicznych - wylądowałam. Z nieskazitelną reputacją i wysokimi recenzjami pomimo góry problemów. W dwa dni po powrocie klient wynajął mnie na kolejny tydzień, dzięki czemu miałam okazję posprzątać i zaproponować nowego pilota na podstawie ciekawych znalezisk podczas zaledwie tygodnia mojej nieobecności. Pilot jak do tej pory idzie pomyślnie, a jeśli zostanie wdrożony sprawi, że nowy system będzie nie tylko 'ok', a będzie świetny. Druga szansa, nie każdy taką dostaje.

Mój nowy projekt zaczyna się 21 czerwca. Międzynarodowy producent silników, autobusów, podwozi i maszyn rolniczych. Trzy fabryki na początek: Ohio, Oklahoma i Meksyk. Zaczęłam uczyć się hiszpańskiego. W międzyczasie pomoc nad innym projektem producenta i dystrybutora chemikaliów przemysłowych. Nie brałam do głowy, nie mój projekt, ja tu tylko pomagam.

W poniedziałek zadzwoniła szefowa. Robią restrukturyzację w firmie i jestem idealnym królikiem doświadczalnym nowego modelu biznesowego: już nie będę prowadzącą konsultantką, która robi wszystko sama. Teraz jestem architektem systemów z przydzielonym młodszym konsultantem i będę prowadzić DWA projekty. Te dwa powyżej. Oba z integracjami do systemów finansowych, jeden dwujęzykowy i dwuwalutowy. "Mój" konsultant to ładna drobna blondynka rok po collegu, wdrożona w system na naszym helpdesku. Irene. Skończyła studia inżynierii przemysłowej. Jest dopiero środa, a już jestem nią zachwycona. Tak, mam swoje obawy, nawet wiele, ale wydaje mi się, że ten układ się sprawdzi.

P.S. Ostatnio miałam przyjemność pracować z RZESZAMI rewelacyjnych kobiet, zarówno w swojej firmie jak i u klienta, ale o tym będzie odrębny wpis.

04:00, anetacuse , Praca
Link Komentarze (1) »

Od pewnego czasu rozglądamy się za miejscem do przeprowadzki gdzie niebo jest bardziej niebieskie, powietrze bardziej rześkie, słońce promienniejsze, podatki niższe, ludzie milsi, samopoczucie lepsze i w ogóle raj, nieprawdaż. Poszukiwania huśtają nam się od wybrzeża do wybrzeża, mąż analizuje statystyki zachmurzenia, ciśnienia barometrycznego, wilgotności powietrza, rynku pracy (sobie, bo moja praca jest przenośna) i takich tam innych stóp podatkowych, podatków od nieruchomości, podatków stanowych od przychodów i w ogóle. Przez moje ostatnie podróże od wybrzeża do wybrzeża i z północy na południe z bólem dotarło do mnie, że jest jeszcze jeden czynnik, który może zepsuć całą zabawę, czyli pory wschodów i zachodów słońca, które, jak to uczono sto lat temu na geografii, nie są identyczne wszędzie, a różnią się w zależności od długości i szerokości geograficznej. Naprawdę!

Jestem dzieckiem północy. Suwałki, gdyby leżały na kontynencie Ameryki Północnej, byłyby odpowiednikiem położenia w północnej Kanadzie, tymczasem Syracuse jest na wysokości włoskiego Rzymu (włoskiego, bo nieopodal Syracuse mamy miejscowość o nazwie Rzym, a jakże, mamy nawet Polskę). Tak więc przyzwyczajona byłam do cudownie długich letnich wieczorów i kretyńsko wczesnych wschodów słońca latem. Uwielbiałam. Potrafiłam wstać o 3 rano po to tylko, żeby przechadzać się z przyjaciółką o tym bladym świcie i cieszyć się dniem i pustymi ulicami sąsiedztwa. To, że dni zimowe były nieludzko krótkie nigdy nie zaprzątało mojej uwagi. Kiedy więc jako osoba dorosła przeprowadziłam się do Syracuse, latem zwyczajnie BOLI mnie jak późno wstaje słońce i jak wcześnie zachodzi. Boli mnie co rok. To, że zimą dni są dłuższe nie obchodzi mnie w ogóle - i tak są za krótkie, i tak wychodzę z pracy po ciemku. Co lato tęsknię do długich, długich letnich dni, a przecież za tak niewieloma rzeczami z przysłowiowego "starego kraju" tęsknię.

Ostatnio znów byłam na Florydzie. Jest późna wiosna. Wychodzę do pracy o 6 rano. JEST CIEMNO. Zupełnie jak zimą. Tak, pięknie, ciepło, palmy i w ogóle, ale wieczory też nie są zbyt długie. I teraz zadaję sobie pytanie, czy byłabym w stanie, czy chciałabym, zmienić klimat kosztem dłuższych letnich dni? Mój umysł został tak jakoś zaprogramowany, że późne wschody i wczesne zachody porą letnią mnie dobijają. 

W czerwcu lecimy na wakacje do Arizony. Moja szwagierka mieszka tam już od lat i uważa ten stan za najlepsze miejsce do mieszkania w USA (poza tym, że tam sobie człowiek raczej nie pokajakuje). Już wiemy kiedy tam wschodzi i zachodzi słońce i jest to raczej rozczarowujące. Tak, świetna pogoda, ale ciemno, ciemno...

Myślę, że najlepiej spędzałoby mi się lato w północnej Kanadzie, a pozostałe pory roku na południu Stanów. Kto by pomyślał, że głupie pory wschodów i zachodów słońca latem pozostawią na mnie takie piętno.

sobota, 23 kwietnia 2016

Pomimo kilku błędów taktycznych, nieprzewidzianych i licznych potknięć w manewrach i małej armii - powoli wygrywam. Trzy fabryki na systemie, czwarta w gotowości, kupa problemów, trzeci tydzień (z pięciu) w podróży, ale za dwa tygodnie to już nie będzie mój problem. Może styl pracy w mojej firmie przygniata konsultanta ilością roboty, podróży i odpowiedzialnością, ale kiedy nadejdzie data końcowa - wszelkie problemy czy niedociągnięcia przestają być moją działką, a stają się problemami koleżanki z działu obok i jej zespołu - help desku. Nie narzekam. ;)

Dwa tygodnie pod rząd poza domem były trudne. Tydzień w Kalifornii wśród przepięknych gór i ani minuty dla siebie. W Kalifornii przeszkadzał mi czas: nieważne o jakiej nieludzkiej godzinie wstałam (a stawianie systemu w fabryce łączy się z nieludzkimi godzinami pracy, bo ludzie pracują na zmianach), wschodnie wybrzeże już dawno się obudziło i zawalało mnie e-mailami ledwo wystawiłam nogę spod kołdry. Z kolei kiedy kończyłam pracę, nie było już do kogo dzwonić bo wszyscy dawno skończyli pracę. Z ulgą poleciałam na Florydę do swojej zwykłej strefy czasowej. Weekend pomiędzy spędziłam na robieniu praniu w hotelu w piątkowy wieczór, lotem z jednego wybrzeża na drugie w sobotę, i ładowaniem najnowszej kopii danych inwentarzy magazynowych w niedzielę. Ani razu nie widziałam oceanu na żadnym z wybrzeży, choć byłam o rzut beretem.

Miałam kupę pierepałków z lotami, ale szkoda by pisać. Powiem tylko, że trzy razy pakowałam się w ten sam samolot do wylotu (dwa razy kazano nam wysiadać), i spóźniona byłam 8 godzin, z następnym lotem zmnienanym dwa razy.

Cieszę się, że nie wdrażam systemów medycznych. Ile rzeczy poszło nie tak z inwentarzem w magazynch, z zamówieniami - można by płakać. Ale tak się odoporniłam na problemy, że po prostu wzruszam ramionami i rozwiązuję jeden po drugim.

Liczyłam, że odpocznę. Że przez miesiące będę motylem skaczącym z kwiatka na kwiatek, pracującym to tu, to tam nad cudzymi projektami. Ale okazuje się, że nie. Nowy projekt - całkiem spory i z integracją do PeopleSoft - zaczyna się zaledwie tydzień po skończeniu tego. Będę miała tydzień w domu, a potem w drogę aby rozpocząć wdrażanie kolejnego - tym razem na Midweście z producentem autobusów, ciężarówek i sprzętu rolniczego. Cieszę się, bo Midwest jest bliżej, więc może będzie trochę łatwiej, choć w sumie nie wiem ile oni mają fabryk i gdzie.

Dużo się nauczyłam i zamierzam uniknąć wielu, wielu błędów, które zrobiłam nad obecnym projektem. Jestem pewna, że popełnię nowe, mam tylko nadzieję, że będzie ich mniej. Mam też nadzieję, że będę miała więcej czasu i możliwość nacieszenia się latem.

01:50, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (1) »
piątek, 01 kwietnia 2016

Ostatnio mam apetyt na literaturę amerykańską, zwłaszcza klimaty południowe. Przeczytałam "Zabić drozda", a teraz czytam "Przeminęło z wiatrem". Czytałam tę lekturę jako nastolatka i dobrze zgadłam, że przeczytanie jej 20 lat później, w oryginale i z kompletnie innego punktu widzenia przyniesie mi dużo radości. I przynosi. A najbardziej mnie cieszy to, że czekają mnie dwa długaśne loty na zachodnie wybrzeże i z powrotem, dzięki czemu będę mogła się oczytać do oporu. Czy to nie piękne?

Dygresyjnie wspomnę, że specyficzny slang czarnoskórych tamtej opoki, tak świetnie oddany w obu książkach, jest niestety nieprzetłumaczalny na polski, przez co książki dużo tracą.

Zaczynam widzieć światło w tunelu. Odzyskałam apetyt, co cieszy mnie średnio, i nareszcie odkopuję się z danych. Droga jeszcze daleka i wyoboista, ale cel gdzieś tam w oddali już się wyłania.

17:05, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (2) »
niedziela, 27 marca 2016

Niespodziewanie spędzam Wielkanoc w domu. Miałam dziś wylatywać o 3 rano, ale wszystko się zmieniło. Zmiana w ostatniej chwili, w piątek wieczorem dopiero wróciłam do domu z New Jersey, więc nie było żadnych przygotowań. Czuję się jak po wojnie - niemożebnie zmęczona - ale system stoi w najmniejszej placówce - magazynie dystrybucji.

Powinnam się cieszyć i cieszyłam się kiedy klientka pierwszy raz wcisnęła zmianę statusu na zleceniu, co spowodowało wysłanie zlecenia do SAP. Poszło i poszło prawidłowo. Było za to całe wiadro innych problemów, powoli i stopniowo porozwiązywanych. Będzie więcej. Wyrobiłam sobie filozofię, że jeśli coś działa, to ciesz się, bo za 5 minut coś innego nie będzie działać. Pocieszam się, że to tylko produkcja soku, a nie szpitalny system medyczny czy bank. Aczkolwiek mamy klientów farmaceutycznych.

W poniedziałek wieczorem, po spotkaniu nt. konsolidacji inwentarza magazynu żeby wszystko pasowało pod kątem ilości sztuk i ceny całości w obu systemach, w końcu do mnie dotarło - późno trochę - że wymaga się ode mnie niemożliwego. Nie jest fizycznie możliwe, aby JEDNA osoba wdrażała system na taką skalę i po 12 godzinach dziennie z klientem ładowała dane nocą i zrobiła to wszystko poprawnie i na czas. Osoba, która ten projekt szacowała nie doceniła pełnej skali przedsięwzięcia ani nie przewidziała tuzinów niespodziewanych problemów, które wszystko opóźniły. Wiedziałam, że nieważne jak ciężko będę pracowała - po prostu nie zdążę, bo nie ma wystarczającej ilości godzin w dobie, a ja już i tak padam na przysłowiowy pysk. Zadzwoniłam do szefowej i jej to powiedziałam. Powiedziałam, że z chęcią odstąpię jeśli ma kogoś, kto może zrobić więcej i lepiej. Roześmiała się. Pół godziny później oddzwoniła i przydzieliła mi osobę do pomocy. 

W wtorek rano dołączyła do mnie kierowniczka projektu po stronie klienta. Powiedziałam jej jak fatalnie poszło szkolenie w minionym tygodniu w drugiej największej fabryce: osoba, która to organizowała przysłała mi nie te osoby co trzeba i pomieszała grupy użytkowników. To tak, jakby uczyć pierwszo- i siedmioklasisów razem. Komputery nie działały, internet działał słabo, myszy i klawiatury nie były dopasowane do stacji - kompletne fiasko. Stawianie systemu w tej fabryce właśnie miało się odbyć jutro, ale zostało przesunięte, dlatego dziś jestem w domu.

Mam tydzień na ogarnięcie wszystkiego w biurze / domu. Potem - w najbliższą niedzielę - Kalifornia. Mała fabryczka 40-to osobowa, będę tam tydzień. Z Kalifornii bezpośrednio na Florydę do fabryki 150-cio osobowej, gdzie szkolenie poszło fatalnie, też tydzień. Potem weekend w domu, szkolenie na Florydzie w największej - 600 osobowej fabryce (sama produkcja). Sobota w domu, wyjazd na konferencję w Południowej Karolinie gdzie prezentuję  (szefowa dała mi zielone światło na przespanie całej konferencji poza moją prezentacją), powrót do domu, wyjazd do największej fabryki i po 5 tygodniach w rozjazdach wrócę do domu 6-tego maja po postawieniu systemu w czwartej i ostatniej fabryce. Tydzień pracy z biura na zawiązanie luźnych końców i koniec. Koniec projektu po 11-tu miesiącach.

Wczoraj pozmieniałam rezerwacje podróżne i porobiłam nowe. Ogarnianie takiej ilości wyjazdów - lot, hotel, samochód na każdy tydzień - zabiera godziny. Składanie raportów z kosztów podróży też, ale się odkopałam. Dziś biorę wolne. Jest słonecznie choć dość mroźnie. Mam dziś jechać na kajaki pierwszy raz w tym sezonie, ale nie wiem czy się do tego przymierzę. Idę chyba ugotować jakieś jajka.

Życzę Wam spokojnych i miłych świąt! 

14:19, anetacuse , Praca
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 21 marca 2016

Kto czyta mnie dłużej ten wie, że lata spędziłam na projektach z lokalizacją w Nowym Jorku. Miasto fascynuje mnie, ale przede wszystkim stresuje, hałas i zgiełk nie są moją domeną, wolę naturę.

Głównym źródłem stresu przy nowojorskich projektach były dojazdy: dojechać, nie zgubić się, nie utknąć w korku, nie chcieć siku podczas utknięcia w korku, nie wjechać do nie tego co trzeba tunelu aby niechcący nie zmienić wyspy (zdarzyło się!), nie mieć awarii, znaleźć parking, wcisnąć się w nieludzko małą przestrzeń nie poobijawszy samochodu, nie dostać mandatu za parkowanie nie tu, gdzie trzeba (zdarzyło się!). Po latach w końcu to opanowałam, ale stres kojarzony z jazdą w mieście pozostał.

Przy obecnym projekcie przeważnie latam na Florydę i mam zero stresu podróżnego, za to sama praca stresuje mnie potwornie. Jakie więc było moje zdziwienie, kiedy dziś dojechałam do Jersey City (miasto w New Jersey rzut kamieniem przez rzekę Hudson od Manhattanu) i nagle poczułam nie tylko wiatr w skrzydłach, ale zwyczajnie ukojenie. Miasto, z metrem, rzeką, drapaczami chmur, japońskimi restauracjami co dwa kroki (uwielbiam!), podziałało na mnie niespodziewanie kojąco. Przypomniało mi okres, kiedy jak już dojechałam i zaparkowałam, to naprawdę dobrze się bawiłam - praca, spacery, widoki, dobre jedzenie, czas na czytanie po pracy, ulice tętniące życiem, spotkania ze znajomymi blogerkami. Tego nie pamiętałam. Myślałam o Nowym Jorku jako etapie z przeszłości, którego nie chciałabym powtórzyć. Tymczasem dzisiaj Wielkie Jabłko - choćby oglądane zza rzeki - oraz miejska atmosfra przypomniały mi o dobrym okresie mojego życia i przeniosły mnie w aurę, która bardzo poprawiła mi samopoczucie psychiczne.

Dziękuję Nowy Jorku!

P.S. W tym tygodniu stawiam system w magazynie dystrybucji - pierwszej z 4 placówek. Stres będzie horendalny, ale od czego jest japońskie wino śliwkowe?

00:40, anetacuse , Praca
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 75
statystyka