Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
czwartek, 28 lipca 2016

Kiedy raz na parę lat gramy na loterii i bawimy się w "co bym zrobiła gdybym wygrała", zatrudnienie domowego kucharza jest zwykle na mojej liście. Wiem, że gotowanie jest dla wielu ludzi świetnym hobby, że można w domu tworzyć cuda dla podniebienia, ale nie mam do tego ani czasu, ani zapału, ani chęci, ani cierpliwości. Nie gotuję z przepisów, bo to za dużo zachodu i czasu. Ot, wwalam do gara co popadnie, improwizuję - ma być prosto i szybko. W tym roku podróże służbowe i stres tak mi dały w kość, że kiedy już byłam w domu myślenie o tym, co włożyć do talerza przekraczało moje możliwości.

O ile w przeszłości wszelkie reklamy na Fejsbuku spływały po mnie jak po kaczce, tak się złożyło że ostatnio ich reklamy trafiają w samo sedno moich słabych życiowych punktów. Tym sposobem dowiedziałam się o ciekawej usłudze (nie jednej - jest ich kilka), która ułatwia gotowanie w domu. Muszę przyznać, że jestem zachwycona.

Działa to tak: zapisujesz się, wybierasz typ tygodniowego pakietu - u nas 3 posiłki na tydzień dla dwóch osób. Możesz zaznaczyć, że jesteś wegetarianinem lub nie jesz wieprzowiny / wołowiny / owoców morza itp. Wybierasz dzień przesyłki. Firma raz na tydzień wysyła ci dobrze izolowany i wyłożony lodem karton ze składnikami na 3 obiady wraz z przepisami. Nie trzeba robić zakupów spożywczych ani szukać udziwnionych składników: wszystko jest w pudełku oprócz soli, pieprzu i oliwy. Jeden ząbek czosnku, czy łyżka mąki, czy też dwie łyżki octu. Rozdzielam składniki do trzech dużych plastikowych misek i wsadzam do lodówki (niektóre firmy mają już poodzielane w osobnych plastikowych torbach). Potem gotuję z nich obiady. 

Obiady są prawie zawsze pyszne. Niektóre trudniejsze, niektóre łatwiejsze do przyrządzenia, mniejszy lub większy bałagan w kuchni, ale zwykle mieszczą się w godzinie włącznie z ich zjedzeniem. Dwie porcje są dość duże, zwykle mam resztki na lunch lub nawet dwa. Uczę się nowych kuchennych sztuczek i łatwych w powtórzeniu pomysłów. Cenowo jest nieźle: przesyłki są darmowe, a cena jednego obiadu to $10. Fakt, samemu można zjeść taniej, ale zapatrzenie się w rzadko używane składniki byłoby drogie na początku, a składniki z czasem by się przeterminowały. W tym systemie oszczędzam mnóstwo czasu na nie planowaniu i nie wymyślaniu obiadów, potem na nie robieniu większych i bardziej skomplikowanych zakupów spożywczych. Oszczędzam też pieniądze, bo nie marnuję jedzenia i nie wychodzę do restaurcaji bo w domu "nie ma co jeść". Z dostawy w danym tygodniu można zrezygnować (aczkolwiek przed konkretną datą), można też zamieniać posiłki w menu na inne jeśli coś nie odpowiada.

Do tej pory próbowałam dwóch firm. Jedna ma większy wybór, ale mniej zaufane hurtowe źródła i używa dużo plastkiu w opakowaniach, druga mniejszy wybór, ale miejscowych zaopatrzeniowców i mniej opakowań. Są jeszcze przynajmniej dwie inne firmy, ale nie bardzo chce mi się bawić w dodatkowe testy. 

Jedyną wg. mnie wadą tego systemu jest nieekologiczność pomiędzy wysyłką a marnotrawstwem opakowań. Ogólnie jednak jest to naprawdę niezłe rozwiązanie dla bardzo zajętych ludzi: ktoś inny układa ci menu, robi zakupy i postawia pod sam nos, ty tylko gotujesz i zjadasz. 

Poza obiadami mam też doroczną działkę warzyw z miejscowego gospodarstwa rolnego. Pomiędzy jednym a drugim wypady po zakupy spożywcze stały się krótką i nawet przyjemną eskapadą.

Dodam, że moja wybrana firma oferuje też prenumeratę wina (małe, półlitrowe butelki, 6 na miesiąc), które przychodzą z opisem winnic i atrybutów samego wina i są łączone z obiadami. Można się więc przy okazji dokształcić na temat wina.

Poza poprawieniem sobie kulinarnej jakości życia, cieszę się bardzo fajnym latem. Fakt, jest susza, ale mi to nie przeszkadza - w końcu przestałam marznąć. Gościliśmy tego lata mego tatę, pojechaliśmy na wakacje do Arizony - w końcu zobaczyłam Wielki Kanion, byliśmy na kilku świetnych biwakach. Poza tym kajaki, rowery, spacery, książki. No i oczywiście pracuję pełną parą nad dwoma projektami, które jak do tej pory bardzo dobrze idą, a projektowanie obu rozwiązań przychodzi mi łatwo i sprawia dużo radości. Moja młoda współpracownica, którą mi przydzielono sprawuje się rewelacyjnie i muszę przyznać, że praca w parze jak do tej pory sprawdza się rewelacyjnie.

czwartek, 26 maja 2016

Z krainy pomarańczy wyszłam cało. Mój pierwszy lot solo. Po ogromnych turbulencjach i licznych problemach technicznych - wylądowałam. Z nieskazitelną reputacją i wysokimi recenzjami pomimo góry problemów. W dwa dni po powrocie klient wynajął mnie na kolejny tydzień, dzięki czemu miałam okazję posprzątać i zaproponować nowego pilota na podstawie ciekawych znalezisk podczas zaledwie tygodnia mojej nieobecności. Pilot jak do tej pory idzie pomyślnie, a jeśli zostanie wdrożony sprawi, że nowy system będzie nie tylko 'ok', a będzie świetny. Druga szansa, nie każdy taką dostaje.

Mój nowy projekt zaczyna się 21 czerwca. Międzynarodowy producent silników, autobusów, podwozi i maszyn rolniczych. Trzy fabryki na początek: Ohio, Oklahoma i Meksyk. Zaczęłam uczyć się hiszpańskiego. W międzyczasie pomoc nad innym projektem producenta i dystrybutora chemikaliów przemysłowych. Nie brałam do głowy, nie mój projekt, ja tu tylko pomagam.

W poniedziałek zadzwoniła szefowa. Robią restrukturyzację w firmie i jestem idealnym królikiem doświadczalnym nowego modelu biznesowego: już nie będę prowadzącą konsultantką, która robi wszystko sama. Teraz jestem architektem systemów z przydzielonym młodszym konsultantem i będę prowadzić DWA projekty. Te dwa powyżej. Oba z integracjami do systemów finansowych, jeden dwujęzykowy i dwuwalutowy. "Mój" konsultant to ładna drobna blondynka rok po collegu, wdrożona w system na naszym helpdesku. Irene. Skończyła studia inżynierii przemysłowej. Jest dopiero środa, a już jestem nią zachwycona. Tak, mam swoje obawy, nawet wiele, ale wydaje mi się, że ten układ się sprawdzi.

P.S. Ostatnio miałam przyjemność pracować z RZESZAMI rewelacyjnych kobiet, zarówno w swojej firmie jak i u klienta, ale o tym będzie odrębny wpis.

04:00, anetacuse , Praca
Link Komentarze (1) »

Od pewnego czasu rozglądamy się za miejscem do przeprowadzki gdzie niebo jest bardziej niebieskie, powietrze bardziej rześkie, słońce promienniejsze, podatki niższe, ludzie milsi, samopoczucie lepsze i w ogóle raj, nieprawdaż. Poszukiwania huśtają nam się od wybrzeża do wybrzeża, mąż analizuje statystyki zachmurzenia, ciśnienia barometrycznego, wilgotności powietrza, rynku pracy (sobie, bo moja praca jest przenośna) i takich tam innych stóp podatkowych, podatków od nieruchomości, podatków stanowych od przychodów i w ogóle. Przez moje ostatnie podróże od wybrzeża do wybrzeża i z północy na południe z bólem dotarło do mnie, że jest jeszcze jeden czynnik, który może zepsuć całą zabawę, czyli pory wschodów i zachodów słońca, które, jak to uczono sto lat temu na geografii, nie są identyczne wszędzie, a różnią się w zależności od długości i szerokości geograficznej. Naprawdę!

Jestem dzieckiem północy. Suwałki, gdyby leżały na kontynencie Ameryki Północnej, byłyby odpowiednikiem położenia w północnej Kanadzie, tymczasem Syracuse jest na wysokości włoskiego Rzymu (włoskiego, bo nieopodal Syracuse mamy miejscowość o nazwie Rzym, a jakże, mamy nawet Polskę). Tak więc przyzwyczajona byłam do cudownie długich letnich wieczorów i kretyńsko wczesnych wschodów słońca latem. Uwielbiałam. Potrafiłam wstać o 3 rano po to tylko, żeby przechadzać się z przyjaciółką o tym bladym świcie i cieszyć się dniem i pustymi ulicami sąsiedztwa. To, że dni zimowe były nieludzko krótkie nigdy nie zaprzątało mojej uwagi. Kiedy więc jako osoba dorosła przeprowadziłam się do Syracuse, latem zwyczajnie BOLI mnie jak późno wstaje słońce i jak wcześnie zachodzi. Boli mnie co rok. To, że zimą dni są dłuższe nie obchodzi mnie w ogóle - i tak są za krótkie, i tak wychodzę z pracy po ciemku. Co lato tęsknię do długich, długich letnich dni, a przecież za tak niewieloma rzeczami z przysłowiowego "starego kraju" tęsknię.

Ostatnio znów byłam na Florydzie. Jest późna wiosna. Wychodzę do pracy o 6 rano. JEST CIEMNO. Zupełnie jak zimą. Tak, pięknie, ciepło, palmy i w ogóle, ale wieczory też nie są zbyt długie. I teraz zadaję sobie pytanie, czy byłabym w stanie, czy chciałabym, zmienić klimat kosztem dłuższych letnich dni? Mój umysł został tak jakoś zaprogramowany, że późne wschody i wczesne zachody porą letnią mnie dobijają. 

W czerwcu lecimy na wakacje do Arizony. Moja szwagierka mieszka tam już od lat i uważa ten stan za najlepsze miejsce do mieszkania w USA (poza tym, że tam sobie człowiek raczej nie pokajakuje). Już wiemy kiedy tam wschodzi i zachodzi słońce i jest to raczej rozczarowujące. Tak, świetna pogoda, ale ciemno, ciemno...

Myślę, że najlepiej spędzałoby mi się lato w północnej Kanadzie, a pozostałe pory roku na południu Stanów. Kto by pomyślał, że głupie pory wschodów i zachodów słońca latem pozostawią na mnie takie piętno.

sobota, 23 kwietnia 2016

Pomimo kilku błędów taktycznych, nieprzewidzianych i licznych potknięć w manewrach i małej armii - powoli wygrywam. Trzy fabryki na systemie, czwarta w gotowości, kupa problemów, trzeci tydzień (z pięciu) w podróży, ale za dwa tygodnie to już nie będzie mój problem. Może styl pracy w mojej firmie przygniata konsultanta ilością roboty, podróży i odpowiedzialnością, ale kiedy nadejdzie data końcowa - wszelkie problemy czy niedociągnięcia przestają być moją działką, a stają się problemami koleżanki z działu obok i jej zespołu - help desku. Nie narzekam. ;)

Dwa tygodnie pod rząd poza domem były trudne. Tydzień w Kalifornii wśród przepięknych gór i ani minuty dla siebie. W Kalifornii przeszkadzał mi czas: nieważne o jakiej nieludzkiej godzinie wstałam (a stawianie systemu w fabryce łączy się z nieludzkimi godzinami pracy, bo ludzie pracują na zmianach), wschodnie wybrzeże już dawno się obudziło i zawalało mnie e-mailami ledwo wystawiłam nogę spod kołdry. Z kolei kiedy kończyłam pracę, nie było już do kogo dzwonić bo wszyscy dawno skończyli pracę. Z ulgą poleciałam na Florydę do swojej zwykłej strefy czasowej. Weekend pomiędzy spędziłam na robieniu praniu w hotelu w piątkowy wieczór, lotem z jednego wybrzeża na drugie w sobotę, i ładowaniem najnowszej kopii danych inwentarzy magazynowych w niedzielę. Ani razu nie widziałam oceanu na żadnym z wybrzeży, choć byłam o rzut beretem.

Miałam kupę pierepałków z lotami, ale szkoda by pisać. Powiem tylko, że trzy razy pakowałam się w ten sam samolot do wylotu (dwa razy kazano nam wysiadać), i spóźniona byłam 8 godzin, z następnym lotem zmnienanym dwa razy.

Cieszę się, że nie wdrażam systemów medycznych. Ile rzeczy poszło nie tak z inwentarzem w magazynch, z zamówieniami - można by płakać. Ale tak się odoporniłam na problemy, że po prostu wzruszam ramionami i rozwiązuję jeden po drugim.

Liczyłam, że odpocznę. Że przez miesiące będę motylem skaczącym z kwiatka na kwiatek, pracującym to tu, to tam nad cudzymi projektami. Ale okazuje się, że nie. Nowy projekt - całkiem spory i z integracją do PeopleSoft - zaczyna się zaledwie tydzień po skończeniu tego. Będę miała tydzień w domu, a potem w drogę aby rozpocząć wdrażanie kolejnego - tym razem na Midweście z producentem autobusów, ciężarówek i sprzętu rolniczego. Cieszę się, bo Midwest jest bliżej, więc może będzie trochę łatwiej, choć w sumie nie wiem ile oni mają fabryk i gdzie.

Dużo się nauczyłam i zamierzam uniknąć wielu, wielu błędów, które zrobiłam nad obecnym projektem. Jestem pewna, że popełnię nowe, mam tylko nadzieję, że będzie ich mniej. Mam też nadzieję, że będę miała więcej czasu i możliwość nacieszenia się latem.

01:50, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (1) »
piątek, 01 kwietnia 2016

Ostatnio mam apetyt na literaturę amerykańską, zwłaszcza klimaty południowe. Przeczytałam "Zabić drozda", a teraz czytam "Przeminęło z wiatrem". Czytałam tę lekturę jako nastolatka i dobrze zgadłam, że przeczytanie jej 20 lat później, w oryginale i z kompletnie innego punktu widzenia przyniesie mi dużo radości. I przynosi. A najbardziej mnie cieszy to, że czekają mnie dwa długaśne loty na zachodnie wybrzeże i z powrotem, dzięki czemu będę mogła się oczytać do oporu. Czy to nie piękne?

Dygresyjnie wspomnę, że specyficzny slang czarnoskórych tamtej opoki, tak świetnie oddany w obu książkach, jest niestety nieprzetłumaczalny na polski, przez co książki dużo tracą.

Zaczynam widzieć światło w tunelu. Odzyskałam apetyt, co cieszy mnie średnio, i nareszcie odkopuję się z danych. Droga jeszcze daleka i wyoboista, ale cel gdzieś tam w oddali już się wyłania.

17:05, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (2) »
niedziela, 27 marca 2016

Niespodziewanie spędzam Wielkanoc w domu. Miałam dziś wylatywać o 3 rano, ale wszystko się zmieniło. Zmiana w ostatniej chwili, w piątek wieczorem dopiero wróciłam do domu z New Jersey, więc nie było żadnych przygotowań. Czuję się jak po wojnie - niemożebnie zmęczona - ale system stoi w najmniejszej placówce - magazynie dystrybucji.

Powinnam się cieszyć i cieszyłam się kiedy klientka pierwszy raz wcisnęła zmianę statusu na zleceniu, co spowodowało wysłanie zlecenia do SAP. Poszło i poszło prawidłowo. Było za to całe wiadro innych problemów, powoli i stopniowo porozwiązywanych. Będzie więcej. Wyrobiłam sobie filozofię, że jeśli coś działa, to ciesz się, bo za 5 minut coś innego nie będzie działać. Pocieszam się, że to tylko produkcja soku, a nie szpitalny system medyczny czy bank. Aczkolwiek mamy klientów farmaceutycznych.

W poniedziałek wieczorem, po spotkaniu nt. konsolidacji inwentarza magazynu żeby wszystko pasowało pod kątem ilości sztuk i ceny całości w obu systemach, w końcu do mnie dotarło - późno trochę - że wymaga się ode mnie niemożliwego. Nie jest fizycznie możliwe, aby JEDNA osoba wdrażała system na taką skalę i po 12 godzinach dziennie z klientem ładowała dane nocą i zrobiła to wszystko poprawnie i na czas. Osoba, która ten projekt szacowała nie doceniła pełnej skali przedsięwzięcia ani nie przewidziała tuzinów niespodziewanych problemów, które wszystko opóźniły. Wiedziałam, że nieważne jak ciężko będę pracowała - po prostu nie zdążę, bo nie ma wystarczającej ilości godzin w dobie, a ja już i tak padam na przysłowiowy pysk. Zadzwoniłam do szefowej i jej to powiedziałam. Powiedziałam, że z chęcią odstąpię jeśli ma kogoś, kto może zrobić więcej i lepiej. Roześmiała się. Pół godziny później oddzwoniła i przydzieliła mi osobę do pomocy. 

W wtorek rano dołączyła do mnie kierowniczka projektu po stronie klienta. Powiedziałam jej jak fatalnie poszło szkolenie w minionym tygodniu w drugiej największej fabryce: osoba, która to organizowała przysłała mi nie te osoby co trzeba i pomieszała grupy użytkowników. To tak, jakby uczyć pierwszo- i siedmioklasisów razem. Komputery nie działały, internet działał słabo, myszy i klawiatury nie były dopasowane do stacji - kompletne fiasko. Stawianie systemu w tej fabryce właśnie miało się odbyć jutro, ale zostało przesunięte, dlatego dziś jestem w domu.

Mam tydzień na ogarnięcie wszystkiego w biurze / domu. Potem - w najbliższą niedzielę - Kalifornia. Mała fabryczka 40-to osobowa, będę tam tydzień. Z Kalifornii bezpośrednio na Florydę do fabryki 150-cio osobowej, gdzie szkolenie poszło fatalnie, też tydzień. Potem weekend w domu, szkolenie na Florydzie w największej - 600 osobowej fabryce (sama produkcja). Sobota w domu, wyjazd na konferencję w Południowej Karolinie gdzie prezentuję  (szefowa dała mi zielone światło na przespanie całej konferencji poza moją prezentacją), powrót do domu, wyjazd do największej fabryki i po 5 tygodniach w rozjazdach wrócę do domu 6-tego maja po postawieniu systemu w czwartej i ostatniej fabryce. Tydzień pracy z biura na zawiązanie luźnych końców i koniec. Koniec projektu po 11-tu miesiącach.

Wczoraj pozmieniałam rezerwacje podróżne i porobiłam nowe. Ogarnianie takiej ilości wyjazdów - lot, hotel, samochód na każdy tydzień - zabiera godziny. Składanie raportów z kosztów podróży też, ale się odkopałam. Dziś biorę wolne. Jest słonecznie choć dość mroźnie. Mam dziś jechać na kajaki pierwszy raz w tym sezonie, ale nie wiem czy się do tego przymierzę. Idę chyba ugotować jakieś jajka.

Życzę Wam spokojnych i miłych świąt! 

14:19, anetacuse , Praca
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 21 marca 2016

Kto czyta mnie dłużej ten wie, że lata spędziłam na projektach z lokalizacją w Nowym Jorku. Miasto fascynuje mnie, ale przede wszystkim stresuje, hałas i zgiełk nie są moją domeną, wolę naturę.

Głównym źródłem stresu przy nowojorskich projektach były dojazdy: dojechać, nie zgubić się, nie utknąć w korku, nie chcieć siku podczas utknięcia w korku, nie wjechać do nie tego co trzeba tunelu aby niechcący nie zmienić wyspy (zdarzyło się!), nie mieć awarii, znaleźć parking, wcisnąć się w nieludzko małą przestrzeń nie poobijawszy samochodu, nie dostać mandatu za parkowanie nie tu, gdzie trzeba (zdarzyło się!). Po latach w końcu to opanowałam, ale stres kojarzony z jazdą w mieście pozostał.

Przy obecnym projekcie przeważnie latam na Florydę i mam zero stresu podróżnego, za to sama praca stresuje mnie potwornie. Jakie więc było moje zdziwienie, kiedy dziś dojechałam do Jersey City (miasto w New Jersey rzut kamieniem przez rzekę Hudson od Manhattanu) i nagle poczułam nie tylko wiatr w skrzydłach, ale zwyczajnie ukojenie. Miasto, z metrem, rzeką, drapaczami chmur, japońskimi restauracjami co dwa kroki (uwielbiam!), podziałało na mnie niespodziewanie kojąco. Przypomniało mi okres, kiedy jak już dojechałam i zaparkowałam, to naprawdę dobrze się bawiłam - praca, spacery, widoki, dobre jedzenie, czas na czytanie po pracy, ulice tętniące życiem, spotkania ze znajomymi blogerkami. Tego nie pamiętałam. Myślałam o Nowym Jorku jako etapie z przeszłości, którego nie chciałabym powtórzyć. Tymczasem dzisiaj Wielkie Jabłko - choćby oglądane zza rzeki - oraz miejska atmosfra przypomniały mi o dobrym okresie mojego życia i przeniosły mnie w aurę, która bardzo poprawiła mi samopoczucie psychiczne.

Dziękuję Nowy Jorku!

P.S. W tym tygodniu stawiam system w magazynie dystrybucji - pierwszej z 4 placówek. Stres będzie horendalny, ale od czego jest japońskie wino śliwkowe?

00:40, anetacuse , Praca
Link Komentarze (6) »
czwartek, 10 marca 2016

To była (jest?) najszybsza zima mojego życia. Dziś było 75 stopni F, ludzie latali w szortach i krótkich rękawach. Niesłyszane u nas w marcu. Mąż wziął wolne i pojechał kajakować. Normalnie woda nie odmarza do początku lub połowy kwietnia.

Od początku kalendarzowego roku tyram jak wół. Dnie, wieczory, weekendy - sama praca nie jest problemem, lubię to co robię, mam czas na nadgodziny. Problemem jest realny strach niezdążenia. Idzie jak po grudzie w myśl zasady, że jak ma coś pierdyknąć, to na pewno pierdyknie. Jestem zmęczona, najbardziej psychicznie. Pod koniec pierwszych dwóch tygodni w trasie nagle się przeziębiłam. Dopadło mnie ostro, tak, że rano zemdlałam w hotelu, co mi się nigdy nie zdarza, i nie mogłam zjawić się w pracy, bo bałam się prowadzić samochód z racji niemożności utrzymania się w pionie i gorących potów. Wszystko mnie bolało, myślałam, że to grypa, ale po powrocie do domu nagle miałam zwykłe przeziębienie, które minęło w ciągu tygodnia. Klient zmienił zdanie i trzeba było kupę rzeczy przerabiać. Dostarczyli dane bardzo późno i w ogromnych ilościach. Projekt przekroczył budżet. System zastępuje dwa inne oddzielne systemy SAP i integruje się z trzecim SAP.  Z racji zmian wymagań w ostatniej chwili trzeba było przerobić grafik, dzięki czemu zyskałam całe 2 tygodnie w domu akurat na wyzdrowienie i wykaszlanie płuc w prywatności własnego domu. Zabunkrowana w domu nadal się nie wyrabiam. W niedzielę wyjeżdżam i będzie 5 tygodni trasy pod rząd, bo data końca projektu się nie zmieniła. Będę w domu tylko w soboty, o ile nie spóźni się samolot. Szkolenie FL, go-live NJ, go-live FL, go-live CA, szkolenie FL. Potem tydzień w domu, tydzień na konferencji organizowanej przez moją firmę, na której prezentuję, i ostatni go-live na Florydzie. Potem tydzień pracy w biurze i koniec projektu. Liczę dni i godziny. Tylko dlatego, że ciężko jest żyć w takim stresie i przepracowaniu na dłużą metę. Za to umysłowo nigdy w życiu nie funkcjonowałam na wyższych obrotach: ciągle intensywnie myślę i rozwiązuję nowe problemy. Żadna szkoła, żadne studia ani inna praca mi takiego wyzwania nie dały i muszę przyznać, że to uwielbiam. Czuję się stworzona do myślenia i rozwiązywania problemów, czuję się z tym bardzo szczęśliwa i zwyczajnie uzależniona. Martwię się jak będzie wyglądać moje życie po tym projekcie, kiedy nagle stanie się chwilowo bezproblemowe. No i ciekawi mnie jaki będzie następny projekt. Ogólnie, pomimo obecnych trudności, uważam że pracę wygrałam na loterii: wpisuje się idealnie w moją osobowość.

A teraz o wolnych chwilach, których jest mało. Przestałam sobie ustalać zasady co powinnam, czego nie i kiedy żeby nie dodawać sobie stresu. Pilnuję się odnośnie głównych punktów zdrowia żeby utrzymać się w dobrej formie: ćwiczenia, sen, zdrowe i umiarkowane jedzenie, odpowiednie nawadnianie organizmu - ale przestałam być żywieniowym nazistą wobec samej siebie i po prostu jem na co mam ochotę. Tak się złożyło, że bycie ciągle zajętą stemperowało mi apetyt, w związku z czym nareszcie i bez wysiłku wróciłam do swojej ulubionej wagi sprzed roku. Trochę biegam, staram się wyrobić przynajmniej 6000 kroków dziennie (obiektywnie to nie jest dużo, ale przy moim obecnym grafiku jest) i kiedy jestem w domu chodzę na zajęcia jogi, którą naprawdę uwielbiam. I tu dochodzę do sprawy wzdychania: często podczas zajęć jogi instruktor/ka poleca nam głośno wzdychać aby "wypuścić" stres dnia jak również parskać (horse breath) - co jest rewelacyjne na rozluźnienie mięśni twarzy. Joga jest balsamem na moje ciało i duszę i to wzdychanie też pomaga. Zajęcia przynoszą mi ogromne ukojenie.

A teraz o poceniu się. Zakup sauny okazał się hitem. Mamy ją już trzeci miesiąc i używamy prawie codziennie (tzn. kiedy jestem w domu). Gładsza skóra, wzdęcia stały się problemem przeszłości, lepsze samopoczucie, spadek wagi (waga mi ruszyła w dół odkąd używam sauny choć nie jest to jedyny powód) - nie był to jeden z tych zakupów, który się nudzi i idzie w kąt, choć to kiepskie porównanie w tym przypadku, bo sauna akurat stoi w kącie. Sauna stała się nową bardzo wyczekiwaną porą wieczornego relaksu. Po prostu nie wyobrażam sobie mojego życia przed sauną.

Trzecią rozrywką wolnych chwil jest czytanie. Skończyłam (w wielkich bólach - warta przeczytania ale straszliwie rozwlekła) Polskę James'a Michener'a, potem przerzuciłam się na rewelacyjną lekturę Anthony'ego Marra The Tsar of Love and Techno: Stories (polecam również jego książkę A Constellation of Vital Pheonomena), aby w końcu dotrzeć do niedawno zmarłej pisarki Harper Lee i nareszcie przeczytać Zabić drozda (To Kill a Mockingbird) oraz To Set a Watchman - obie pozycje serdecznie polecam.

Cieszę się swoją pracą w chwilach, kiedy mnie nie przytłacza. Kiedy mnie przytłacza też się cieszę, ale z cieniem zmęczenia i cynizmu. Projekt trochę uderzył mi do głowy. Kiedy jest się alfą i omegą takiego dużego przedsięwzięcia, to trochę puchnie ego. Całe szczęście mam wystarczająco dużo wszelakich potyczek, żeby nie latać zbyt wysoko. Oby to końca. Cieszę się wolnymi chwilami, które znaczą o tyle więcej, kiedy jest ich mało. No i kończy się zima, rano słychać świergotanie ptaków za oknem. Powietrze pachnie wiosną. Idzie wiosna. Idzie lato. Będą wakacje i biwaki. Wszystko najlepsze przede mną. Stan obecny jest przejściowy. Minie.

03:39, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (1) »
wtorek, 02 lutego 2016

Już luty, czy dopiero luty. Styczeń był tak intensywny, że wydaje się ekwiwalentem pół roku, tymczasem minął jak z bata strzelił. Siedzę w domu, ładuję dane, podgrzewam saunę i myślę o tym, że mój pies ma dziś 9. urodziny i że za niecałe 2 tygodnie wyruszę w trasę. 9 tygodni poza domem z niewielkimi przerwami to tu, to tam. Skończę 6-tego maja. Cztery tygodnie w Bradenton, FL, dwa tygodnie w Fort Pierce, FL, tydzień w Jersey City, NJ, tydzień w City of Industry, CA i tydzień w Greenville, SC. Pomimo, że uwielbiam swoją pracę, tempo ostatnich tygodni jest ciężkie, pracuję w weekendy i wieczorami i odliczam do maja, kiedy wrócę z ostatniego wyjazdu po wdrożeniu systemu w ostatniej i największej fabryce. Chyba będę świętować przez parę tygodni, a na pewno zapowiadają się zasłużone wakacje. Póki co trzymać kciuki proszę.

02:20, anetacuse , Praca
Link Komentarze (1) »
niedziela, 24 stycznia 2016

Jako dorosła osoba "na swoim" nigdy nie miałam telefonu stacjonarnego. Kiedy wyszłam za mąż, w naszym wspólnym domu były tylko jego komórka i jej komórka. Kiedy nadeszły smartfony, nie byłam w pierwszej, ani nawet drugiej fali kupujących. Wydał mi się to zakup zbędny, niepotrzebny wydatek. 

W tym 2010 zmieniłam pracę i dostałam służbowe Blackberry i oczywiście biurowy telefon stacjonarny VoIP. Na froncie prywatnym zamieniliśmy głupie telefony na smarfony na platformie Androida. Po roku z nich zrezygnowaliśmy na rzecz głupiego telefonu, bo ja i tak nosiłam Blackberry, a mąż miał tableta, gdzie wszystko mógł robić na wi-fi w pracy i w domu. W 2014 firma zastąpiła moje Blackerry iPhonem 5s, wtedy nadal nosiłam dwa telefony: prywatny głupi i służbowy smartfon. IPhone podobał mi się, ale mało go używałam poza e-mailem, bo nie był mój.

Pod koniec 2014 znów zmieniłam pracę. Nowa firma praktykuje bardzo oszczędny model unikający zbędnych kosztów - przynosisz własny smartphone dowolnej platformy, a oni ci co miesiąc zwracają koszty, co sprowadza się do posiadania telefonu bez płacenia abonamentu, choć sam telefon trzeba kupić samemu. Biuro nie ma telefonów stacjonarnych, co ma sens, bo konsultanci najczęściej pracują w terenie i w biurze ich po prostu nie ma. Kupiłam więc iPhone 6, który nagle stał się nie tylko jedynym telefonem, jaki w ogóle posiadam, ale centrum tysiąca czynności prywatnych i służbowych, gdyż telefon służy mi jako:

  1. Telefon do rozmów prywatnych i służbowych oraz SMSów. W ostatnim czasie, w fazie testowania oprogramowania pomiędzy systemami, spędzam 2-5 godzin dziennie na konferencjach. Wprawdzie mogłabym część tych konferencji odbyć z użyciem audio PC, ale wtedy nie można pójść do łazienki czy odejść aby zrobić sobie kawę.
  2. E-mail
  3. Aparat fotograficzny
  4. Kamera video
  5. GPS. Zwłaszcza kiedy wyjeżdżam służbowo, montuję specjalny stelażyk w samochodzie i używam telefonu jako pilota.
  6. Skaner. Z odpowiednią aplikacją skany wychodzą b. dobrej jakości jako PDF.
  7. Dyktafon
  8. Notatnik
  9. Kalendarz
  10. Hotspot. W podróży podłączam laptopa do hotspota w telefonie i mam internet, mogę pracować wszędzie o ile jest zasięg komórki. Również w przypadku braku prądu o ile telefon jest naładowany.
  11. Narzędzie do monitorowania aktywności fizycznej i snu
  12. Narzędzie do zapisywania się na zajęcia jogi
  13. Portal bankowy - sprawdzanie wyciągów, depozyt czeków przez internet, wysyłanie pieniędzy
  14. Radio
  15. Stereo - można go podłączyć bezprzewodowo Bluetooth lub kablem do wszelakich głośników i słuchawek
  16. Regulator czasowy do parzenia kawy
  17. Instruktor jogi
  18. Okno do wszystkich portali społecznościowych
  19. Okno do aplikacji służbowych gdzie mam dostęp do wszelkich portali i plików
  20. Portal do czytania blogów
  21. Portal z wiadomościami
  22. Kanał do oglądania krótkich filmów gdziekolwiek jestem
  23. Meteorolog
  24. Pilot do telewizora
  25. Budzik, zwyle w podróży
  26. Bilet lotniczy, kiedy nie mam dostępu do drukarki - na lotnisku skanują mi kod z telefonu
  27. Agent podróżny - aplikacji linii lotniczych ułatwiają informowanie o zmianach w grafiku lotów
  28. Sklep do robienia najróżniejszych zakupów, najczęściej z aplikacji Amazona
  29. Informacja
  30. Biblioteka - dostęp do mojej lokalnej biblioteki z aplikacji telefonu umożliwia mi wypożyczanie elektronicznych książek audio i ebooków, chociaż ebooki tylko z telefonu wypożyczam, a potem wysyłam na Kindle. Telefon nie zastąpił i nigdy nie zastąpi mi czytnika z e-papierem. Jestem wierna swojemu Kindle Voyage i nigdzie się bez niego nie ruszam. Mam wprawdzie aplikację do czytania, mogę czytać zarówno książki z biblioteki jak i moje z konta Kindle, ale tego nie robię. Mąż używa audiobooków, ale przestał ich słuchać na telefonie, bo jak nie skończy słuchać na czas to mu książka znika z urządzenia w momencie przedawnienia terminu. W przypadku wrzucenia audiobooka na "głupie" urządzenie MP3, a ebooka na Kindle z wyłączonym wi-fi, książki można słuchać i czytać jak długo się chce.
  31. Miejsce spotkań ze znajomymi i rodziną "twarzą w twarz" za pomocą aplikacji FaceTime albo Skype, do rozmów i wiadomości również Viber
  32. Centrum rozrywki: łamigłówki typu Sudoku, puzzle, Scrabble - choć muszę przyznać, że gram bardzo bardzo rzadko
  33. Wiele innych drobniejszych funkcji

Telefon ma ponad rok i funkcjonuje bez zarzutu, nawet po kilku niefortunnych upadkach. Fakt, pod koniec intensywnego dnia ma zaledwie ok 30% baterii i musi być ładowany co noc, ale nie przestaje mnie zadziwiać ile może i ile wytrzymuje. W przypadku przegrzania, co zdarzyło mi się jak wystawiłam go za długo na słońcu podczas wielogodzinnego kajakowania i podczas słuchania muzyki w saunie, telefon sam się wyłącza chroniąc system i wyświetla się wiadomość, że system się znów włączy po ochłodzeniu. Jeśli chodzi o backupy, iCloud sprawdza się świetnie zwłaszcza jeśli wymienia się na nowy telefon lub sprowadza te same ustawienia na inny produkt Apple. Tak, jakbym go zgubiła lub niechcący unicestwiła, byłabym po prostu zgubiona, ale nie moje dane.

Ciekawe ile wytrzyma takie użytkowanie. Dwa lata? Trzy? Wiem tylko tyle, że po tak solidnych doświadczeniach z Apple nie miałabym odwagi przesiąść się na inną platformę.

Kilka moich ulubionych aplikacji:

  • Viber
  • Skype
  • FaceTime
  • TurboScan
  • Facebook
  • Pandora - radio internetowe
  • iTunes - również mają radio internetowe poza moją muzyką
  • Amazon
  • Amazon Music - idealny do słuchania muzyki Amazon Prime lub kupionej na Amazonie
  • Newsblur - prenumerator RSS gdzie czytam blogi
  • Gmail - lubię oddzielać gdzie czytam pocztę prywatną od poczty służbowej
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 75
statystyka