Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
Blog > Komentarze do wpisu

A może już czas?

Coś napisać?

Jak się może domyślacie, praca porwała mnie i przepuściła przez wyżymaczkę. Nie wiem, czy da się w skrócie, ale spróbuję. 

Po fabryce soku pomarańczowego zrobiłam wdrożenie 3 fabryk ciężarówek i autobusów. Przez 7 miesięcy było łatwo i przyjemnie oraz bez wyjazdów, ale nadeszła pora stawiania systemu i było jak zwykle, czyli stresująco. Projekt miał kilka ciekawych (czyt. trudnych) osobowości, opóźnienia hinduskiego zespołu, kupa straconego czasu. Potem odwlekanie, popychanie terminów. Też jak zwykle. Potem stawianie na raty - zaopatrzenie oddzielnie od obsługi i naprawy maszyn. Poszło. Potem kilka ogromnych kłód pod nogi - starcia z księgowością. W końcu poszliśmy z tym zaopatrzeniem i po półtora dnia trzeba było wyciągnąć wtyczkę i wpuścić ich do starego systemu z powodu poważnego defektu po stronie ich innego systemu, z którym mój system był zintegrowany, czego nikt nie wyłapał przy testach. Tymczasem mi się skończył kontrakt, a oni musieli to stawiać sami już beze mnie, co nawet im się udało. Niestety po miesiącu księgowi tak narzekali, że fabryka wyciągnęła wtyczkę po raz drugi i ostatni, czyli więcej jak połowa mojego wdrożenia poszła się paść. Niby nie mój problem, nie moja kasa wyrzucona w błoto, ale żal, bo ogólnie wdrożenie wyszło dość zgrabnie i przy odrobinie cierpliwości dało by się wszystko wygładzić. To są tzw. "growing pains", ale nie wszyscy to rozumieją. Najfajniejszą częścią projektu było stawianie systemu w fabryce w Monterrey w Meksyku. Robiłam szkolenie po angielsku z pomocą tłumacza, nawigując w systemie ustawionym po hiszpańsku, co było o wiele bardziej ciekawe. Wdrożenie dwujęzyczne również było ciekawym doświadczeniem, a poza tym bardzo dobrze pracowało mi się w Meksyku: fabryka była dużo czystsza i lepiej zorganizowana niż obie fabryki tej samej firmy w USA; ludzie świetni i dużo solidniej przykładali się do szkoleń, wyglądało też, że dużo bardziej im zależało; do pracy dowożono mnie i odwożono codziennie; ogólnie było jak na wakacjach czego nie mogę powiedzieć o żadnym innym wdrożeniu. 

Na jesieni doszedł mi projekt firmy produkującej helikoptery, ale im robimy drobne zajęcia usprawniające system, więc nie jest to pełnoetatowe. Projekt dystrybutora chemikaliów przemysłowych się wykruszył z powodu restrukturyzacji firmy.

W styczniu uderzył we mnie meteor, czyli dostałam swój obecny projekt, który właśnie się wykoleił. Koszmar stulecia. Kontrakt rządowy, wdrażanie floty (ang. fleet, co oznacza wszystko od samochodów, po samoloty, helikoptery, łodzie motorowe, ATV itp, itd) całego stanu, ok. 25000 wszystkiego. Jesteśmy na podkontrakcie u firmy, która wygrała przetarg na tę 'misję niemożliwą.' Szczęściarze! Projekt zaczął się w styczniu, ale mogłam go objąć dopiero pod koniec marca kiedy skończyłam ciężarówki i autobusy - mój kolega prowadził go za mnie. Wybrano mnie, bo jestem ponoć najlepsza w papierkologii i upierdliwych szczegółach, ale to i tak nas nie uratowało. Projekt był duży i skomplikowany, akurat na półtoraroczne wdrożenie, ale na 6-cio miesięcznym grafiku - bo MUSIAŁ być skończony do 31 lipca br. Ponoć. Prawie się żeśmy pozabijali, żeby to jakoś przepchać: nieludzkie godziny, weekendy, każda sekunda dnia wypełniona robotą jak na niekończącym się wyścigu, zespół 6 ludzi do prowadzenia i koordynacji, aby wszystko posuwało się jak należy i nikt nie marnował czasu. Nie powiem, zespół miałam świetny, dokonaliśmy paru cudów, ale niestety za mało i za późno, za wolno i nierówno - czyli jak nie zrobisz i tak jest niewystarczające. Miałam poczucie opróżniania oceanu łyżeczką. Był stres, problemy ze spaniem. Niestety ci z działu sprzedaży naopowiadali różnych bajek żeby to kolanami przepchać, oprogramowanie wymagało tony dostosowań na zamówienie, programowania itp., a prowadzący projekt po stronie klienta nigdy nie wdrażał tak skomplikowanego systemu i chciał dostać księżyc, na dodatek zmieniali wymagania z tygodnia na tydzień. Biurokracji przy tym po same uszy, dwie agencje robiące audyt, przy tym właściciel kontraktu plączący się non stop pod nogami. No i w końcu po sesji testowej nr 2, klient nas znokautował w dwóch rundach po 90 minut każda, po czym powiedział, że "dla nas to jest nieważnie kiedy wdrożycie, bylebyście to zrobili dobrze." Po tym, kiedy "spaliliśmy" budżet próbując dopiąć termin. Kiedy wszystko było zaklepane - m.in. loty na szkolenie. Kiedy odwołałam planowane od 2 lat wakacje w Polsce, które miały mieć miejsce w przyszłym tygodniu. Te dwie rundy były jak przesłuchanie w sądzie i czułam się na ławie oskarżonych. Nigdy nie widziałam niczego podobnego w swojej 12-to letniej karierze, a moja szefowa w jej 20-to letniej. Tak czy inaczej - projekt został tymczasowo zatrzymany. Dopinamy co możemy, zabrali mi większość zespołu aby ratować godziny w budżecie, ślęczę nad dokumentacją, "dowodami" itp. Jeszcze tak ze 2-3 tygodnie, a potem koniec. Ci od głównego kontraktu wypełniają papiery, żeby dostać więcej kasy na skończenie (96% było zrobione), zanim to zostanie podpisanie - nie wiadomo, kto będzie dostępny żeby to doprowadzić do końca. Może ja, a może kto inny. Marzy mi się, że kto inny... W zasadzie to wyszło dobrze, bo odzyskałam część swojego życia i lata. Cały lipiec miałam być w rozjazdach, a tak siedzę w domu i planuję biwaki.

Firma nam się rozrasta, zatrudniamy krocie nowych ludzi, ale nie wydaje mi się, że to jest dobrze. Za szybko, za agresywnie. W grudniu w formie nagrody za osiągnięcie celów fiskalnych firma zabrała nas włącznie z osobą towarzyszącą na 4-ro dniowe wakacje na Karaibach - Republika Dominikany. Nie powiem, było super, ale jak popatrzę na ostatnie 6 miesięcy swojego życia to wolę nie jechać na Karaiby a mieć bardziej normalną pracę, która nie wysysa z człowieka ostatnich soków.

Dzięki ostatnim 6-ciu miesiącom opracowałam kilka dodatkowych metod radzenia sobie ze stresem: aplikacja do medytacji, aplikacja z białym szumem (white noise) połączona ze słuchawkami redukującymi hałas plus suplementy ziołowe do spania, plus joga kiedy mam czas, no ale joga to u mnie jest normą już od kilku lat. Ogólnie uważam, że joga to najlepsza rzecz jaką mogłam dla siebie zrobić. 

Była też rozdzierająca i dość nagła śmierć w moim zespole: żona mojej szefowej dostała pod koniec marca diagnozę rzadkiego i bardzo zaawansowanego raka wątroby - dali jej 6-8 miesięcy życia bez chemii i dłużej z chemią. Niestety się pomylili, gdyż zmarła pod koniec maja. Szefowa tymczasem również balansowała mój projekt, aby uratować go przed utonięciem - na darmo. W marcu prowadziła normalne życie z ukochaną osobą. W maju była już wdową. 

Zimą w końcu VW wykupił od nas oba diesle. Proces się ciągnął, ale ogólnie był bardzo dobrze zorganizowany. Zapłacili prawie tyle, za ile kupiliśmy oba auta parę lat wcześniej, do tego było parę postronnych kompensat od VW i od Bosch - producenta oprogramowania. Oboje przesiedliśmy się na Subaru - mąż na Outbacka, ja na Crosstreka. Radość była nieco krótka, bo w zeszłym tygodniu na dzień przed wyjazdem na biwak na długi weekend świąteczny i parę dni po zmianie oleju u dealera w samochodzie męża, w drodze z pracy lampka oleju zabłysła na chwilę, po czym 10 minut później zatarł się silnik. Facet od lawety potwierdził, że nie było w nim ani kropli oleju - wyciekł sobie, bo ktoś czegoś nie dokręcił. Teraz mamy problem, bo nikt ci oczywiście nie da nowego samochodu ani silnika, więc samochód jest na dwa tygodnie w naprawie i będą mu tam wymieniać co mogą. Oczywiście był to nasz samochód holujący, więc trzeba się było nagimnastykować jak w ogóle jechać na ten biwak. Mój Crosstrek został zamówiony z hakiem holującym, ale trzeba było zainstalować adapter do wtyczki (z 4 do 7), tymczasem nikt tego nie chciał zrobić i woziliśmy się pół dnia zanim znaleźliśmy chętnego o odpowiedniej wiedzy, żeby to zainstalować. Udało się. Biwak też się udał. Pobiłam rekord niesprawdzania maila służbowego przez 5 dni. Dealer dał nam samochód zastępczy, który wprawdzie nie holuje, za to można nim dojechać do pracy.

W zeszłym miesiącu stuknęła mi 40-tka, z czym muszę przyznać miałam spore trudności jak tylko licznik tego roku zmienił końcówkę na '7', za to sprawiłam sobie oryginalny prezent: operację zmiejszenia piersi. Operacji poddałam się pod koniec marca pomiędzy jednym projektem a drugim i straciłam dokładnie 3 dni pracy. Było to coś, co marzyło mi się od dawna, bynajmniej nie ze względów estetycznych, ale praktycznych. Operacja była pod narkozą, tego samego dnia wróciłam do domu. Był to mój pierwszy tego typu styk z amerykańską służbą zdrowia (porównując np. do wycięcia migdałów czy wyrostka w Polsce) i muszę przyznać, że było to bardzo pozytywne doświadczenie. Jestem również bardzo zadowolona z efektu - nie jest na tyle znaczący, aby był zauważalny dla osób postronnych (ani nawet moich znajomych), natomiast bardzo ułatwia mi życie.

Obiady z pudełka porzuciłam na rzecz... gotowania z książki kucharskiej. Niektórzy dochodzą do celu drogą okrężną, tak było u mnie. Po prostu kupiłam sobie sprawdzoną książkę kucharską wydaną przez instytut America's Test Kitchen i zaczęłam gotować potrawy wegetariańskie. Nie, żebym obecnie była wegetarianką, ale jak już mam gotować to wolę bezmięsnie, a mięso jadam od czasu do czasu. Fajnie było dopóki praca mi nie zeżarła wieczorów, ostatnio lodówka świeci pustkami, trzeba się będzie znowu wziąć w garść.

Zimą odwiedziła mnie koleżanka z ogólniaka, co było bardzo ożywiające i sympatyczne. Nie widziałyśmy się od czasów matury - albo może trochę po. Poszłyśmy na łyżwy - pierwszy raz od kilku lat.

Pies ma 10 lat i trzyma się świetnie. Papuga ma 7 i też wszystko dobrze, chociaż ostatnio jest na diecie bo weterynarz powiedział, że jest za gruby. Nadal biwakujemy z przyczepą teardrop, kajakujemy dużo mniej niż kiedyś, bo mamy za mało czasu żeby się wozić na całodniowe wypady w weekendy, za to więcej jeździmy rowerami. W zeszłym roku nabyliśmy "grube rowery" - czyli coś jak rower górski, ale o cudownie, idiotycznie grubych oponach. Świetnie się nimi jeździ - nazywam go "rowerem górskim dla idiotów." Dlaczego? Bo w terenie potrzeba mniej umiejętności i zdolności technicznych, a więcej mięśni - ten rower jeździ po wszystkim i jest dużo bezpieczniejszy. Z punktu widzenia fizyka jest głupi, bo potrzeba dużo więcej energii żeby nim jechać - stawia paskudny opór, ale z punktu widzenia pracownika biurowego jest genialny - jak się ma mało czasu, to człowiek się zmacha dużo szybciej i napracuje jak wół bardziej niż na takiej kolarzówie...

Z odkryć muzycznych ostatniego roku (z kawałkiem): Elle King, Amy Winehouse, Jem, Lindsey Stirling, Caro Emerald. Ta ostatnia jest po prostu genialna i jestem totalnie uzależniona - polecam.

Z odkryć telewizyjnych: Shameless (oryginalna brytyjska wersja), Humans, the Tunnel - telewizji nie oglądam wcale, za to łapię seriale na Amazon Prime od czasu do czasu i czasem nawet coś naprawdę dobrego się trafi.

Z książek: ostatnio trafia mi się dobra literatura faktu, np. 'Od zwierząt do bogów. Krótka historia ludzkości'. Niestety mam tak mało czasu na czytanie, że przeczytanie jakiejkolwiek książki zajmuje mi wieki, no i mam napoczętych kilka na raz.

Znów na diecie, znów hoduję włosy, znów wymyślam kolejne i nieoryginalne plany usprawniające. Czasem działa, czasem nie. 

Do następnego razu i dziękuję, że czasem ktoś tu zagląda.

--------------------------------------

Wpis dedykuję Cutiepie: nie dość, że popełniła wpis o umarłych blogach który był zawstydzająco-motywujący, to jeszcze niechcący zapędziła mnie na stronę Bloxa, a skoro już, to czemu nie...

czwartek, 06 lipca 2017, anetacuse

Polecane wpisy

  • Notka z frontu

    Pomimo kilku błędów taktycznych, nieprzewidzianych i licznych potknięć w manewrach i małej armii - powoli wygrywam. Trzy fabryki na systemie, czwarta w gotowośc

  • Drobne radości

    Ostatnio mam apetyt na literaturę amerykańską, zwłaszcza klimaty południowe. Przeczytałam "Zabić drozda", a teraz czytam "Przeminęło z wiatrem". Czytałam tę lek

  • W wolnych chwilach pocę się i wzdycham

    To była (jest?) najszybsza zima mojego życia. Dziś było 75 stopni F, ludzie latali w szortach i krótkich rękawach. Niesłyszane u nas w marcu. Mąż wziął wolne i

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2017/07/06 04:31:14
Dziekuje I prosze o jeszcze. Tak w miare regularnie, co?
-
2017/07/06 09:13:38
Oczom nie wierzę - prawie rok przerwy i jednak napisała :)
Bardzo się cieszę - wydarzeń za dużo żeby coś sensownie skomentować. Zyczę więc żeby otoczenie zwolniło tempo i wiecej czasu na te grube rowery.
-
2017/07/06 16:22:00
Cutie: Nie obiecuję, ale się postaram.

Pharlap: Dzięki :).
-
Gość: , 149.254.234.*
2017/07/06 21:43:44
Witaj z powrotem :) widać że masz tak zwane urwanie głowy , więc tym bardziej miło że napisałaś co u Ciebie.

Pozdrawiam!
Dorota
-
Gość: leilani_aloha, *.hawaii.res.rr.com
2017/07/08 10:55:00
Cool! Jak to sie u nas mowi. Pozdrowienia!
-
Gość: siatka, *.play-internet.pl
2017/07/11 22:46:52
Cieszę się, że cały czas miałam Twojego bloga w "ulubionych"., nie straciłam nadziei ;P Lubię Twój styl pisania, bardzo.
-
2017/07/12 14:44:34
Dorota: Dziękuję!

Leilani_aloha: Dziękuję i wzajemnie!

Siatka: Bardzo mi miło, że tak uważasz i dziękuję, że tu zaglądasz.
-
2017/07/16 18:24:02
Zagladałam czasem z nadzieja, że cos napiszesz...Wiem , że szalejesz w pracy i jestes zdrowa [ z tym nowym biustem !]. Pozdrawiam serdecznie, Karuzela
-
2017/07/19 17:13:04
eks1991: A dziękuję bardzo, miło Cię znowu widzieć :D.
-
2017/07/22 21:44:22
ZYCIE!!!! Moze to jest ten okres miedzy 40 a 50 gdzie praca tak sie intensyfikuje. Ja po 50 swiadomie bardzo zwalniam, ale jestem bardzo wdzieczna za ten trudny zawodowo okres (bo bylo tej pracy za duzo) bo patrzac w tyl bardzo duzo sie nauczylam i dodalo mi to bardzo pewnosci. Ale zwolnic teraz musze bo praca przestala byc radoscia ...
Usciski. Marta
statystyka