Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
Blog > Komentarze do wpisu

Wielkanoc w domu

Niespodziewanie spędzam Wielkanoc w domu. Miałam dziś wylatywać o 3 rano, ale wszystko się zmieniło. Zmiana w ostatniej chwili, w piątek wieczorem dopiero wróciłam do domu z New Jersey, więc nie było żadnych przygotowań. Czuję się jak po wojnie - niemożebnie zmęczona - ale system stoi w najmniejszej placówce - magazynie dystrybucji.

Powinnam się cieszyć i cieszyłam się kiedy klientka pierwszy raz wcisnęła zmianę statusu na zleceniu, co spowodowało wysłanie zlecenia do SAP. Poszło i poszło prawidłowo. Było za to całe wiadro innych problemów, powoli i stopniowo porozwiązywanych. Będzie więcej. Wyrobiłam sobie filozofię, że jeśli coś działa, to ciesz się, bo za 5 minut coś innego nie będzie działać. Pocieszam się, że to tylko produkcja soku, a nie szpitalny system medyczny czy bank. Aczkolwiek mamy klientów farmaceutycznych.

W poniedziałek wieczorem, po spotkaniu nt. konsolidacji inwentarza magazynu żeby wszystko pasowało pod kątem ilości sztuk i ceny całości w obu systemach, w końcu do mnie dotarło - późno trochę - że wymaga się ode mnie niemożliwego. Nie jest fizycznie możliwe, aby JEDNA osoba wdrażała system na taką skalę i po 12 godzinach dziennie z klientem ładowała dane nocą i zrobiła to wszystko poprawnie i na czas. Osoba, która ten projekt szacowała nie doceniła pełnej skali przedsięwzięcia ani nie przewidziała tuzinów niespodziewanych problemów, które wszystko opóźniły. Wiedziałam, że nieważne jak ciężko będę pracowała - po prostu nie zdążę, bo nie ma wystarczającej ilości godzin w dobie, a ja już i tak padam na przysłowiowy pysk. Zadzwoniłam do szefowej i jej to powiedziałam. Powiedziałam, że z chęcią odstąpię jeśli ma kogoś, kto może zrobić więcej i lepiej. Roześmiała się. Pół godziny później oddzwoniła i przydzieliła mi osobę do pomocy. 

W wtorek rano dołączyła do mnie kierowniczka projektu po stronie klienta. Powiedziałam jej jak fatalnie poszło szkolenie w minionym tygodniu w drugiej największej fabryce: osoba, która to organizowała przysłała mi nie te osoby co trzeba i pomieszała grupy użytkowników. To tak, jakby uczyć pierwszo- i siedmioklasisów razem. Komputery nie działały, internet działał słabo, myszy i klawiatury nie były dopasowane do stacji - kompletne fiasko. Stawianie systemu w tej fabryce właśnie miało się odbyć jutro, ale zostało przesunięte, dlatego dziś jestem w domu.

Mam tydzień na ogarnięcie wszystkiego w biurze / domu. Potem - w najbliższą niedzielę - Kalifornia. Mała fabryczka 40-to osobowa, będę tam tydzień. Z Kalifornii bezpośrednio na Florydę do fabryki 150-cio osobowej, gdzie szkolenie poszło fatalnie, też tydzień. Potem weekend w domu, szkolenie na Florydzie w największej - 600 osobowej fabryce (sama produkcja). Sobota w domu, wyjazd na konferencję w Południowej Karolinie gdzie prezentuję  (szefowa dała mi zielone światło na przespanie całej konferencji poza moją prezentacją), powrót do domu, wyjazd do największej fabryki i po 5 tygodniach w rozjazdach wrócę do domu 6-tego maja po postawieniu systemu w czwartej i ostatniej fabryce. Tydzień pracy z biura na zawiązanie luźnych końców i koniec. Koniec projektu po 11-tu miesiącach.

Wczoraj pozmieniałam rezerwacje podróżne i porobiłam nowe. Ogarnianie takiej ilości wyjazdów - lot, hotel, samochód na każdy tydzień - zabiera godziny. Składanie raportów z kosztów podróży też, ale się odkopałam. Dziś biorę wolne. Jest słonecznie choć dość mroźnie. Mam dziś jechać na kajaki pierwszy raz w tym sezonie, ale nie wiem czy się do tego przymierzę. Idę chyba ugotować jakieś jajka.

Życzę Wam spokojnych i miłych świąt! 

niedziela, 27 marca 2016, anetacuse

Polecane wpisy

  • Ona

    Z krainy pomarańczy wyszłam cało. Mój pierwszy lot solo. Po ogromnych turbulencjach i licznych problemach technicznych - wylądowałam. Z nieskazitelną reputacją

  • Tournée

    Już luty, czy dopiero luty. Styczeń był tak intensywny, że wydaje się ekwiwalentem pół roku, tymczasem minął jak z bata strzelił. Siedzę w domu, ładuję dane, po

  • Hinduska matrioszka

    To, gdzie teraz jestem w ogromnej mierze zawdzięczam swojemu znajomemu z Indii, Satyanowi. Traf chciał, że nasza wspólna znajoma nas ze sobą zapoznała. Satyan a

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2016/03/28 00:40:09
Ciekawe, czy placa ci za nadgodziny :)

Swoja droga to dziwne, ze takimi pierdolami jak robienie rezerwacji lotow/hoteli musisz sie ty zajmowac.
-
2016/03/28 00:51:45
Nina: Oczywiście, że mi nie płacą za nadgodziny, bo jestem salaried. To działa w obie strony - kiedy jest luźniej, można sobie wyskoczyć na jogę w ciągu dnia albo do dentysty jako flex time, no i pracować z domu ile i kiedy się chce kiedy nie jest się u klienta. Za to jest dobra wypłata, premie, prezenty i imprezy firmowe dla pracowników z małżonkami, za które płaci firma włącznie z biletami lotniczymi. No i taki grafik pracy nie jest normą funkcjonowania firmy, a raczej fazą konkretnego projektu. Zwykle pierwsze 2/3 są spoko a końcówka na wariata, a mi się trafił wyjątkowo trudny projekt. Jeśli każdy projekt miałby tak wyglądać, to raczej z tej karuzeli bym wysiadła, bo na dłuższą metę tak się po prostu nie da, ale dopiero czas pokaże jak naprawdę jest.

Firma nie ma typowej struktury: mamy partnerów (3), szefów wydziałów (5) i konsultantów (reszta). Nie ma sekretarek, HR, agentów podróżnych, nie mamy też telefonów biurowych. Wszystko jest prostsze, tańsze, mniej formalne (każdy każdego zna i jest się blisko "góry" a nie jakimś nieznanym pionkiem dolnego pułapu wysokiej piramidy. Ceną takiego modelu jest to, że wszystko załatwiasz sobie sam, ale też nie ma biurokracji i nieporozumień. Jak wszędzie, każdy kij ma dwa końce.
-
2016/03/28 19:55:28
a juz mialam dodac, ze potrzebujesz asystentki i zaoferowac siebie, ale doczytalam, ze firma takowych nie zatrudnia ;)
-
2016/03/29 02:29:28
Been there, done that.
Po 4 latach przestalam wierzyc w zapewnienia o odbieraniu sobie dni wolnych, a duza kasa, darmowe zarcie, stol do bilarda i karnety na silownie nie cieszyly, kiedy padalo sie na twarz.
To, co opisujesz, to jest realnosc przecietnego startupu.
W startupie wszystko jest, poza czasem na zycie....
-
2016/03/29 03:07:00
Cutie: :D

Nina: Masz absolutną rację. Jeśli nie ma życia, czasu na rodzinę, hobby, sen to wszystko przestaje mieć znaczenie i zwyczajnie odechciewa się żyć. Ja to widzę po sobie. Różnica jest taka, że to nie jest tak, że moja firma wyciska ze wszystkich ostatnie soki dzień po dniu, tylko są takie fazy i często wiążą się z planowaniem przez danego pracownika swojego grafiku, czasu itp. Przez pierwsze 14 miesięcy było spoko, a ostatnie 3 bardzo ciężko, ale część tego wiąże się z moim brakiem doświadczenia, bo mi dano termin, a w jakim tempie robię jest moją sprawą. Dużo rzeczy poszło nie tak. Podchodzę do tego realistycznie, nie chcę oceniać po jednym przykładzie. Jeśli okaże się, że każdy projekt jest zbyt nisko wyceniany i każdy wymaga takiego horendalnego wysiłku, to rozejrzę się za czymś innym, bo to faktycznie nie na moje zdrowie i nerwy. Ale jeśli jest to wyjątkowo wredny przypadek, to głupia bym była zostawić pracę, którą naprawdę lubię. Miałam już pracę rządową, gdzie miałam kupę czasu i umierałam z nudów - czułam się bezwartościowa i niczego nowego się nie uczyłam. Ciężko chyba jest trafić tak "jak raz" - naprawdę mały procent ludzi ma pracę, którą lubi i o godziwej płacy, a wiele osób nie ma pracy w ogóle. Swoją drogą, Ty też nie masz lekko z tego co czytam i Twoja praca też wpycha Ci się w czas wolny. Fajnie byłoby znaleźć złoty środek na współczesne problemy - i wiele osób znajduje - ja nadal szukam. Mieszkanie off-the-grid w tiny house z własnym ogrodem mnie fascynuje w teorii, ale w praktyce nie mam odwagi. To się rozpisałam ;).
-
2016/03/29 15:17:35
Pewnie, ze bardzo niewielki procent ludzi ma prace taka "w sam raz". To trudne do osiagniecia, niestety :-/

U mnie wpychanie sie pracy w zycie prywatne teraz zwiazane jest z przyziemnoscia - musze miec papier z firmy urugwajskiej, papier potrzebny do zalatwienia stalej rezydencji. Gdyby nie to, pracowalabym jak poprzednio - calkowicie zdalnie, dla firmy obojetnie z jakiego kraju, z umowa albo bez - byle placili :)

Ale, jak juz wspomnialas wczesniej - kazdy kij ma dwa konce. Ostatni miesiac mialam sporo nowych rzeczy do nauczenia sie i ciagle mam jeszcze (programowanie w Rubym) - za to moje akcje wzrosna jak sobie nowe doswiadczenie dopisze do CV.

Dobra strona jest rowniez to, ze w sumie Urugwaj nie jest krajem, w ktorym cholubi sie pracoholizm. Nie ma tu takich umow (ktore sa standardem w USA w IT), ze gdy jestes salaried, to pracodawca ma prawo domagac sie w zasadzie dowolnej liczby nadgodzin i nie placic za nie dodatkowo. Ja w sumie do pracy do biura (niestety musze) przychodze na 8 godzin, to ze po godzinach ucze sie dodatkowych rzeczy to moj wybor - moge, ale nie musze - w zwiazku z czym nie mam tak potwornej presji czasowej jaka masz teraz ty.

A mieszkanie off-grid czeka :)
Tyle, ze w moim wypadku musze po prostu na nie zarobic - ziemi nie rozdaja tu za darmo :-/
statystyka