|
Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
Blog > Komentarze do wpisu
Ruch powolnej żywnościAmerykański przemysł rolniczy od wielu lat robi się coraz bardziej skomercjalizowany. Zanikają małe gospodarstwa na rzecz wielkich i wysoce uprzemysłowionych konglomeratów. Do tego dochodzi dotowany przez rząd import warzyw i owoców. Oczywistym jest, że jeśli chce się mieć pomidory zimą, a zimą w twoim regionie nie rosną, to albo pomidorów nie będzie, albo będą te importowane. Często jednak zdarza się, że supermarket woli kupić kontener pomidorów od jednego dostawcy z drugiego końca kraju, niż kupować nierównego kształtu pomidory od kilku miejscowych rolników. Nasze jedzenie pokonuje tysiące kilometrów na ciężarówkach spalających tysiące litrów paliwa, czemu często towarzyszy nieświadomość konsumenta skąd dokładnie pochodzi kupowana w supermarkecie żywność. Od 1986 roku coraz bardziej popularny staje się ruch Slow Food Movement (więcej tu, a tu po polsku), który promuje jedzenie lokalne. Idea jest prosta: na ile możesz, jedz co urosło/zostało wyhodowane na twoim terenie. Wesprzesz lokalną gospodarkę, pomożesz zapobiec upadkowi małych gospodarstw rolnych, a twoje jedzenie będzie świeższe. Wzmożony popyt na jedzenie miejscowe i większe zainteresowanie małymi gospodarstwami zaowocowało w różne inicjatywy ułatwiające konsumentom zakup produktów prosto z farm. W moim regionie występuje kilka modeli inicjatyw pozwalających przetrwać miejscowym gospodarstwom i zaopatrzyć chętnych w świeże lokalne produkty. Są to m.in. kooperatywa rolnicza (agricultural cooperative) i CSA (Community Supported Agriculture), czyli rolnictwo wspierane przez miejscową społeczność. Kooperatywa, z braku zgrabniejszego tłumaczenia, polega na dzieleniu się zasobami przez członków społeczności, zarówno rolników jak i konsumentów, gdzie wpólnym wysiłkiem włożonym w uprawę i dystrybucję ceny są niskie, a produkty łatwodostępne. Np. sklepik Syracuse Co-op ma ponad 2,600 członków-współwłaścicieli, którzy albo płacą składki, albo wypracowują określoną ilość godzin w sklepiku. Chodzi o to, żeby zapewnić stały zbyt poprzez ustaloną z góry bazę klientów (członków) oraz utrzymać centralny punkt zbytu, jakim jest sklepik, bez dodatkowych kosztów. Innym przykładem jest inicjatywa CNY Bounty, która działa na nieco innej zasadzie. Chociaż ani członkostwo ani określony wkład nie jest wymagany od konsumentów, inicjatywa zrzesza rolników z dwóch hrabstw zapewniając im atrakcyjny zbyt poprzez centralną stronę internetową. Konsumenci zamawiają bezpośrednio przez internet, a produkty dostarczane są bezpośrednio do domu konsumenta, o ile zamówienie opiewa na ponad $35. Wprawdzie ta inicjatywa nie zapewnia rolnikom ani stałej bazy konsumentów, ani stałego zbytu, oferuje jednak bardziej przewidywalny zbyt niż na targu. CSA, rolnictwo wspierane przez miejscową społeczność, polega na wykupywaniu rocznych działek (shares) plonów za określoną z góry kwotę. Zapewnia to rolnikowi stały obrót gotówki i zbyt, ale też rozkłada ryzyko na wszystkich członków. Płacona z góry lub w ratach suma pokrywa przewidywany plon, a w zależności od pogody dostanie się tygodniowo więcej lub mniej. Jeśli zmarzną jabłka, nie będzie jabłek, jeśli obrodzą buraki - będzie barszcz i sałatka z buraków na każdy dzień tygodnia. Przykładem tego modelu jest Common Thread Community Farm. Na członka jednej działki wypada około 12 funtów warzyw i owoców tygodniowo od początku czerwca do końca listopada. Jeśli plon odbiera się samemu, koszt wynosi $465, jeśli z punktów odbiorczych to $495. To około $21 tygodniowo, a $1.7 za funt. Cotygodniowa działka zawiera mieszankę warzyw i owoców, które w danym okresie dojrzały. Można odebrać gotową kompozycję, wybrać co się chce i w jakich proporcjach, albo samemu zebrać owoce i warzywa prosto z farmy. Jeśli działki się nie przeje, można przechować na zimę tym samym wydłużając sezon na lokalne produkty, podzielić się z rodziną lub sąsiadem, lub oddać organizacji charytatywnej. Jak powyższe inicjatywy mają się do targu? Targ nie gwarantuje rolnikom zbytu i często gospodarstwa sprzedają swoje plony firmom produkującym żywność, przez co uniemożliwiają pojedyńczym konsumentom dostęp do miejscowych produktów. Sprzedaż hurtowa zapewnia szybki i pewny zysk, a obecność na targach kilka razy w tygodniu zużywa czas i paliwo. Właśnie przez, a może dzięki temu trendowi powstała inicjatywa CNY Bounty. Targi nadal istnieją i będą istnieć, ale nie każdemu są po drodze i nie zawsze jest tam sprzedawane jedzenie lokalne, jak się przekonałam na własnej skórze obserwując lokalnego farmera sprzedającego banany. Jeśli komuś zależy na jedzeniu miejscowym, a nie pali się do zakładania własnego ogrodu, opcji jest wiele. Niestety wielu Amerykanów nie lubi, nie umie lub nie ma czasu gotować posiłków od podstaw, nie wspominając już o robieniu zapasów na zimę. Do tego ludzie boją się nowych rzeczy, a rolnicy często dostarczają warzywa-niespodzianki, z którymi nie bardzo wiadomo co zrobić. Przewidujący rolnicy często załączają instrukcje jak i z czym coś się powinno jeść oraz jak to przygotować, jak również zamieszczają przepisy na stronie internetowej swojej farmy. Faktem jest, że warzywa świeżo wyciągnięte z ziemi wymagają więcej obróbki niż umyte i pocięte warzywa z supermarketu, a większe dostawy wymagają planowania. Mimo to wydaje się, sądząc po szybkim wzroście rolniczych inicjatyw, że Amerykanie z coraz większym entuzjazmem zaczynają wracać do korzeni. wtorek, 16 marca 2010, anetacuse
TrackBack
Komentarze
2010/03/17 00:44:47
Ania_2000: Dwa główne problemy wspomniane przez Ciebie na początku stanowią barierę dla większości przeciętnych rodzin i dla mnie również. Z powodu braku czasu nie wybrałam co-opu, bo nie jestem zainteresowana staniem w sklepie ani wyrywaniem warzyw. Inicjatywa z internetem bardzo mi pasuje, bo wybieram tylko to co chcę przez internet i dowożą mi do domu. Myślę, że dzielnicowy rynek jest nadal najpopularniejszą opcją. Dla mnie nie sprawdził się, bo jest w niedogodnym miejscu i o niedogodnej godzinie. Poza tym tak jak napisałaś, wiele farm pozwala ludziom przyjechać i zebrać co zechcą i kiedy zechcą, np. jabłka, truskawki, jagody czy brzoskwinie. W tym roku pierwszy raz spróbuję CSA m.in. dlatego, że zależy mi na jedzeniu lokalnym i dają możliwość zapłaty w 3 ratach. Ponieważ nie planuję zakładania własnego ogrodu - wolę zapłacić za to komuś innemu.
Jeśli chodzi o organiczne czy nieorganiczne, to wielu miejscowych rolników uprawia wg. zasad organicznych, ale nie starają się o oficjalne "naklejki" i certifikaty jak np. "USDA Organic," bo to zbyt kosztowne. Czasem składają tylko umowną przysięgę, np. Northeast Organic Farmers Association New York (NOFA-NY) Farmer's Pledge. Dla mnie to sprowadza się do tego, że wolę kupić nieorganiczne pomidory z sąsiedniej wsi, niż organiczne pomidory z Meksyku.
Gość: Hjuston, 99-99-229-154.lightspeed.hstntx.sbcglobal.net
2010/03/17 04:17:21
Ja tez gdy mam do wyboru organic albo local wybieram local - ale to tylko w przypadku zielenizny, a nie miesa.
Jesli chodzi o czas to czy ja wiem? Znam wiele osob, ktore pracuja I uprawuaja ogrodek I dziela sie plonami ze smierdzacymi leniami, ktorzy do tego nie pracuja (tak, to o nas kasiah24). Ale w tym roku sie poprawilam I zasadzilam pomidorki, papryki I iziola. Musze jeszcze zaczac grac w farmville na fb I zostac krolowa kompostu- sorry troche mnie ponioslo... Ale wracajac do slow food to zapytam czy w imie idei jestes w stanie porzucic jedzenie awokado? Ja bym nie mogla 2010/03/17 11:27:29
Hjuston: Jak ktoś lubi grzebać w ogródku, to znajdzie czas, ale ja mam inne hobby. Hoduję tylko kiełki. Zgadzam się co do mięsa, choć z obserwacji widzę, że właśnie na małych miejscowych gospodarstwach krowy się pasą na pastwiskach. No ale ja mięsa nie jem, więc jeden dylemat mniej.
A czy ja pisałam o porzucaniu czegokolwiek? Napisałam: "Idea jest prosta: na ile możesz, jedz co urosło/zostało wyhodowane na twoim terenie." Nie wszystko rośnie lokalnie, a ja nie jestem ektremistką. Nie porzucę awokado, daktyli, bananów, oliwek, kawy, kakao, karobu, ani herbaty. Ale np. kupuję kawę, która jest palona na miejscu. 2010/03/17 15:15:17
Tu w Irlandii 'local produce' też się cieszy coraz większą popularnością. Choć głównym miejscem jej zbytu są wciąż targi. Choć i niektóre supermarkety chwalą się, że sprzedają lokalną, świeżą żywność.
Gość: J., 216-80-81-193.c3-0.lem-ubr1.chi-lem.il.cable.rcn.com
2010/03/17 15:46:09
Moje warzywa sa bardzo lokalne - bo okolo 20 yds od patio :)
Tzn beda - bo jeszcze ich nie ma ze wzgledu na cztery pory roku 2010/03/17 19:35:20
U mnie tez lokalnie latem i wczesną jesienią, bo z własnego ogródka. Wiem, że niedaleko mnie jest farmer's market w sezonie, ale nie miałam okazji się wybrać. Może w tym roku, bo w sumie jestem ciekawa, co mają. Moja okolica raczej nie ma za wielu tego typu przedsięwzięć. Najbliższy idei wspierania lokalnych farmerów jest obrazek latynowskiego sprzedawcy na pikapie z brzoskwiniami z Michigan ;) (wiem, bo pytałam). Czy to się liczy jako lokalne jedzenie?
2010/03/17 20:47:49
Maya.d: Właśnie dzięki nowym trendom u nas też coraz więcej supermarketów wprowadza żywność lokalną żeby nie stracić klientów. Korzystam z tego w sezonie.
J.: Gratuluję ogrodu, to naprawdę najlepsze wyjście jeśli się ma czas i chęć. Aniabuzuk: Tobie też gratuluję ogrodu, ja się nie mogę zdobyć i teraz mam dobrą wymówkę żeby nie musieć ;). Brzoskwinie z Michigan na pikapie? Hm, Michigan nie jest daleko od Illinois, myślę, że można je nazwać lokalnymi. Niektórzy uważają, że "lokalne" dotyczy promienia 100 mil.
Gość: magda, httppxgso.srv.volvo.com
2010/03/18 15:33:32
Ja zaczelam tak jak Houston, w sumie jak sie te warzywa zacznie to one pozniej same rosna, czasem musialam podlewac.gorzej bylo to pozniej uprzatnac jesienia, no ale frajda byla z wlasnymi pomidorami. Ja mam lekko niewyrobiona opinie - lokalne super, wszystko sie zgadza ale patrzac na znajomych z pracy to to mocno niepopularna idea - kupowanie na targu. nie wiem czy to kultura, trend, ze to nie cool kupowac jedzenie nie w kolorowym pudelku. Na farmers market, ktory uwielbiam jezdze ja - emigrantka, emeryci i to wszystko co obserwuje. Jezdze czesto bo mam 5 minut od biura.w weekend jedziemy na brunch w lokalnej farmie, ciekawa jestem innych gosci farmy, w sumie dosyc droga jak na nasze warunki cena, ciekawi mnie jakich ludzi zobacze.
2010/03/18 16:27:53
Magda: Poruszyłaś ciekawą kwestię. Też nie znam nikogo, kto chodziłby na targ, chyba że się taki rozłoży pod nosem, jak wtorkowy letni w centrum Syracuse. Ludziom się po prostu nie chce lub nie mają czasu. Zamiast robić zakupy w dwóch miejscach, wolą kupić wszystko w jednym: supermarkecie. W sumie trudno się dziwić, każdy woli ułatwiać sobie życie zamiast utrudniać. Na dodatek jesteśmy przywyczajeni do czystych warzyw i owoców "pod linijkę," a te z farmy bywają niekształtne, nierówno dojrzałe, pokryte cząstkami ziemi, czy z liśćmi i korzeniami, czym odstręczają nieprzyzwyczajonych.
|
|
co nie zmienia faktu, ze swiadomosc tego co sie je i ile sie tego je w spoleczenstwie rosnie:) chociaz....
gdzies ostatnio wyczytalam, ze te wszystkie "ORGANIC" to glownie overpriced nabijanie ludzi w butelke, i nie przynoszace az takich efektow zdrowotnych i nie az tak bardzo rozniacych sie od nie-organic produktow...