O kajakarstwie, zdrowym żywieniu i życiu w USA
Blog > Komentarze do wpisu

Revolutionary Road

Film „Revolutionary Road” zaskoczył mnie swoim geniuszem: prostotą uwypuklenia rozczarowania, jakie często towarzyszy początkom dorosłego życia. Myślę, że każdy może się odnieść do któregokolwiek z elementów filmu jak praca, małżeństwo, czy kontakty międzyludzkie. Myślę, że w pewnym sensie dorosłe życie to pułapka monotonności.

Całe swoje życie od wczesnych lat szkolnych po studia tyrałam na swoją przyszłość. Zabieganie o oceny, o dobrze zdane egzaminy, o dostanie się na taki czy inny kierunek, do takiej czy innej uczelni. Wszystko to było maratonem po pracę, ba, może nawet karierę. Cele nie były jasno sprecyzowane poza tym, że chciałam, żeby móc na siebie zarobić i zawsze mieć na podstawowe potrzeby i może trochę więcej. Niezbyt wygórowane. Maraton po samodzielność i samoistnienie.

Mam wyuczone dwa zawody: w Polsce – nauczycielka angielskiego, w Stanach – informatyk. W Polsce w zawodzie pracowałam tylko rok, potem wyjechałam do Stanów. W Stanach mogłam zacząć od zera i szukałam zawodu uniwersalnego, gdyż nie byłam pewna w jakim kraju przyjdzie mi się osiedlić. Skończyłam dwie szkoły w wybranym kierunku, na amerykańskich uczelniach, z wyróżnieniami. Szczytem mojego sukcesu był tutejszy magister z kolorowymi szalami i medalem zdobiącymi moją czarną togę. Trzy miesiące przed zakończeniem szkoły dostałam dobrą ofertę pracy w renomowanej firmie. Telefon z ofertą zadzwonił jak stałam zmarznięta w połowie lutego czekając na autobus. Byłam pijana ze szczęścia. Ta oferta była uwieńczeniem moich wieloletnich starań. Była metą mojego maratonu. I was living the dream.

Po skończeniu szkoły rozpoczęłam pracę w nowym zawodzie. Miałam prawie godzinę dojazdu w jedną stronę, 8 godzin pracy i godzinną przerwę na lunch. Z życia studenckiego i półetatowej asystentury przerzuciłam się na cały etat i chodziłam jak zombie. Po 11 godzinach siedzenia na tyłku (zanim przyszło mi do głowy chodzić na lunchowe spacery) wracałam do domu prawie nieprzytomna ze zmęczenia. Po obiedzie siadałam na kanapie przed telewizorem, a potem szłam spać. I rano od nowa. W środku lata szłam z biura do samochodu i nagle stwierdziłam, że ostatnio nawet nie wiem jaka jest pogoda. I wtedy do mnie dotarło: „So this is it???” Ten kierat z 10 dniami wakacji rocznie był uwieńczeniem moich dwudziestoparoletnich zabiegów? To po to tyrałam całe swoje życie, żeby teraz chodzić jak automat i pracować, pracować, pracować i starzeć się bez oglądania czterech pór roku? Poczułam się rozczarowana. Jakby mnie ktoś ograbił ze wszystkich złudzeń i nadziei.

Dostosowanie się zajęło mi ponad trzy miesiące, w trakcie których byłam fizycznie wykończona i przytyłam. A potem wzięłam się w garść. Schudłam, zaczęłam lepiej organizować czas i czerpać satysfakcję z pracy, choć odkryłam, że niestety nie jest moją pasją. To wtedy zaczęłam się interesować zdrowym żywieniem, a później kajakarstwem. Przyszedł czas na Revolutionary Road, czyli na własny dom z American Dream. My akurat o tym marzyliśmy i nasz własny kąt był i jest dla nas oazą, a nie kotwicą czy barierą. Jestem szczęśliwa i cieszę się tym co mam, choć czasem mi żal... beztroski, wakacji i wolnego czasu, które są przywilejem tylko dzieci. Ale przecież ucieczka do Paryża tego nie zmieni.

poniedziałek, 26 października 2009, anetacuse
TrackBack
TrackBack URL do notki:
Komentarze
Gość: Alicja, adsl-69-109-173-17.dsl.pltn13.pacbell.net
2009/10/26 22:48:48
Przecież każdy może mieć własny Paryż, niekoniecznie dosłowny. Odkąd zaczęłam pracować głównie w domu, odkryłam, że organizowanie sobie pracy jest kluczem do wolności. Jestem domatorką, w domu pracuję więcej niż jak jeździłam do biura, mam lepsze wyniki i lepsze pieniądze. Odkryłam, że bardzo spełniam się jako pracownik domowy, a więc nie tylko w pracy za $$, ale jako matka, żona, kucharka, sprzątaczka, dostawca, kierowca, niania i tak dalej. Kiedyś do Paryża jeździłam często (i do pracy i dla rozrywki), ale teraz mój Paryż w domu jest i tak fajniejszy. Czasem bardziej przypomina Zoo niż Pole Marsowe co prawda, ale czasem sprzątaczka ma wolne i wychodne i po prostu nie wykazuje się. A co do wolnego czasu...to trochę przesadzone jest. Nam dorosłym to po prostu nie pasuje. Mam w zasadzie nieograniczoną liczbę płatnych dni urlopowych, ale co z tego, jak ich nigdy nie biorę? Moi koledzy też nie.
Moja droga rewolucyjna jest więc głównie w mojej kuchni, nie tak daleko od gabinetu gdzie pracuję. I nie zamieniłabym jej na żadną inną.
-
2009/10/27 01:55:06
Aneta, czy to Twoja pierwsza praca w ktorej teraz pracujesz? jak dlugo juz? Chyba jak we wszystkim trzeba po prostu znalezc szczescie, bo kazda praca w jakims tam procencie jest monotonna. Ciesze sie, ze jestes szczesliwa i osiagnelas ten wymarzony cel. Ja wciaz szukam.
-
2009/10/27 03:06:14
zgadzam sie z alexxela- kazda praca jest po trochu monotonna. dla mnie wazniejsze jest to co robi sie po pracy. wolny czas nie jest przywilejem tylko dzieci.
-
2009/10/27 03:09:34
Alex: nie, nie pierwsza, ale w tamtej spełniałam się najbardziej i nie była monotonna. Zmieniłam, bo zaczęła konsumować życie prywatne ciągłymi podróżami służbowymi.
-
2009/10/27 03:14:39
Hjuston, mi chodziło o taki wolny czas jak 2 miesiące letnich wakacji + liczne ferie. Jeśli chodzi o czas po pracy i w weekendy, to tego czasu mam dużo więcej niż np. za czasów studenckich, bo prac nie trzeba pisać, lekcji odrabiać. Gdyby nie mój wolny czas, nie byłoby kajakowania, blogowania, gotowania.
-
2009/10/27 03:22:46
Dla wyjaśnienia: nie jestem rozczarowana życiem czy pracą, gwoździem tego wpisu miał być moment rozczarowania, kiedy osiągnęłam swój wieloletni cel, proces dostosowania się do nowego życia. Jeśli chodzi o pracę, to zawsze zazdrościłam ludziom, którzy mieli pasję w życiu i za nią podążali. Ja konkretnej pasji nigdy nie miałam. Swoją obecną pracę lubię i jestem w niej dobra, ale jej nie kocham i nie jest misją mego życia. A chciałabym, żeby była. Więc myślę, że zawodowo jeszcze się nie odnalazłam. Ale podobnie jak Frank z filmu, człowiek nie zawsze może rzucić wszystko, żeby szukać swojego miejsca czy pasji, bo rachunki przecież trzeba płacić.
-
2009/10/27 04:37:28
Aneta:
tylko nieliczni maja to szczescie, ze robia to, co kochaja i JESZCZE IM ZA TO PLACA.
Ogromna wiekszosc ludzi na tej planecie pracuje, zeby zarobic na utrzymanie wlasne i rodziny.

Sa rozne szkoly...
jedna mowi, ze "jak sie nie ma co sie lubi, to sie lubi co sie ma" czyli, pokochaj monotonie i to co masz, bo innego miec nie bedziesz".

druga mowi, ze nie ma sensu zycia marnowac na rzeczy, ktore nas nie interesuja, nudza i tak dalej i ze trzeba zyc tak, jakby jutro mial sie swiat skonczyc.

Prawda jak zwykle mdla, rozmyta, rozna w zaleznosci od czlowieka, ale jedno wydaje sie wspolne: zeby miec czas na zycie wlasne i hobby, trzeba miec pieniadze.
Nie musza to byc jakies kosmiczne srodki, chociaz to tez zalezy od tego, jakie kto ma wymagania, gdzie moze pojsc na kompromis, a gdzie nie.

Ja osobiscie przychylam sie do podejscia typu "pracuje, zeby zyc" a nie "zyje po to, zeby pracowac".
Wiekszosc Amerykanow wykazuje podejscie drugie. Bardzo wielu z nich konczy pracoholizmem, zestresowaniem, utrata rodziny i przyjaciol.

Ja tez przezylam rozczarowanie podobne do Twojego. W Polsce ciezko zasuwalam i nie mialam nawet z tego tyle, zeby mnie bylo stac na normalne zycie (tj. oplacic wynajem samodzielnego lokalu, papu i bycie niezalezna od nikogo). W USA jak juz doszlam do etapu dobrze platnej pracy, to wpadlam w taka sama pulapke, jak Ty. Praca wypelniala cale moje zycie i nie bylo nic poza tym.

Milo jest urodzic sie w bogatej rodzinie albo wygrac na loterii ;)
-
2009/10/27 06:36:21
heh, te 11 godzin na tylku to prawie jak moj dzien. no u mnie moze 10. mozna sie przyzwyczaic ;-) fakt, trudno o 19 wieczorem robic cokolwiek poza zaspokojeniem glodu i zalegnieciem na kanapie badz lozku. zdradz sekret, jak gospodarujesz czas, bo ja jakos tej sztuki nie opanowalam...

film podobal mi sie tylko w pewnym stopniu, mowiac szczerze nie zrozumialam do konca frustarcji bohaterow. wiadomo, nuda, suburbia, one way street- ale zeby az taka tragedia? czegos w tym filmie brakowalo.
-
2009/10/27 13:04:36
Mysle, ze posiadanie hobby, wspolnego hobby, cos poza praca, daje temu monotonnemu zyciu iskre, to oczekiwanie. Tobie daje kajakarstwo, a w filmie, glownej bohaterce( zapomnialam imienia) zabraklo. Tak, tance byly, wypady ze znajomymi byly, ale nie bylo tej iskry, tego spontanu, ktory warto miec od czasu do czasu..
-
2009/10/27 14:07:11
Nie chciałbym, żeby wyszło, że się wymądrzam, dlatego z góry zastrzegam, że może nie mam racji, ale wydaje mi się, że zupełnie nie zrozumiałyście (Ania K, Alexxela) przesłania filmu. Nie można tego filmu odbierać z perspektywy "tu i teraz". Postawcie się na miejscu bohaterów w tamtych czasach, kiedy każdy aspekt życia kontrolowały normy społeczne, kiedy od mężatki oczekiwało się, że zajmie się domem i dziećmi, kiedy od mężczyzny wymagało się postawy macho. Zuaważcie, że April miała swoje pasje i cele w życiu, ale nie mogła ich realizować. Odcięta od świata (całkiem nie tak jak teraz, że można sobie poczytać blogi), samotna, niezrozumiana nawet przez własnego męża. A Frank to osobna para kaloszy. Wrażliwy facet, który nie może sobie pozwolić na wrażliwość, bo spełnia American Dream. A April stacza się w coraz większą przepaść rozpaczy i samotności, bo na horyzoncie pojawia się kolejna ciąża.
Moim skromnym zdaniem akurat w tym filmie niczego nie brakowało i jest jednym z najlepszych dramatów jakie wyprodukowano w Stanach w ostatnich latach. Włosy się jeżą na szyi kiedy pomyślę, że miałbym tak żyć. Po co? Najsmutniejsze jest to, że nc w tym filmie nie było zmyślone. Wiem, że są ludzie, którzy tak żyją i funkcjonują, jest ich
bardzo dużo, ale to nie jest życie tylko egzystencja. Widzę takich ludzi w pracy, spędzają po dwie godziny w jedną stronę dojeżdżając z domu na przedmieściach do Toronto. Smutni, wyprani z uczuć, zaspani. I o tym właśnie był ten film.
Więcej pisałem prawie rok temu u siebie na blogu:
www.resvaria.net/2009/02/18/smutek-przedmiesc-revolutionary-road

Aneta, bardzo ładny wpis, poruszył mnie i chcę coś napisac, ale teraz nie mam czasu.
-
2009/10/27 14:39:31
Kur**, wcięło mi komentarz :(.

Nina: ja pracuję, żeby żyć. Co do pułapki, to coś w tym jest. Jak człowiek się wdroży w jakąś dziedzinę, to dość szybko rosną mu zarobki. Więc im dłużej się pracuje, tym mniejsze szanse, że człowiek znajdzie odwagę zacząć od zera w innej dziedzinie i zgodzić się na dużo mniejsze płace zaczynając od punktu wyjścia. Bo jakby na to nie patrzeć, pieniądze to rzecz, do której się człowiek przyzwyczaja.

Ania K: nie mam sekretu na gospodarowanie czasem poza tym, że zmieniłam pracę na taką o mniejszym zakresie godzin tygodniowo i tylko 20 minut dojazdu w jedną stronę, przez co zyskałam 2 godziny dziennie. No i nie jeżdżę służbowo, więc weekendy też mam dla siebie.

Alex: zgadzam się, że hobby to klucz do zadowolenia z życia a także solidnego związku. Zdecydowanie kajakarstwo nadało barw memu życiu.

Resvaria: dzięki, tak myślałam, że zrozumiesz o co mi chodziło :).
-
2009/10/27 15:12:04
Nie, no ja film zrozumialam :) bardzo dobry.
-
2009/10/27 18:05:21
kw, ja oczywiscie zrozumialam film, ale wiele mu brakowalo moim zdaniem, troche byl "flat". w tej kwestii uwazam, ze Mad Men jest duzo lepszy, ale moze dlatego, ze to serial i autorzy maja czas na rozwoj postaci (tzw. character develpment).
-
2009/10/27 18:09:09
Doprowadzacie mnie do szału tymi Mad Men'ami (no pun intended ;)), chyba sobie w końcu wypożyczę i obejrzę, bo nic z tych zachwytów i dyskusji nie jarzę.
-
2009/10/27 20:40:54
No musisz. Ostatni odcinek byl kapitalny.

Mysle, ze taka frustracje, o ktorej piszesz, przezywa wiele osob, ktorym gdy do czegos daza, wydaje sie, ze jak juz to osiagna, to bedzie spelnienie ich marzen. A potem przychodzi rozczarowanie - bo swiata sie nie widzi poza biurem, bo na nic innego nie ma czasu, bo czlowiek wypompowany, a satysfakcja zawodowa nie wystarcza. Ty, wydaje mi sie, znalazlas rownowage miedzy kieratem pracowym a zyciem poza. Masz swoje kajaki, psa, sporty, gotowanie i mimo tej frustracji odnalazlas sie w tym wszystkim.
Ja ciagle szukam idealnego srodka (choc idealy maja to do siebie, ze nie istnieja ;)
-
2009/10/27 20:55:09
W ramach "złotego środka" nie oglądamy praktycznie wcale telewizji. Nie mamy kabla. Szkoda nam czasu. Za to oglądamy sporo filmów. Z seriali oglądaliśmy (na DVD) Sopranos. Porównywanie serialu, choćby był nie wiem jak dobry do filmu jakoś zupełnie mi nie pasuje.
Ania K, oczywiście, że każdy rozumie film po swojemu. Jak dla mnie ostatnią rzeczą o której bym mógł o tym filmie powiedzieć to to, że był "flat". Postacie były bardzo dobrze rozwinięte, gra aktorska genialna. Ale to tylko moje zdanie:) Myslę, że odbiór tego filmu bardzo zależy od stylu życia i podejścia do świata (nie piszę tego w złym znaczeniu). Dla jednych taka egzystnecja nie jest tragedią, kto inny nie mógłby tak żyć.
-
2009/10/27 20:57:00
Aniabuzuk: szukasz idealnego środka - no właśnie! Nie jestem sama w wierceniu się z własnymi myślami, nie jestem jedyną osobą, której takie myśli przeszły przez głowę! Z kolei czytając Twego bloga też by się wydawało, że znalazłaś dokładnie to czego szukałaś, nie sprawiasz wrażenia miotanej żadnymi rozczarowaniami. Bo człowiek dokonuje najlepszych wyborów w danych okolicznościach, osiąga jakiś kompromis i akceptuje. Nasza natura jest taka, że chcemy lepiej, mamy nowe cele. Życie jest jak restauracja, parę dań do wyboru, ale jak się chce dużej zmiany menu, to trzeba iść do innego lokalu. Tak, znalazłam równowagę, ale w rezultacie pewnego stopnia uprzedniego niezadowolenia, konieczności przystosowania się do nowych warunków. Bo teraz to już nie tyle pęd w zdobywaniu nowych klocków, co czas na budowanie z tych co się ma.
-
2009/10/28 00:42:44
ja tez sie zgadzam, ze MM o wiele lepszy niz ten film. i ten ostatni odcinek ... i te kostiumy...
-
2009/10/28 02:23:36
kw, z gory dyskwalifikujesz cos, czego nie znasz... zupelnie jak nie ty ;-)

a jesli chodzi o zycie na suburbiach, to akurat jestem ostatnia osoba, doktorej mozesz przyczepic ta etykietke ;-) na przetrzeni ostatniej dekady przez 6 lat mieszkalam na nowojorkism brooklynie, a 4 w ostatim hipposowskim bastionie tego kraju;-) suburbia sa mi tak samo obce jak powiedzmy republika kongo.

w kswestii MM to malo co tak dobrze obrazuje pulapke american dream, suburbia w latach 50-tych, role kobiet w rodzinie i miejscu pracy w tym przelomowym okresie (czego RR w ogole nie dotyka), dramat statusu house wife etc. polecam. dostepne na DVD. :-)
-
2009/10/28 02:24:09
dziewczyny, CO SIE WYDARZYLO W STATNIM ODCINKU??
-
Gość: sorbet5, c-24-12-122-162.hsd1.il.comcast.net
2009/10/28 03:12:10
A ja Wam zazdroszcze tego momentu, ze doszlo sie juz do sytuacji, w ktorej mozna powiedziec "this is is?" bo ja ciagle jeszcze przed nim.... :)
-
2009/10/28 04:39:03
Idealy sie zmieniaja. Kiedys byla to praca. W pewnym momencie wracalam z pracy ale przynosilam sobie prace do domu i tak jechalam, albo po pracy jechalam dwa razy w tygodniu do kolejnej pracy. Kiedy urodzilo sie dziecko to wszystko sie zmienilo. Teraz pracuje aby zyc a rodzina jest zdecydowanie wazniejsza i juz nie pracuje po 12 godzin i bardzo rzadko przynosze "robote" do domu.
I wkurzaja mnie Amerykanie, pracoholicy, ktorzy nie jezdza na wakacje - no bo trzeba pracowac, no bo po co urlop. No i co z tego - haruja a potem wydaja forse w mallu i w restauracjach.
Chcialabym wiecej podrozowac - no ale tu jest problem z urlopem i forsa.
Dlatego teraz czasem marze, zeby wygrac na loterii:) Dlatego czasem tesknie do wakacji i polskich 26 dni urlopu.
A w ogole to bardzo dobry ten Twoj wpis Aneta.
A film - byl interesujacy, a los bohaterki tragiczny. Wiecej nie chce mi sie pisac. Dobranoc!
-
2009/10/28 04:58:00
ja troche jak sorbet5, jeszcze nie doszlam do momentu, ze moge powiedziec "that's it?". w moim biznesie zdarza sie to chyba tylko statecznym profesorom. czasami frustruje mnie to, ze wpakowalam w moja tzw. kariere kupe pracy i lat swojego zycia, ale nie ma to zadnego przelozenia na finanse :-( bo w zyciu jest tak jak napisala nina.mazur: na zycie i hobby trzeba miec pieniadze... jednego tylko nie moge powiedziec (co bardzo mnie cieszy), ze moje dorosle zycie jest monotonne. no ale moj zawod ma z prawdziwa dorosla praca niewiele wspolnego i chwala mu za to!
a co do Revolutionary Road to swietny film i zgadzam sie w pelni z tym co napisal resvaria. a propos my tez odcielismy sie od swiata kablowego i przerzucilismy na filmy :-)
-
2009/10/28 19:42:26
Kasiah24: ciesżę się, że podobał Ci się wpis. To prawda, że ideały/cele się zmieniają, jest wiele dróg do spełnienia się w życiu i całe szczęście.

Atsanik i sorbet5: cieszcie się, że jeszcze tam nie dotarłyście, bo meta niej jest aż tak fajna jak się może wydawać ;). I człowiek pusty jakiś się robi i musi wyszukiwać nowe cele. Poza tym myślę, że środowiska akademickie różnią się znacznie. W innych zawodach jest drastyczne odcięcie: koniec szkoły, początek pracy. W akademii najpierw się jest studentem, potem i studentem i nauczycielem, w końcu nauczycielem i granica jest płynna, a środowisko te same. A nawet jak się ma już ten doktorat, potem tenure, profesura, taki i inny grant... Chyba nigdy nie ma "końca" - zawsze jest coś więcej. Tak mi się przynajmniej wydaje.
-
2009/11/02 15:48:06
Nie nadążam z odpisywaniem na komentarze. Trochę spóźnione, ale może ktoś jeszcze tu zagląda:

1. Meta: nie wiem czy istnieje, przynajmniej w moim przypadku. Może osiemdziesięciolatek może powiedzieć, że do mety dotarł ale kiedy jest się młodszym to za każdym rogiem czają się jakieś wyzwania, niespodzianki i nieoczekiwane zwroty akcji, dobre i złe. Ja sam nawet nie przestałem jeszcze być studentem. Co więcej nawet nie pamiętam czasów kiedy nie byłem albo uczniem albo studentem. Skończyłem 35 lat, zmieniałem adresy na trzech kontynentach i dalej dzieje się coś nowego. Myślę, że na pewno mogę powiedzieć o Toronto "this is it" ale to nie znaczy, że nasze życie tutaj ma być takie samo przez następnych x lat. Jest tyle miejsc w które chcemy pojechać, tyle książek i filmów, które chcemy pochłonąć, tylu ludzi, których chcemy poznać, tyle smaków, dźwięków i zapachów...

2. Ania K - kw, z gory dyskwalifikujesz cos, czego nie znasz... zupelnie jak nie ty ;-) [...] A jesli chodzi o zycie na suburbiach, to akurat jestem ostatnia osoba, doktorej mozesz przyczepic ta etykietke ;-)

Chyba dopisujesz treść której nie ma:) Nie krytykuję seriali tylko stwierdzam, że nie lubię ich porównywać do filmów. Jedne i drugie mogą być bardzo dobre i tak na przykład Godfather i The Sopranos są doskonałe w swoim gatunku, ale nie można ich porównywać. W filmie masz dwie-trzy godziny na stworzenie świata i osób, w serialach masz zwykle kilka sezonów (jak to jest po polsku?). Dlatego Twój argument, że RR nie analizuje aż tak dogłębnie całego życia społecznego lat 50-ych jak MM nie działa. RR to nie epicka opowieść na kilkanaście godzin. Za to w swoim wymiarze doskonale pokazuje spojrzenie na świat, oczekiwania społeczne, rozdarcia, dramaty i wizję "sukcesu" w tamtych czasach w tym konkretnym miejscu. Czy ta wizja była taka sama w każdym miejscu Stanów? Na pewno nie, ale nie o tym jest film:)

Co do przedmieść to przecież Ci nie przykleiłem etykietki. Napisałem jedynie, że każdy ma inny styl życia i podejście do świata. To się nie przekłada na "jesteś z przedmieścia":)

-
2009/11/02 16:03:31
Resvaria: pewnie, że zagląda :).

Meta jest subiektywna i samo-określona. Dla mnie kiedyś to był dyplom w dłoni i etat w kieszeni. Teraz nie mam mety (metą wg. mnie jest śmierć), a mam po prostu milestones i skupiam się na życiu. Na drobnych czynach, odpowiedzialnościach i przyjemnościach. W sumie to jest mniej stresujące niż młodzieńczy pęd przez szkoły, przynajmniej dla mnie.

No i dodam, że ja jestem z przedmieścia i mi z tym dobrze :). Bezpieczeństwo, rozleniwienie, rutyna, te same restauracje, te same sklepy, te same ścieżki spacerów. Czyli - monotonia z wyboru :). Dla kontrastu podam Evek, która z entuzjazmem lata po Chicago z aparatem oraz Ciebie, KobietęP, Aniębuzuk, Anię K. i Hjuston - podróżnicy w stylu globetrekkers.
statystyka